Nauka  / Felieton

Może i jeszcze nie latamy na Marsa, ale już się kłócimy, jak go kolonizować

Picture of the author
209 interakcji
dołącz do dyskusji

Nie dysponujemy jeszcze nawet technologią, która umożliwiłaby nam budowę miasta na Marsie według projektu Elona Muska, ale to nie powód, żeby już go nie krytykować.

Najnowsza wizja Elona Muska dotycząca zasiedlania Czerwonej Planety wygląda mniej więcej tak – na początku eksploracji Marsa ludzie będą musieli „mieszkać pod szklanymi kopułami”. Gdy miasta będą się rozwijały, a kolejni ludzie będą docierać z Ziemi, stopniowo będzie realizowany projekt terraformowania Czerwonej Planety w bardziej przyjazną dla życia.

Sam proces terraformacji zajmie jednak wiele czasu. W zależności od badań przystosowanie całej planety do życia może zająć od 1000 do nawet kilkuset tysięcy lat. Za tak długie projekty ludzie jeszcze nigdy się nie zabierali, co zrozumiałe zważając na to, od kiedy człowiek rozumny chodzi po Ziemi i od kiedy zajmuje się nauką.

Teoretycznie, terraformację Marsa można by przyspieszyć. Jak? Według Roberta Walkera, który w zeszłym roku prowadził badania na ten temat, wystarczy, że przez 7 tygodni codziennie detonowalibyśmy na powierzchni Marsa 3,5 tys. bomb jądrowych. Takie działanie pozwoliłoby na stopienie czap polarnych na biegunach Marsa i doprowadziło do zwiększenia ciśnienia atmosferycznego.

Domyślam się jednak, że taka liczba bomb jądrowych raczej nie wpłynęłaby zbyt korzystnie na proces budowy pozostałych elementów marsjańskiego ekosystemu, zdolnego do podtrzymania naszego życia.

Skala wyzwania jest już znana, przejdźmy do krytyki

Najnowszym krytykiem pomysłów Muska stał się Werner Herzog, niemiecki reżyser i dokumentalista. W wywiadzie przeprowadzonym w tym miesiącu przed premierą swojego filmu dokumentalnego o asteroidach Herzog stwierdził, że ludzkość w ogóle nie powinna zasiedlać innych planet.

Jego zdaniem naszym najwyższym priorytetem, na którym powinniśmy skupić całą swoją uwagę, jest naprawa ziemskiego ekosystemu i zadbanie o naszą planetę, w taki sposób, żeby nadawała się dla nas przez kolejne tysiące lat. Ponadto Herzog krytykuje samą ideę międzyplanetarnej ekspansji. Jego zdaniem jedynym celem misji załogowych na Marsa powinny być badania naukowe i dokumentacja Czerwonej Planety.

Odrobinę podobny, choć o wiele łagodniejszy, pogląd dotyczący naszej ekspansji na inne planety przedstawił w ubiegłym roku profesor Bill Nye. Nye nie odmawia ludzkości prawa do zasiedlania nowych planet. Apeluje jednak, aby nasze działania, niezależnie od sytuacji i planety, na jakiej uda nam się wylądować, nie przypominały kolonizacji. W skrócie: Nye apeluje o to, abyśmy w naszej ekspansji nie stali się zagrożeniem dla życia na innych planetach. Herzog oczywiście tłumaczy to bardziej opisowo mówiąc, że ludzie „nie powinni być jak szarańcza”.

Zasiedlać czy nie?

Dyskusja o tym, czy powinniśmy próbować osiedlić się na Czerwonej Planecie jest klasycznym ludzkim sporem: czysto teoretycznym i niemożliwym do rozstrzygnięcia. Nie twierdzę oczywiście, że nigdy nie będziemy w stanie zamieszkać na Marsie. Zanim jednak to się stanie, strony tego sporu mogą jeszcze kilkukrotnie zmienić zdanie.

Argumenty za pozostawieniem Marsa samego sobie mają oczywiście wiele sensu z ekologiczno-naukowego punktu widzenia. Badać, obserwować, prowadzić wykopaliska, tworzyć dokumentację, ale nie zmieniać. Obca planeta w swojej niezmienionej przez ludzką rękę formie to idealny obiekt do badań naukowych i tysiące szans na dokonanie przełomowego odkrycia i zdobycia naukowej sławy.

Do tego dochodzi też kwestia, o której wspominał Herzog, czyli zajęcia się naszym własnym ekosystemem, który zaczyna mieć coraz więcej problemów. Skoro udało nam się tak zaniedbać własną planetę, co zrobimy z nową?

Zwolennicy zasiedlania mają równie mocne argumenty. Najmocniejszym, przytaczanym wiele razy chociażby przez Elona Muska jest zabezpieczenie naszego gatunku. Wystarczy jedna, odpowiednio duża kosmiczna katastrofa, żeby życie na Ziemi przestało istnieć. Co wtedy? Ludzkość znika. Przestajemy istnieć. Te wszystkie tysiące lat, które poświęciliśmy, żeby dojść do naszego obecnego stanu wiedzy i rozwoju, znika. Dlatego przydałaby się kopia zapasowa w postaci ludzi zamieszkujących inne planety. Nie sposób nie dostrzec logiki w tym myśleniu.

Kolejnym przemawiającym do rozsądku argumentem za naszą ekspansją w przestrzeni kosmicznej są też bogactwa naturalne. Mowa tu chociażby o górnictwie kosmicznym i wydobywaniu cennych pierwiastków znajdujących się nie tylko na innych planetach. Zasoby wodoru znajdujące się na Księżycu chcemy na przykład przerobić w przyszłości na paliwo do statków, które dokowałyby na księżycowej stacji kosmicznej.

Być może po głębszych badaniach Marsa odkryjemy na nim surowce, które pozwoliłyby chociażby na szybszą rozbudowę pierwszego marsjańskiego miasta. Nie wspominając już o tych wszystkich cennych metalach, które posłużą nam do budowania kolejnych generacji konsol, smartfonów i całej reszty tej upiększającej nasze ziemskie życie elektroniki.

Dopóki nie będziemy w stanie polecieć na Marsa, cała ta dyskusja jest oczywiście tylko i wyłącznie teoretyczna. Jednak nawet w tym stanie jej prowadzenie może wskazać nam kierunek rozwoju, w którym powinniśmy podążać. Siedzieć na własnej planecie, żyć we względnej zgodzie z naturą, a na sąsiednie planety zaglądać tylko z ciekawości i w ramach badań, czy też celować w międzyplanetarną ekspansję i wizję ludzkości zamieszkującej setki planet w całym Układzie Słonecznym.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst