Mieszkają daleko od centrum, ale chcą tak nazwać dzielnicę. Co za szalony pomysł
Jeśli nie mieszkasz w centrum miasta, ale bardzo chcesz, to nic prostszego - po prostu zmień nazwę swojej dzielnicy.

Lubelska dzielnica Za Cukrownią chce zmienić nazwę - doniosła Fundacja Wolności. Proponowana alternatywa to… Centrum. Internet zapłonął i pojawiły się kpiny. Ostatecznie rada dzielnicy przegłosowała nazwę Centrum-Południe, chyba tylko dlatego, żeby uniknąć kompromitacji. Ambicje bycia czymś więcej, pozostały jednak widoczne. Skoro nie są centrum miasta, to może zdołają przyczepić się do niego?
Nie trzeba mieszkać w Lublinie - ani nawet odwiedzać stolicy województwa - by zdawać sobie sprawę, że miasto centrum już ma. I to raczej od dawna. Cytowana przez Fundację Wolności Lidia Kasprzak-Chachaj, przewodnicząca zarządu dzielnicy, argumentowała jednak, że to właśnie w ich okolicy utworzyło się bardziej adekwatne, współczesne centrum miasta.
Dzielnica diametralnie zmienia swoje oblicze z typowo przemysłowej na biznesowo-sportowo-mieszkalna. Przypominam, że wszystkie stadiony sportowe zlokalizowane są właśnie na naszej Dzielnicy. Do tego Park Ludowy, który po rewitalizacji przyciąga tłumy mieszkańców, a dodatkowo staje się miejscem różnego rodzaju spotkań i imprez okolicznościowych dla mieszkańców jak pikniki czy zajęcia zumby lub medytacje. Otwarcie Dworca Metropolitarnego i sąsiadujący Dworzec PKP sprawiły, że jest to centrum przesiadkowe dla podróżnych - przekonuje.
No właśnie, dla podróżnych. Stadiony są atrakcją dla kibiców. Więcej różnorodnych atrakcji znajdzie się jednak w tym starym centrum, położonym bliżej rynku starego miasta. Złośliwie można powiedzieć, że i tak dobrze, że przewodnicząca zarządu rady dzielnicy nie postuluje przeniesienia lubelskiego zamku lub przynajmniej Bramy Krakowskiej. Skoro serce Lublina zaczyna bić Za Cukrownią, to należałoby być konsekwentnym i dostosować do zmieniającej się sytuacji również zabytki, prawda?
Wcześniej zakładaliśmy powrót do historycznej nazwy Piaski - żydowskiej części Lublina, ale obserwując dynamiczny rozwój naszej Dzielnicy stwierdziliśmy, że należy iść naprzód. Nazwa "Za Cukrownią" kojarzy się już tylko najstarszym mieszkańcom Dzielnicy. Cukrownia została zlikwidowana dawno temu, a na to miejsce powstają nowe budowle jak np. stadion Arena i bloki mieszkalne. To wszystko łącznie przekonało nas, że Dzielnica Centrum będzie adekwatną nową nazwą - dodaje pomysłodawczyni.
Ostateczne przewodnicząca zarządu rady dzielnicy zaczęła się podczas sesji rady tłumaczyć. Jak cytuje Dziennik Wschodni:
Ja wiem, jak kojarzona jest nasza dzielnica. Ale to żadne „zadupie”, żadne peryferia. Jedna pani napisała, że Za Cukrownią to dorożki i konie. I żebyśmy tego się trzymali przy doborze nazwy. Ale Cukrowni już dawno nie ma. Ludzie z zewnątrz nie mają świadomości, jak to wygląda. Nie patrzcie na komentarze. Dbajmy o siebie i swój wizerunek. Pomyślcie na przykład o tym, że działka w dzielnicy Centrum będzie bardziej wartościowa niż w dzielnicy Za Cukrownią. A jak ktoś spojrzy na mapę Lublina, to nie powinien mieć żadnych wątpliwości, że to centrum Lublina - stwierdziła Lidia Kasprzak-Chachaj.
Sprawa wydaje się nieco absurdalna, ale ja panią przewodniczącą… rozumiem
W Łodzi mamy dokładnie ten sam problem. "Spotkajmy się w centrum" to propozycja bardzo nieprecyzyjna, więc nawet trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś takiego sformułowania używa.
No bo gdzie dokładnie?
Nawet turyści odpowiedzą, że pewnie chodzi o ul. Piotrkowską. Tyle że ta ma ok. 4,2 km, więc "na Piotrkowskiej" może oznaczać równie dobrze okolice Placu Wolności, jak i skrzyżowanie z ul. Mickiewicza. Albo rejon w pobliżu Placu Niepodległości, skąd już tylko parę kroków na Księży Młyn czy coraz bardziej atrakcyjnej Fuzji bądź też Ogrodów Geyera. Słowem - to bardzo odległe od siebie miejsca.
