Kasy samoobsługowe i aplikacje jak kostucha z mema. Idą po kolejną ofiarę
W tym przypadku nie zadadzą wprawdzie śmiertelnego ciosu, a będą raczej jedynie gwoździem do trumny, ale ich udział trzeba dostrzec i odnotować.

To bardzo znany obrazek: kostucha idzie korytarzem i puka do kolejnych drzwi. Za nią zaś są liczne ofiary, a przed nią nieszczęśnik, któremu za chwilę powinie się noga. Przerobiona grafika pojawia się np. wtedy, gdy jakaś drużyna sensacyjnie eliminuje po drodze bardziej utytułowanych rywali, dziennikarz demaskuje ważne osobistości albo wygrywa słowne pojedynki. Ot, takie internetowe memento mori.
A jakież to ofiary mają niby na swoim koncie kasy samoobsługowe i aplikacje, że przedstawiam je w tak niekorzystnym świetle?! Może to być np. nasz czas. Niby miały sprawić, że będzie nam wygodniej, a zakupy przebiegną szybciej, a jednak stoimy w kolejkach i na dodatek poświęcamy niemało uwagi na odblokowywanie kolejnych rabatów, zdrapywanie zdrapek, machanie telefonem, aktywowanie kuponów itd.
Kolejne drzwi to mogą być nasze portfele. Z badań wynika, że przy kasie samoobsługowej wydajemy więcej. Różnica wynosi średnio od 13 do 25 proc. wyższego rachunku na korzyść kas samoobsługowych. Eksperci tłumaczyli to tym, że na samoobsłudze nie obawiamy się oceny ze strony innych. Nikt krzywo nie spojrzy, jeśli z koszyka wyjmiemy nie jedną, a dwie paczki chipsów, zaś przed wciśnięciem "zapłać" dorzucimy jeszcze batona. I co z tego, że nikogo to nie interesuje - mamy wrażenie, że mogłoby.
Dzięki aplikacjom teoretycznie oszczędzamy, ale ta korzyść może być pozorna. Czy naprawdę potrzebowaliśmy danego produktu, czy zakup motywowany był pojawieniem się kuponu albo promocji w stylu 3 za 2?
Następne pomieszczenie to spokój pracowników. Kasy samoobsługowe są dla nich realną konkurencją i mogą pozbawić ich pracy. To przy kasie samoobsługowej oceniamy załogę. Ci zaś, którzy zostali oddelegowani do pilnowania stanowisk, mają pewnie więcej roboty niż kiedykolwiek. Biegają od jednej kasy do drugiej, co chwila ktoś od nich czegoś chce, czegoś wymaga.
A teraz przed nami jeszcze jedno pomieszczenie. Za drzwiami już czeka kolejna ofiara. Prawdopodobnie mało kto się nią przejmuje, niewielu zauważy jej odejście – a na pewno nie od razu. Coś mi jednak podpowiada, że jeszcze za nią zatęsknimy.
Kostucha zbliża się do ryneczków
Radio Łódź donosi, że Łodzianie mają coraz mniej miejsc, w których mogą zrobić zakupy spożywcze. Jak relacjonuje rozgłośnia, "osiedlowe rynki są wyburzane, a tylko w niektórych z tych miejsc może wrócić handel".
Nie wiem wprawdzie, czy w innych polskich miastach jest tak samo źle lub nawet gorzej, ale nie sądzę, by było zdecydowanie lepiej. Diagnoza wystawiona przez Tomasza Korowczyka z Urzędu Miasta Łodzi zdaje się za to pasować do realiów obowiązujących w całej Polsce.
Ludzie oczekują, że przy każdym, nawet najmniejszym miejskim targowisku będzie parking równy wielkiemu marketowi, co też nie zawsze w każdej lokalizacji jest możliwe. (…) Coraz mniej robi się tych zakupów w godzinach porannych, a większość konsumentów skłania się ku temu, żeby jednak zrobić je w drodze z pracy do domu. Tutaj pojawia się dla wielu konsumentów problem, ponieważ targowiska zamykają się wcześniej niż oni wracają z pracy - wyjaśnił.
To całkiem logiczne. Znak czasów i już. Duże sklepy lepiej odpowiadają na potrzeby konsumentów niż relikt przeszłości w postaci rynków i targowisk. Warto jednak zwrócić uwagę, w jaki sposób sieci tę przewagę budują.
Przekonamy się o tym zresztą lada moment, kiedy tuż przed majówką sklepy będą otwarte do późnych godzin. Ba, część działa nawet całą dobę. Dlaczego? No cóż – dzięki wam.
W końcu skoro sami będziecie skanować zakupy, to pracownicy będą mogli zająć się sprzątaniem sklepu, wykładaniem towaru, a wy przyjdziecie, zrobicie zakupy, zeskanujecie je i zapłacicie swoimi pieniędzmi. Sieć handlowa daje wam niespotykaną dotąd możliwość - kompletnie nielimitowanego czasu pracy. Możecie wpaść nawet o 1 w nocy. Wspaniałe, co nie? - pisał Paweł Grabowski, opisując pomysł otwarcia sklepów przez całą dobę.
Aplikacje kuszą promocjami. Masło za mniej niż złotówkę za sztukę, ale pod warunkiem, że weźmie się trzy opakowania. Do coraz większej liczby ofert dostęp uzyskuje się po zeskanowaniu kodu z programu. Warto podstawić aplikację pod skaner, bo wtedy odblokuje się kolejną zniżkę. Albo pojawią się promocje na zakupy u partnerów.
To fascynujące, jak zmieniają się sklepowe aplikacje. Niby mają tylko dać dostęp do zniżek, a one coraz bardziej walczą o naszą uwagę, chcą nas złapać i nie puścić.
Obrona rynków może wydawać się marudzeniem w stylu "kiedyś to było"
Tak, tak, dziadku, wiemy, wiemy, ale czasy się zmieniły. Nie ma co obrażać się na rzeczywistość. I na nic argumenty, że na rynku wcale nie jest drogo – choć rzeczywiście sprzedawcom trudno rywalizować z promocjami na kupony – a produkty nierzadko są lepszej jakości. Być może i są, ale co z tego, skoro nie wybierzemy się po nie o 21:45, a kolejne zakupy nie przybliżą nas do odblokowania promocji na jogurt.
Ja to naprawdę wszystko rozumiem. Na dodatek sam przykładam do tego rękę, bo nie robię na rynku zakupów tak często, jakbym chciał. Przyznaję, wygodniej podskoczyć do dyskontu, który mam bliżej. Jedynie w weekendy jest więcej czasu, więc można na spokojnie wybrać się po owoce i warzywa. I tylko tłumaczę się, że może gdyby jakiś był bliżej, gdyby istniało więcej warzywniaków, to przynajmniej miałbym alternatywę. A tak – nie mam wyjścia.
Mam też wrażenie, że z takimi miejscami bezpowrotnie tracimy coś wyjątkowego
Miejsca, w których lokalna społeczność znała się od dawna, wiedziała o sobie wszystko. Lubię przysłuchiwać się rozmowom na rynku. Klienci dyskutują ze sprzedawcami, sąsiedzi spotykają się i gaworzą przy pomidorach, ogórkach, ziemniakach i kapustach. Składają sobie życzenia na święta, życzą miłego dnia. Oceniają kwaśność ogórków, a sprzedawcy tłumaczą się ze złej jakości brukselek – dlatego nie ma ich dzisiaj w sprzedaży.
Jakiś czas temu Facebook wyświetlił mi wpis mieszkanki Kielc, która na tamtejszym profilu "Spotted" podzieliła się refleksją nt. rozwoju Polski. Dowodem na to miał być fakt, że "nie trzeba już podchodzić do lady i gadać ludźmi". Podobno dzięki temu zbliżamy się do zachodu. "Nie, nie" – poprawili ją komentujący "my pod tym względem zachód już dawno wyprzedziliśmy!". I tylko nie wiem, czy na pewno warto się z tej wygranej cieszyć.
Zdjęcie główne: frantic00 / Shutterstock.com



















