Tech  / Felieton

Uwielbiam Windowsa, ale przez takie akcje nie potrafię być z nim szczęśliwy

488 interakcji
dołącz do dyskusji

Na co dzień jestem zadowolonym użytkownikiem maszyn z Windowsem. Serio. Lubię Windows 10, lubię dostępne na niego programy, a komputery z linii Microsoft Surface uważam za dalece wyprzedzające zaawansowaniem dowolnego MacBooka. A jednak są kwestie, przez które nadal w głowie kołacze mi się myśl o zakupie jabłka.

Dla niektórych z was te ciągłe dywagacje o Macach i pecetach są już pewnie męczące. W końcu komputer to komputer, nie? Zawsze w takich sytuacjach odpowiadam: to zależy.

Oczywiście, komputer to tylko i wyłącznie narzędzie. Nawet jeśli mamy do niego jako-taki stosunek emocjonalny, na koniec dnia to tylko ekwiwalent zbioru młotków i wiertarek. Ja ze swoich narzędzi jestem zazwyczaj bardzo zadowolony. Aktualnie pracuję na naprawdę potężnym komputerze stacjonarnym, podłączonym do wspaniałego monitora fotograficznego. Do tego mam cudownie uniwersalny, hybrydowy laptop.

Na tych maszynach – wszystkie narzędzia, jakich potrzebuję. Programy pozwalające mi wykonać dowolną pracę. Przez ostatni rok, czyli od momentu, gdy na dobre pożegnałem się z prywatnym MacBookiem, wypracowałem też wydajny workflow, który pozwala mi wykonywać zadania nie tylko dobrze, ale i szybko.

Od strony praktycznej, nie mam powodów do tego, by chcieć czymkolwiek zastąpić aktualnie posiadany zestaw maszyn z Windowsem i programów, dzięki którym zarabiam pieniądze. Ale jak wiadomo, trawa jest zawsze bardziej zielona na trawniku sąsiadów, więc co jakiś czas spoglądam sobie na Apple’owe poletko. Na moich redakcyjnych kolegów pracujących na MacBookach. Na ludzi, których pracę podziwiam, a którzy wykonują ją na sprzętach Apple’a.

I niestety wciąż mam powody, by faktycznie im zazdrościć.

Przez takie akcje nadal rozważam rzucenie wszystkiego i kupienie MacBooka.

Po wielokroć powtarzałem w tekstach na Spider’s Web, że komputery Apple’a mają szczególną wartość dla jednej grupy ludzi – szeroko rozumianej kasty „artystów”. Mówię o wszystkich, którzy parają się pracą kreatywną: fotografach, grafikach, pisarzach, filmowcach, muzykach.

To nie jest tak, że artyście nie mogą pracować na maszynach z Windowsem. Sam codziennie sobie udowadniam, że mogą i to całkiem sprawnie. Tylko co z tego, skoro na maszynach z macOS artyści mogą pracować jeszcze lepiej i jeszcze sprawniej. A przy tym czuć, że twórcy sprzętu, na którym pracują, faktycznie o nich dbają.

W tym konkretnym przypadku do zazdrości zmusiła mnie naprawdę drobna, acz istotna kwestia – aktualizacja Garage Band.

Garage Band nie ma swojego odpowiednika na maszynach z Windowsem. To preinstalowana, potężna w swych możliwościach, darmowa aplikacja, którą dostaje każdy nabywca komputera Mac. Jest to program do nagrywania dźwięku, skierowany przede wszystkim do początkujących, którzy znajdą w jego wnętrzu wszystko, co niezbędne, by samodzielnie tworzyć muzykę, nagrywać podcasty, otworzyć sobie drzwi do branży audio.

Wewnątrz Garage Band od 2009 roku istnieje też sekcja z lekcjami gry na instrumentach od światowej klasy artystów (gry na basie uczy np. sam Sting). Usystematyzowane, profesjonalnie nagrane lekcje dostępne na wyciągnięcie ręki dla każdego, kto zakupi komputer z nadgryzionym jabłkiem w logo.

Dotychczas te lekcje były płatne. Grosze, bo 5 dol. od lekcji, ale jednak. Najnowsza aktualizacja to zmienia i wszystkie lekcje w Garage Band właśnie stały się darmowe.

Profesjonalistów pewnie to nie rusza, ale spójrzmy na sprawę z perspektywy amatora, który chciałby zacząć swoją przygodę z produkcją dźwięku czy komponowaniem muzyki.

Kupując komputer z Windowsem ktoś taki jest w 100 proc. pozostawiony sam sobie. Na Windows 10 nie znajdziemy nawet najbardziej podstawowego programu do edycji audio. Osoba początkująca musi sama znaleźć program, w którym zacznie naukę. Sama znaleźć materiały do tej nauki. Sama obejść wszystkie problemy, z jakimi może się mierzyć na początku swojej drogi.

