1. SPIDER'S WEB
  2. Foto
  3. Tech

Smartfony nie istnieją, fotografia mobilna nie istnieje - reklama Canona jest oderwana od rzeczywistości

Oglądam reklamę nowego Canona EOS M200 i czuję zażenowanie. Tak słabej reklamy aparatu nie widziałem już dawno. Marketing producenta udaje, że smartfony nie istnieją.

Smartfony nie istnieją - reklama Canona jest oderwana od rzeczywistości
791 interakcji
dołącz do dyskusji

Canon EOS M200 to nowy aparat bezlusterkowy, który ma być przede wszystkim tani. I jest, bowiem zestaw z podstawowym obiektywem w dniu premiery kosztuje 2660 zł. W specyfikacji EOS-a M200 nie znajdziemy ani jednej przełomowej, czy nawet ciekawej funkcji. To po prostu tani bezlusterkowiec ze sporą matrycą APS-C.

Marketing Canona nie stawia jednak na niską cenę, ale na możliwości aparatu. A że nie bardzo jest się czym chwalić, to reklama sprzętu wygląda komicznie.

Oglądając reklamę nowego Canona EOS M200 czuję się jakbym cofnął się w czasie o 10 lat, do świata bez smartfonów i fotografii mobilnej.

Film promocyjny jest nagrany w pionie, niczym relacja na Instagram Stories. Nie mam problemu z pionowym wideo emitowanym w internecie, bo w dzisiejszym świecie internet przeglądamy głównie na smartfonie. Mam jednak problem z aparatami podszywającymi się pod smartfony.

Prześledźmy kluczowe funkcje EOS-a M200, na których skupia się reklama:

  • prostota obsługi - dotykowy ekran, wbudowane tryby automatyczne,
  • dobre zdjęcia w słabych warunkach oświetleniowych,
  • możliwość fotografowania w pionie (sic!),
  • przesyłanie zdjęć do pamięci smartfona,
  • samowyzwalacz (!),
  • zmiana obiektywu na szerokokątny: więcej osób mieści się na zdjęciu selfie,
  • wideo 4K, kompaktowa i lekka obudowa oraz tryb selfie.

Wszystkie - dosłownie wszystkie - funkcje wymienione w filmie mają też smartfony. Tak, te same smartfony, które klienci już mają w kieszeniach. Dlaczego więc klient miałby wydać ponad 2600 zł na Canona, skoro ma już aparat w smartfonie? Producent nie odpowiada na to pytanie, bo dobrej odpowiedzi po prostu nie ma.

Marketing wokół tanich aparatów to nieporozumienie.

Obecnie praktycznie każdy producent na rynku chce mieć swój mały, stylowy aparat. „Niewielki”, „stylowy”, „prosty w obsłudze”, „idealny do selfie” - nie zliczę, ile razy widziałem te określenia przy premierze nowego budżetowego aparatu. Tymczasem to wszystko nieprawda.

Czy bezlusterkowiec naprawdę jest niewielki? W dzisiejszym świecie punktem odniesienia nie są już wielkie lustrzanki, a smartfony mieszczące się bez problemu w kieszeni. Nawet najmniejszy bezlusterkowiec to aparat, którego nie włożymy do kieszeni spodni, a więc musimy wesprzeć się torbą lub plecakiem. A jeśli musimy posiłkować się torbą, to argument o niewielkim rozmiarze przestaje być prawdziwy.

Kolejna rzekoma zaleta to styl. Tylko co jest stylowego w obłej bryle wykonanej ze słabej jakości plastiku? Kolorowa farba? Kawałek gumy imitujący skórę? Pasek pomalowany na srebrno imitujący metal? Są na rynku aparaty stylowe, ale nie w najtańszym segmencie.

Co w takim razie z prostotą obsługi? Nawet najtańsze aparaty mają już dotykowe i odchylane ekrany oraz łączność Wi-Fi do przesyłania zdjęć na smartfona. Nie zmienia to faktu, że smartfon dalece wyprzedza aparat w kwestii intuicyjności i szybkości obsługi.

Dużo tych odniesień do smartfonów, ale to przecież smartfony są dziś główną konkurencją tanich aparatów.

Statystyki sprzedaży są bezlitosne dla rynku foto. Smartfony już całkowicie zjadły kategorię kompaktów, a kategoria tanich bezlusterkowców ma się coraz słabiej. Wyniki finansowe Canona nie pozostawiają wątpliwości. Drugi kwartał 2019 r. przyniósł spadek zarówno przychodu jak i dochodu aż o 55 proc.

Dlaczego? 10 lat temu rynek foto opierał się na kompaktach, które w firmach foto odpowiadały za ok. 2/3 przychodów. Kompakty wymarły niczym odtwarzacze MP3, a firmy foto z roku na rok znajdują się w coraz cięższej sytuacji. Ratunkiem jest skupienie się na segmencie profesjonalnym, który obecnie przeżywa renesans. Niestety siłą rzeczy odbija się to na cenach, które są po prostu coraz wyższe. Kategoria, która kiedyś generowała mniej niż 1/3 przychodów, dziś odpowiada za przeogromną większość struktury finansowej.

Po co kupować aparat, skoro mam już smartfon?

Na to pytanie coraz trudniej odpowiedzieć w sensowny sposób. Jeśli zamierzasz wydać na aparat 1500–2500 zł, to prawdopodobnie wyjdziesz lepiej jeśli dołożysz tę kwotę do… lepszego smartfona.