"Łódzkie centrum zmieniało się na przestrzeni lat tyle razy, że dziś już nie sposób znaleźć spójnego punktu odniesienia" - zauważała autorka bloga Literatka Kawy. Zadania nie ułatwia samo miasto, które od lat próbuje stworzyć Nowe Centrum Łodzi, tuż przy dworcu Łódź Fabryczna. Działania są, delikatnie mówiąc, nieskuteczne, a przestrzeń przejęli deweloperzy tworzący naprawdę brzydką architekturę. Miejsce z tak olbrzymim potencjałem zamienia się w nieciekawe blokowisko. Może powstaną jakieś knajpki czy restauracje, ale trudno wyobrazić sobie, by tętniło tam prawdziwe miejskie życie.
- Tymczasem Nowe Centrum Łodzi autorstwa obecnej ekipy, po zmianach planów miejscowych, to miejsce na miarę Pruszkowa, Nowego Dworu Mazowieckiego i innych tego typu miast. Gdzie stawia się bloki blisko dworca, by rano ludzie mogli wsiąść w pociąg i dojechać do właściwego centrum życia. Patrzę na centralny kwartał, gdzie powstaje osiedle absolutnie paskudne pod względem architektonicznym - nie wierzę, że są ludzie, którym autentycznie to się podoba. To jest bardzo słaba architektura, zwłaszcza w tak prestiżowym miejscu. Tu planowano wcześniej usługi, które miały być destynacją. Dlaczego teraz ktoś z innych części miasta miałby przyjeżdżać do powstającego blokowiska? W jaki sposób ma to przyciągać? - grzmiał na łamach łódzkiej "Wyborczej" urbanista i społecznik Kosma Nykiel.
I naprawdę trudno jest się z nim nie zgodzić. Budynków jeszcze nie ukończono, a ja już tęsknię za tą przestrzenią. Sama nazwa brzmi godnie, ale nie wystarczy tytułować danego miejsca centrum, aby nim się stało. Choć w Lublinie niektórzy liczą, że może być inaczej.
Panuje jednak powszechne przekonanie, że oficjalnie nadana nazwa zrobi swoje. Będzie jak rzucone zaklęcie, które odmieni wszystko. Wystarczy słowo i gotowe, stanie się. Było ściernisko, jest centrum. Nowe centrum!
Mnóstwo małych miejscowości czy wsi pragnie zostać miastem.
Po raz pierwszy albo ponownie, nawiązując do chlubnej, ich zdaniem, przeszłości. Co roku pojawiają się artykuły o nowych miastach, które Polska zyskuje wraz z 1 stycznia.
Takie aspiracje ma Żołynia, która miastem była 200 lat temu. "Mieszkańcy twierdzą, że zasługują na to by mieszkać w mieście" - relacjonował rzeszowski oddział TVP 3. Już jest kino, prawie 5 tys. mieszkańców, szkoły i dwie przychodnie. Co się zmieni, gdy Żołynia przestanie być miastem? Czy nagle przybędzie centrum handlowe, teatr, miejsca pracy, a może nowe parki? Pewnie nie i ostatecznie różnica będzie żadna. A jednocześnie diametralna, bo niektórym na sercu będzie jakoś lepiej, gdy wypowiedzą, że pochodzą z miasta, a nie wsi. W referendum 70 proc. głosujących opowiedziało się za tym, aby przywrócić miejskie życie.
Również Rzekuń w powiecie ostrołęckim chce być miastem. Chodzi o prestiż, ale też o… bezpieczeństwo.
My do tej pory byliśmy tak konsumowani troszeczkę przez miasto Ostrołęka, które zmieniało granice kosztem właśnie gminy Rzekuń. Natomiast tutaj, jeżeli będziemy miastem, to rzeczywiście będziemy mogli być spokojni, jeżeli chodzi o nasze granice. Także to też jest dla nas bardzo duży plus – tłumaczył w rozmowie z RDC wójt gminy Bartosz Podolak.
"Witamy w mieście Turobin" - z dumą głoszą duże billboardy ustawione przy wjazdach do już od 2024 r. nie wsi.
- W świadomości mieszkańców gminy, Turobin zawsze był miastem, oni zawsze mówili, że idą do miasta. Cieszymy się, że będziemy mogli się rozwijać, pozyskiwać więcej funduszy na infrastrukturę miejską i dzięki temu ten rozwój będzie bardziej widoczny. Mieszkańcy za to bardzo dziękują - mówił burmistrz Turobina Andrzej Kozina, cytowany przez "Kronikę Tygodnia".
Zawsze mówili i proszę, mają, tym swoim powtarzaniem wychodzili sobie miasto. Można pozazdrościć uporu, a może i nawet brać przykład. Jeśli tylko się chce, odpowiednio mocno coś sobie zamanifestujemy, to tak będzie.
