REKLAMA

Coś pędzi w stronę Księżyca z siłą bomby termojądrowej. My też możemy oberwać

Całkiem spory kawałek kosmicznej skały pędzi w stronę naszego Księżyca, niosąc ze sobą energię porównywalną z wybuchem średniej wielkości ładunku termojądrowego. Dla naukowców to okazja stulecia, dla operatorów satelitów zapowiedź chaosu.

Całkiem spory kawałek kosmicznej skały pędzi w stronę naszego Księżyca, niosąc ze sobą energię porównywalną z wybuchem średniej wielkości ładunku termojądrowego. Dla naukowców to okazja stulecia, dla operatorów satelitów zapowiedź chaosu.
REKLAMA

Choć 4,3 proc. prawdopodobieństwa może wydawać się statystycznie niewielkie, w skali astronomicznej jest to ryzyko, którego nie można zignorować. Planetoida oznaczona jako 2024 YR4 znajduje się obecnie pod lupą astronomów na całym świecie. Nowa praca naukowa autorstwa Yifana He z Uniwersytetu Tsinghua i jego współpracowników, opublikowana jako preprint w serwisie arXiv, rzuca nowe światło na to potencjalne zderzenie.

Badacze nie skupiają się jednak wyłącznie na zagrożeniu. W ich ocenie ewentualna kolizja byłaby bezprecedensowym eksperymentem, przeprowadzonym rękami samej natury, który pozwoliłby nam zajrzeć w głąb Srebrnego Globu jak nigdy dotąd.

REKLAMA

Kosmiczne laboratorium stworzone przez naturę

Gdyby do uderzenia doszło, byłoby ono sześć rzędów wielkości potężniejsze niż ostatnia znacząca kolizja z 2013 r., wywołana przez znacznie mniejszy meteoroid. Tym razem mówimy o zjawisku, które uwolniłoby gigantyczne ilości energii, odparowując skały i zamieniając materię w plazmę. Siła uderzenia odpowiadałaby ponad 6,5 Mt (433 bomby zrzucone na Hiroszimę).

Dla fizyków zajmujących się uderzeniami wysokoenergetycznymi byłby to moment prawdy. Dotychczas musieli polegać na symulacjach komputerowych. W 2032 r. mogliby otrzymać twarde dane z obserwacji na żywo, coś, co w warunkach laboratoryjnych jest nieosiągalne.

Zjawisko byłoby doskonale widoczne z regionu Pacyfiku, gdzie podczas uderzenia panować będzie noc. Jednak spektakl nie skończyłby się na błysku. Przez wiele dni po kolizji, w miejscu uderzenia utrzymywałoby się jezioro stopionej skały o średnicy około 100 m i tempraturze blisko 2000 stopni Celsjusza.

To idealny cel dla Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba i innych obserwatoriów działających w podczerwieni. Analiza procesu stygnięcia tego piekielnego basenu dostarczyłaby kluczowych informacji o formowaniu się kraterów.

Według wyliczeń zespołu z Tsinghua, krater na powierzchni Księżyca miałby około kilometra szerokości i nawet 260 m głębokości. Porównanie jej z miliardami innych kraterów pozwoliłoby lepiej zrozumieć historię bombardowania naszego kosmicznego sąsiada.

Sejsmiczne echo i darmowa przesyłka na Ziemię

Uderzenie planetoidy zadziałałoby jak gigantyczny młot uderzający w dzwon. Szacuje się, że kolizja wywołałaby wstrząs sejsmiczny o magnitudzie 5.0. Byłoby to najsilniejsze trzęsienie ziemi (a właściwie trzęsienie księżyca), jakie kiedykolwiek zarejestrowano na powierzchni naszego satelity.

Biorąc pod uwagę, że agencje kosmiczne planują w najbliższych latach powrót na Księżyc i instalację nowej aparatury badawczej, sieć sejsmometrów mogłaby precyzyjnie nasłuchiwać tego wydarzenia.

Obserwacja rozchodzenia się fal sejsmicznych po takim uderzeniu to dla geologów planetarnych Święty Graal. Pozwoliłoby to na prześwietlenie wnętrza Księżyca i zrozumienie jego kompozycji bez konieczności przeprowadzania sztucznych detonacji. Ale to nie koniec korzyści naukowych. Wybuch wyrzuciłby w przestrzeń kosmiczną ogromne ilości gruzu, z czego część trafiłaby na kurs kolizyjny z Ziemią.

Naukowcy szacują, że do naszej atmosfery mogłoby trafić nawet 400 kg księżycowego materiału, który przetrwałby ogniową próbę wejścia w atmosferę. Choć próbki te byłyby zwęglone, dla astronomów stanowiłyby one darmową misję typu sample return na masową skalę. Problem w tym, że te kosmiczne kamienie muszą gdzieś spaść.

Więcej na Spider's Web:

Dubaj na celowniku i widmo Syndromu Kesslera

Tu kończy się naukowy entuzjazm, a zaczynają realne obawy. Symulacje trajektorii odłamków wskazują, że deszcz meteorytów spadłby głównie na Amerykę Południową, Afrykę Północną i Półwysep Arabski. Choć nie są to, statystycznie rzecz biorąc, najbardziej zurbanizowane obszary globu, ryzyko nie jest zerowe. Kilkukilogramowa skała spadająca z prędkością kosmiczną na gęsto zabudowany Dubaj mogłaby wyrządzić poważne szkody.

Jednak największe niebezpieczeństwo czyha znacznie wyżej, na orbicie okołoziemskiej. Żyjemy w epoce megakonstelacji satelitarnych, od których zależy nasza nawigacja, łączność i systemy bankowe. Chmura odłamków wyrzucona z powierzchni Księżyca mogłaby zadziałać jak szrapnel wymierzony w tę delikatną infrastrukturę.

REKLAMA

Eksperci ostrzegają przed tzw. Syndromem Kesslera. To scenariusz domina: jeden zniszczony satelita zamienia się w chmurę odłamków, które niszczą kolejne obiekty, tworząc lawinę zniszczenia. W najgorszym wypadku taka reakcja łańcuchowa mogłaby w ciągu kilku lat zniszczyć całą sieć satelitarną i uwięzić ludzkość na Ziemi, czyniąc loty kosmiczne niemożliwymi przez dekady z powodu zaśmiecenia orbity.

Grudzień 2032 r. może więc przynieść nam albo największe odkrycia w historii badana Księżyca, albo początek kryzysu technologicznego. Choć szansa wynosi tylko 4 proc., świat nauki już teraz przygotowuje się na oba scenariusze.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-01-28T11:08:45+01:00
Aktualizacja: 2026-01-28T10:40:50+01:00
Aktualizacja: 2026-01-27T16:35:28+01:00
Aktualizacja: 2026-01-27T15:03:31+01:00
Aktualizacja: 2026-01-27T13:26:58+01:00
Aktualizacja: 2026-01-27T12:10:02+01:00
Aktualizacja: 2026-01-27T09:11:38+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA