Kasy samoobsługowe z nową funkcją. Każą być nie tylko kasjerem, ale i ochroniarzem
Kasa samoobsługowa coraz śmielej przypomina, że każdy ruch jest na widoku, więc lepiej nie robić niczego nieodpowiedzialnego.

Na początku pomyślałem, że coś mi się przewidziało. Przy kolejnych zakupach okienko pojawiło się znowu. W lewym górnym rogu, w niewielkim kwadraciku, zobaczyłem tył swojej głowy (a konkretnie: czapki) i plecy. A potem to, jak skanuję produkty i klikam w ekran, wszystko w czasie rzeczywistym, na żywo.
Nie jestem przyzwyczajony do tej perspektywy, więc trochę jakbym oglądał siebie i nie-siebie
Wykonuję typowe dla klienta kasy samoobsługowej ruchy i jednocześnie uważnie obserwuję, czy ręka nie próbuje sięgnąć po batonika i schować go do kieszeni bez płacenia. To moja ręka, wiem, że nie zrobi niczego zaskakującego, ale perspektywa narzuca kontrolę i czujność. Jestem kupującym, kasjerem i ochroniarzem - w tym samym czasie.
Nowość w kasach samoobsługowych Żabki pojawiła się nagle, po cichu - po prostu nagle od czasu do czasu na ekranie widać obraz rejestrowany przez kamerę znajdującą się nad stanowiskiem. Podobne rozwiązanie testowane było w Niemczech, ale nie spodziewałem się, że tak szybko dotrze i do nas.
Podczas ostatnich zakupów nie widziałem transmisji na żywo z mojego stanowiska przy kasie. Na wyświetlaczu pulsował jednak czerwony napis uświadamiający mnie, że zakupy są rejestrowane. Ot tak, po prostu, żebym wiedział i pamiętał.
Nie ma co dziwić się sklepom. Kasy samoobsługowe z perspektywy klienta przynajmniej w teorii miały być wygodne. Jest z tym różnie, ale trudno, przyzwyczailiśmy się.
Sklepy również widziały w nich mnóstwo korzyści. Pojawiły się też wady w postaci cwaniaczków, którzy oszukiwali technologię i np. skanowali produkty tańsze, ale tak naprawdę do torby z zakupami trafiały te droższe. Ważyły tyle samo, więc system dało się prosto wymanewrować.
Niby kasy stają się coraz mądrzejsze i uczą się rozpoznawać produkty, ale przeciwnik też nie jest w ciemię bity. Sklepy muszą sobie radzić inaczej, a jedną z prób jest właśnie pojawiający się kwadracik z obrazem, pokazujący, że jesteśmy pod czujną obserwacją.
Jeszcze inaczej całość działa w sklepach sieci Auchan. Tam ekrany pokazujące nagranie znad kasy wisi nad samoobsługowym stanowiskiem. Każda kasa ma własną kamerę. To ułatwienie dla pracującego ochroniarza, ale pewnie chodzi też o to, aby kupujący również zdawali sobie sprawę z tego, że ich każdy ruch widać jak na dłoni. Niepożądaną aktywność może dostrzec pracownik sklepu, osoba pilnująca porządku albo inny klient, który akurat podniesie głowę i zauważy coś podejrzanego.
Zwykle w takich sytuacjach mówi się, że osoba niewinna nie musi się niczego obawiać
Jeżeli nie zamierzasz kraść, to nowość na kasach samoobsługowych w żaden sposób cię nie dotknie. I to prawda, ale kiedy obserwuję sam siebie na ekranie urządzenia, czuję się… niepewnie? Dziwnie? Być może to po prostu efekt złączenia kilku ról w jedną. Muszę pamiętać, aby nabić swoje zakupy (jestem klientem), muszę sprawdzać, czy wszystko się zgadza (jestem kasjerem) i muszę jeszcze upewnić się, że ze wszystkiego się rozliczyłem i nie wyniosę czegoś, co moje nie jest (jestem ochroniarzem). Presja jest duża i wolę nie popełnić błędu, który - widzę to kątem oka - natychmiast zostanie dostrzeżony, zarejestrowany i będzie stawiał mnie w złym świetle.
Wiem, że jestem obserwowany na zakupach niemal zawsze. Monitoring nie jest niczym nowym. Tylko jak do tej pory był ukryty, był tajemnicą poliszynela - my wiemy, że nas obserwujecie, ale jednocześnie nie czujemy się śledzeni. Trochę taki teatr. Dla większości umowa jest jasna i nikt reguł nie łamie, ale od czasu do czasu ktoś powie "sprawdzam" i na własnej skórze przekona się, że sklep czuwa.
Małe okienko przypominające mi, że moje ruchy są obserwowane, działa na mnie niezbyt przyjemnie
Samo to stwierdzenie wywołuje podobny efekt, bo od razu chcę się tłumaczyć, wyjaśniać, że nie, nie jestem kieszonkowcem, nie próbowałem, nie próbuję i nie chcę próbować oszukiwać sklepów. Od razu słyszę pytanie, dlaczego ta obserwacja mi przeszkadza. Bo przecież nie powinna.