Co zabawne, to podkreślenie miejskości słychać często nawet wśród mieszkańców Łodzi, którzy muszą zaznaczyć, że - wbrew pozorom - wcale nie mieszkają na stałym lądzie lub że nie urodzili się dryfując po rzekach, morzach czy jeziorach. Są z m-i-a-s-t-a Łodzi. Nie, wcale nie przyjechali z małej jednostki pływającej, zwykle odkrytopokładowej, używanej na akwenach śródlądowych i morskich.
Właśnie tak miasto (tak!) Łódź tę zbitkę próbowało tłumaczyć:
To "podbicie" nie wynika z jakichś zaszłości historycznych czy kompleksów, a raczej z samej odrzeczownikowej nazwy naszego miasta. Gdy mówimy np. "urodziłem się w Łodzi" czy "mieszkam w Łodzi”, to w dosłownym znaczeniu może wskazywać całkiem inny kontekst
Myślę, że gdyby ktoś naprawdę chciał zaznaczyć, że żyje na łodzi, bardzo wyraźnie by to zakomunikował i dałoby się wychwycić kontekst bez tego. Czy to więc jednak kompleksy? Jeśli miałbym strzelać, to uznałbym, że tak. Niby pochodzenie z prowincji z czasem przestało być powodem do wstydu, po radiowym hicie niemal cała Polska była małomiasteczkowa i wreszcie uznała, że nie musi być z tego powodu gorsza, ale czy rzeczywiście to poczucie niższości przeszło? Chęć stania się miastem albo centrum - trochę na siłę, wbrew wszystkiemu, na przekór - może pokazywać, że niekoniecznie. Lepiej być nawet małomiasteczkowym, a nie wiejskim.
Na dodatek te dawne kompleksy padły na żyzny grunt deweloperskiej nowomowy. Firmy budujące byle jakie mieszkania gdzie popadnie są chłopcem do łatwego bicia, bo kij zawsze się znajdzie, ale mam wrażenie, że ich reklamowa papka pozwoliła uwierzyć, że prawdziwe położenie nie ma już jakiekolwiek znaczenia. Lokalizację i otoczenie można sobie wymyślić, wykreować, a to, co naprawdę jest na miejscu, to rzecz absolutnie nieistotna. Chodzi wyłącznie o pokazanie aspiracji, tego, do czego chce się dążyć i o czym się marzy, a nie to, czym tak naprawdę to jest.
I tak w centrum betonowej pustyni powstaje apartamentowiec, który ma być zieloną enklawą. Tarasy wcale nie będą z widokiem na zapierające dech w piersiach ogrody ani tym bardziej na morze. Na dole będzie ruchliwa, głośna ulica, ale o tym nie mówmy - spójrzmy na ten zielony dach.
Domy poza miastem kuszą szumem fal - i co z tego, że znajdują się w centrum kraju, a obiecywany dźwięk to tak naprawdę odgłosy pobliskiej autostrady.
Deweloperzy obiecują ciszę i spokój, choć budują mieszkania mając lotniska za płotem. Nic więc dziwnego, że spragnieni sielskich klimatów lądują z kolei w ogromnych wsiach liczących kilkanaście tysięcy mieszkańców. Populacja jak na dużym osiedlu w niemałym mieście, ale oficjalnie to wciąż wieś. Choć w niczym jej nie przypomina.
Takie miejsce opisała Dorota Niećko na łamach portalu architektura.muratorplus.pl. "W nieco ponad 25 lat, od 1998, kiedy to w tej podwarszawskiej wsi zaczęły powstawać pierwsze osiedla domów, do 2021, liczba mieszkańców wzrosła o ponad 2500 proc" - czytamy w jej reportażu. Józefosław dziś ma ich ponad 14 tys.
Powstają więc w Polsce wsie, które nie mają infrastruktury - dróg, szkół, przychodni, komunikacji miejskiej - aby przyjąć tak duże liczby nowych mieszkańców. Rodzą się konflikty, bo ci chcą spokoju, ciszy, śpiewu ptaków, a dostają brzydkie zapachy i hałas maszyn rolniczych. Niby żyją w mieście, ale dalej ciągle stoją w korkach - najpierw u siebie, a potem w mieście, w którym pracują, bawią się, uczą się ich dzieci.
Powstają osiedla, które osiedlami nie są. Z dala od miasta, znowu: bez żadnej infrastruktury. Mogą być nawet w obrębie dużego miasta, przechodzić w przedmieścia, ale nie mieć nic wspólnego z tym, co kojarzy nam się z miejskim życiem.
Skoro więc niemożliwe staje się możliwe w obietnicach - sielskie wiejskie życie w gąszczu domków szeregowych, zielone tarasy na środku betonowej pustyni w mieście - to tym bardziej nie trzeba bać się mierzyć wysoko. Przenośmy centra, twórzmy nowe, wsie niech stają się miastami. To i tak nie ma żadnego znaczenia. To tylko słowa.
Problem w tym, że rzeczywistości tak łatwo się nie zmienia i bolesna prawda może się jednak przebić. Jak na wsi, która wygląda jak wielkie osiedle i liczy sobie przeszło 14 tys. mieszkańców.



















