Grad zmasakrował Airbusa nad Polską. Samolot dosłownie zamienił się w sito
Kilka minut w sercu burzy wystarczyło, by nowoczesny odrzutowiec pasażerski zamienił się w sito. Grad o wielkości kurzych jaj dosłownie zmasakrował poszycie maszyny, niszcząc radar, okna kokpitu i elementy konstrukcyjne.

Airbus A320 próbując ominąć aktywny front burzowy tuż po starcie, wleciał w burzę gradową. W ciągu kilku sekund bryłki lodu zdewastowały przednią część kadłuba, krawędzie natarcia skrzydeł i stateczników oraz uszkodziły antenę radaru pogodowego. Załoga przerwała lot i bezpiecznie posadziła maszynę na lotnisku Katowice-Pyrzowice. Tam przy samolocie czekali już mechanicy LS Technics, którzy podjęli się naprawy, jakiej nie wykonuje się na co dzień.
Tych kilka sekund, które zamieniły samolot w pacjenta chirurgicznego
Burze konwekcyjne, czyli gwałtowne, towarzyszące im cumulonimbusy sięgające kilkunastu kilometrów wysokości, są zjawiskiem dobrze znanym w lotnictwie. Piloci uczą się je omijać jeszcze na etapie szkolenia. Problem polega na tym, że po prostu nie zawsze się da. Chmury burzowe rozwijają się szybko, zmieniają kształt i zasięg w ciągu minut, a pokładowe radary pogodowe, szczególnie starszych generacji, nie zawsze pokazują pełny obraz zagrożenia. W Europie, gdzie burze konwekcyjne stają się coraz częstsze i bardziej intensywne w związku ze zmianami klimatu, sytuacje tego typu zdarzają się częściej niż dekadę temu.
W tym przypadku załoga Airbusa A320 znalazła się w scenariuszu, którego każdy pilot chciałby uniknąć. Maszyna była w fazie wznoszenia po starcie, czyli w momencie, gdy prędkość jest wysoka, a pole manewru ograniczone. Próba ominięcia frontu burzowego nie powiodła się i samolot wleciał w strefę aktywnego gradu.
Grad na pułapie lotniczym to nie to samo, co grad na ziemi. Na wysokości kilku tysięcy metrów bryłki lodu uderzają w kadłub z prędkością będącą sumą prędkości samolotu i prędkości spadania gradu. Łącznie to mogą być setki kilometrów na godzinę. Przy takiej energii kinetycznej nawet stosunkowo niewielkie kulki lodu zachowują się jak pociski, wybijając wgniecenia w poszyciu, niszcząc osłony radarów, deformując krawędzie natarcia skrzydeł i uszkadzając czujniki na zewnątrz kadłuba.
Skali zniszczeń od razu nie widać
Po bezpiecznym lądowaniu w Katowicach-Pyrzowicach samolot został poddany szczegółowej inspekcji przez mechaników. Zdjęcia udostępnione w mediach społecznościowych pokazują skalę, która robi wrażenie nawet na osobach przyzwyczajonych do widoku uszkodzonych maszyn.
Najbardziej ucierpiała przednia część kadłuba, czyli strefa, która jako pierwsza przyjmuje na siebie uderzenia. Poszycie w tym rejonie nosi ślady licznych uderzeń: wgniecenia, pęknięcia, deformacje. Uszkodzone zostały krawędzie natarcia skrzydeł i stateczników, więc te elementy aerodynamiczne, które są kluczowe dla zachowania właściwości lotnych maszyny. Pod osłoną radaru wykryto uszkodzenia anteny radaru pogodowego oraz systemu ILS glide slope, który naprowadza samolot podczas podejścia do lądowania w warunkach ograniczonej widoczności.
Przeczytaj także:
Każde z tych uszkodzeń wymaga innego podejścia. Elementy wymienne, jak radom czy antena radarowa, można po prostu zastąpić nowymi. Ale uszkodzenia poszycia kadłuba i elementów strukturalnych to zupełnie inna bajka. Kadłub samolotu nie jest częścią, którą można wyjąć i włożyć nową. Każda taka naprawa wymaga indywidualnej analizy, zaprojektowania rozwiązania, często we współpracy z producentem maszyny, i wykonania prac z precyzją, od której zależy bezpieczeństwo setek przyszłych pasażerów.
*Źródło zdjęcia wprowadzającego: LS Technics; Canva Pro



