Rozumiem, czemu taka forma uświadamiania klientów została wprowadzona. Sklepy mają problem ze złodziejami, więc muszą się bronić. Efektem ubocznym jest to, że mam wrażenie, że ktoś mi nie ufa, traktuje podejrzliwie, spodziewa się po mnie najgorszego. Cóż, trudno, to tylko moje emocje i odczucia - liczy się to, żeby sklep nie tracił.
Czytaj też: "To się kameruje!". Dlaczego zagrożenie ciągłego nagrywania tak bardzo nam szkodzi
Ostatnio w jednym ze sklepów byłem świadkiem sytuacji, kiedy dwójka nastolatków oglądała przedmioty. Przemieszczali się od półki do półki. Za nimi, niczym cień, poruszała się pracowniczka sklepu. Oni skręcali w dział z, dajmy na to świecami, a ona za nimi. Wyglądali normalnie, jak zwykli klienci, ale ich jedynym przewinieniem był najprawdopodobniej młody wiek. Przynajmniej tak to wyglądało z mojej perspektywy, bo może pracownicy byli uświadamiani, że po galeriach handlowych grasują właśnie tak wyglądający nastolatkowie, którzy dla hecy kradną przedmioty. Lepiej mieć ich na oku, tak jak robiła to jedna z pracowniczek.
Nie wiedziałem tego, więc cała sytuacja naprawdę była komiczna. Żadnego teatru, żadnego udawania - tam gdzie oni, była pani.
W końcu pewny siebie chłopak z uśmiechem odparł, żeby pilnująca porządku się nie przejmowała, niczego nie ukradną. Roześmiani wyszli ze sklepu, dając pstryczka w nos obsłudze: widzicie, niczego nie zmalowaliśmy, popełniliście błąd niepotrzebnie nas oskarżając!
Trochę rozumiem ich frustrację, bo sam pamiętam, że kiedy jako młody chłopak chodziłem po sklepach z plecakiem czułem na sobie wzrok ochroniarzy. Pewnie byli nauczeni doświadczeniem, że znudzona młodzież może coś wywinąć i lepiej mieć każdego na oku. Brakowało mi odwagi chłopaka, którego spotkałem ostatnio w sklepie, by podobnie jak on powiedzieć, że nie przyszedłem tutaj, aby szukać kłopotów. Zresztą pewnie to by nic nie dało - doświadczony ochroniarz wiedziałby swoje.
Jest w tym jakiś paradoks, że żyjemy w czasie, kiedy normą stają się inteligentne sklepy, które same wiedzą, co ściągamy z półek, i na podstawie tego naliczają nam zakupy. Nie trzeba nic skanować, stać w kolejkach, magia dzieje się w locie.
A jednocześnie są też kasy samoobsługowe, które dyskretnie, kulturalnie i bez żadnych oskarżeń dają znać, że mają nas na oku. I my też możemy sami siebie sprawdzać. Ufamy sobie, to jasne, ale nie zaszkodzi upewniać się i kontrolować.
Właściwie to stojąc przy kasie i patrząc na swój głowy (czapki) mogę czuć się spokojniejszy. Nikt nie posądzi mnie o kradzież, nikt nie będzie patrzył krzywo - wiem, że jestem obserwowany, mam dowód na ekranie, więc mogę czuć się pewniej. Po to jest ten obraz. Kasa samoobsługowa jest po mojej, naszej, stronie. Skoro jesteśmy obserwowani, to nikt nie może nam czegokolwiek zarzucać, nie może powiedzieć: "przepraszam bardzo, a co z tym napojem?". Na nagraniu przecież widać, że zapłaciliśmy, proszę dać nam spokój!
No ale jednak tego komfortu nie czuję.
Nie chcę krzyczeć, że to inwigilacja, permanentna obserwacja i tego typu hasła. Rozumiem, z czego takie działania się biorą. Zastanawiam się jednak, co będzie dalej.
Pojawiają się dodatkowe kamery. Przed wyjściem ze sklepu nieraz trzeba zeskanować paragon i przejść przez bramkę jak na lotnisku. To ewidentnie nie wystarcza.
Przybędzie jeszcze więcej ekranów, które od czasu do czasu pokazywać będą klientów, tak żebyśmy wszyscy kupujący wiedzieli, że jesteśmy pod obserwacją? Kamer, ochroniarzy i na dodatek samych siebie.
Wchodzicie do alejki z herbatami, a nad wami ekran wyświetla transmisję z alejki z makaronami
A tam z kolei kątem oka sprawdzają, co dzieje się w uliczce z papierem toaletowym. Ci zaś zerkają na wyświetlacz, który pokazuje was wybierających herbatę. Ale czy na pewno tylko się zastanawiacie nad smakiem? Czy to zwlekanie przed włożeniem do koszyka spowodowane jest wyłącznie tym, czy zielona herbata nie zakłóci wam snu, czy może w odpowiednim momencie chcecie włożyć ją do torby, licząc, że akurat nikt nie zauważy?
Och, wy naiwni. Oczywiście, że zauważy.



