Serce mi pęka pisząc te słowa, ale właśnie w takich realiach znalazł się rynek. Można się zarzekać, że przecież aparaty pokroju Canona EOS M200 mają duże matryce i możliwość wymiany obiektywów. W praktyce ma to jednak coraz mniejsze znaczenie. Serio.

Coraz więcej smartfonów jest wyposażonych w trzy obiektywy: szerokokątny, ultraszerokokątny i teleobiektyw (będący de facto standardem jeśli odniesiemy go do kątów widzenia tradycyjnych aparatów, ale to temat na inny wpis). Mamy więc zestaw trzech najbardziej użytecznych obiektywów… w kieszeni. Bez potrzeby noszenia torby fotograficznej. Bez ciągłego zatrzymywania się, żeby wymienić obiektyw. Bez obaw, że w trudniejszych warunkach uszkodzimy matrycę przy wymianie szkieł.

A jakość zdjęć? Będzie to kontrowersyjne, ale jestem zdania, że dobry smartfon da ładniejsze zdjęcia niż najtańszy bezlusterkowiec z podstawowym obiektywem pokroju 15–45 mm. Co z tego, że duża matryca aparatu ma spory potencjał, skoro jest on zabijany przez tzw. kitowy obiektyw o podłym świetle i mizernej ostrości obrazu?

smartfon czy aparat

Zdjęcie ze smartfona, czy z aparatu? Po lekkiej obróbce i zmniejszeniu do rozmiaru internetowego, naprawdę trudno stwierdzić.

Z kolei smartfony, te wyśmiewane urządzenia z mikroskopijnymi matryczkami, mają zaawansowany tryb HDR, który w nieprawdopodobny sposób zwiększa zakres dynamiczny zdjęcia. Mają tryby nocny, który pozwala na utrzymanie ostrej, dziesięciosekundowej ekspozycji z ręki, bez konieczności używania statywu. Nocna fotografia z dzisiejszych smartfonów wyprzedza to, co daje ciemny obiektyw na tanim bezlusterkowcu.

Więc jak się odnaleźć w dzisiejszym rynku foto?

Nie jestem marketingowcem, udziałowcem, badaczem działu R&D, ani ankieterem badającym rynek. Nie odpowiem Canonowi na pytanie, jak powinna wyglądać reklama EOS-a M200. Jestem przede wszystkim użytkownikiem aparatu, więc mogę powiedzieć, czego oczekuję z perspektywy dość wymagającej osoby lubiącej fotografię.

Po pierwsze, nie rezygnuję z aparatu, ale dobieram obiektywy z głową. W moim ekwipunku nie ma ani jednego zoomu. Niedawno wróciłem z urlopu, na którym ponad 90 proc. zdjęć zrobiłem tanim, małym, lekkim, lecz nade wszystko jasnym obiektywem 50 mm f/1.8 na korpusie Sony A7 III. Przywiozłem z tego wyjazdu mnóstwo pięknych zdjęć, których nie mógłbym zrobić smartfonem. Można zrobić świetne zdjęcie smartfonem, ale te najlepsze zawsze są z dedykowanego aparatu.

Po drugie, coraz ważniejszą rolę pełni u mnie smartfon, który jest fantastycznym uzupełnieniem tradycyjnego aparatu. Smartfon deklasuje aparaty swoją wygodą, a jakość zdjęć dzisiejszych flagowców jest już naprawdę świetna i w zupełności wystarczająca. Oglądam zdjęcia na 55-calowym telewizorze 4K i niczego im nie brakuje. Ultraszeroki kąt obiektywu ze smartfona świetnie współgra z obiektywem 50 mm na moim tradycyjnym aparacie.

Drodzy producenci, pokażcie realne przewagi swoich aparatów nad smartfonami. No chyba, że tych przewag już nie ma, a wy dobrze o tym wiecie.

Wiem, że pod tym wpisem pojawią się komentarze wyśmiewające smartfony i gloryfikujące najtańsze aparaty. Bo zdjęcia RAW, bo bogaty tryb manualny, bo obiektywy.

Canon EOS M200

Jednocześnie mam w głowie dwa obrazki z ostatnich wakacji.

Pierwsza sytuacja dzieje się w nocy, w porcie oświetlonym światłami pobliskich restauracji. W tle, tuż nad poziomem morza, majaczą światła miasta leżącego u podnóża gór. Typowy śródziemnomorski obrazek. Na brzegu stoi fotograf z podstawową lustrzanką, obiektywem 18–55 mm i z… lampą błyskową uniesioną z korpusu, ponieważ automatyka aparatu nie radzi sobie z ciemnym, kitowym obiektywem. Odpowiedzcie sobie sami, czy ta osoba nie wyszłaby na tym lepiej, gdyby użyła trybu nocnego w topowym smartfonie.

smartfon czy aparat

Scenka druga ma miejsce o wschodzie słońca. Fotograf z torbą sprzętu czeka, aż słońce wyłoni się zza gór. Problem polega na tym, że stoi tuż nad wodą, w najmniej ciekawym miejscu, mając za sobą znacznie ciekawsze skałki, które mogłyby urozmaicić pierwszy plan. Fotograf za chwilę zrobi typowo pocztówkowe ujęcie, jakich były już miliony. Ustawiłem się za nim, wyjąłem smartfon i zrobiłem… typowo pocztówkowe zdjęcie, a jednak sporo ciekawsze, bo z sylwetką fotografa na pierwszym planie. Czy w tym ujęciu tani bezlusterkowiec dałby mi coś ponad aparat smartfona? Szczerze wątpię.