A dla jasności nadmienię, że po stronie Windowsa nie istnieje równie przystępny (a jednocześnie zaawansowany) program typu DAW (digital audio workstation) jakkolwiek porównywalny z Garage Bandem. Tak samo jak nie istnieje darmowy program do obróbki wideo, jakkolwiek porównywalny z iMovie pod względem progu wejścia i stosunku prostoty obsługi do możliwości. Na Windows 10 czegoś takiego po prostu nie ma.

MacBook Pro 2017 13 Apple

Kupując komputer od Apple’a, aspirujący filmowiec/muzyk dostaje do rąk GRATIS dwa znakomite narzędzia do nauki – Garage Band i iMovie. Do tego, zupełnie za darmo, lekcje gry na instrumentach. I dziesiątki tutoriali na stronie Apple’a, uczących obsługi programów i podstaw obróbki audio i wideo.

Jakby tego było mało, gdy początkujący twórca opanuje bazowe narzędzia, a te zaczną go ograniczać, nie musi szukać daleko, by wskoczyć na wyższy poziom.

Może za naprawdę rozsądne pieniądze kupić kolejne programy prosto od Apple’a – Logic (DAW za 800 zł) i Final Cut Pro X (NLE za 1300 zł) i dalej tworzyć, już bez ograniczeń, w znanym dla siebie środowisku.

Oczywiście, część twórców pewnie i tak wybierze programy Adobe do montażu wideo i Pro Toolsa, Studio One’a czy innego Cubase’a do obróbki audio, a platforma systemowa straci na znaczeniu. Jednak ta część, która zaczynała na Macu, z dużym prawdopodobieństwem pozostanie przy znajomym ekosystemie.

Przepaść w podejściu do artystów między Apple’em i Microsoftem nadal ma rozmiary Wielkiego Kanionu.

Kiedyś pisałem, że Microsoft stworzył system „dla twórców”, ale nie umie przekonać do siebie twórców. I nic dziwnego. Pomimo mijających lat i zacierających się różnic miedzy systemami i sprzętami, to Apple nadal wygrywa, jeśli chodzi o dopieszczanie talentów.

A jakkolwiek małostkowo to zabrzmi, talenty lubią być dopieszczane. I wcale nie chodzi o to, że mają się czuć jak wyjątkowe płatki śniegu, nie.

Artyści to po prostu specyficzna grupa ludzi. Taka, która często w siebie wątpi, którą bardzo łatwo zniechęcić do działania. W większości przypadków nie są to entrepreneurzy, wstający co rano z „you can do it!” na ustach, lecz uzdolnieni ludzie, którym relatywnie łatwo podciąć skrzydła.

Parafrazując słowa Stevena Pressfielda, zapisane w genialnej książce „The War of Art.”, to nie samo tworzenie jest trudne, lecz zwalczenie oporu i rozpoczęcie pracy. A zatem im mnie tarcia będzie między artystą a jego pracą, tym większa szansa, że w ogóle tę pracę zacznie.

I Apple właśnie to robi w sposób genialny – minimalizuje tarcie niemal do zera.

Daje na start kompletny zestaw niezbędnych narzędzi. A potem oferuje znacznie lepszy wybór programów niż ma to miejsce po stronie Windowsa 10.

Bo trzeba to podkreślić: wyjąwszy usługi Adobe, które faktycznie lepiej działają na Windowsie (dzięki partnerstwie firmy z Microsoftem), większość programów dla twórców działa lepiej na Macu. Nawet tych samych programów.

Sam od blisko roku czekam na obiecaną aktualizację mojego ulubionego narzędzia do pisania – Scrivenera. Posiadacze komputerów z macOS otrzymali Scrivenera 3 dawno temu. Mają pod ręką najlepszy dostępny program dla pisarzy w odświeżonej, lepszej niż kiedykolwiek wersji. Tymczasem obiecanej wersji na Windows 10 nie widać, a twórcy zbywają wszelkie pytania na temat finalnej daty premiery.

Otwierając więc Scrivenera na Windows 10, zamiast myśleć o pracy, myślę o tym, że macowcy mają lepiej. Że gdybym miał Maca, nie użerałbym się z przestarzałym interfejsem, wolną pracą i kiepską stabilnością programu. A gdybym chciał go zmienić, miałbym wybór. Na Windowsie wyboru nie mam, bo Scrivener jest jedynym programem w swojej kategorii.

Komputerom Mac daleko do ideału. I co z tego?

Tak, MacBooki Pro są absurdalnie źle wycenione i mają za mało mocy względem porównywalnych maszyn z Windowsem. Tak, kosztujący tyle samo Surface Book 2 rozjeżdża MacBooka jak walec. Tak, macOS na tle Windows 10 wygląda coraz bardziej archaicznie. Tak, gdybym chciał kupić Maca o porównywalnej wydajności do mojego peceta, musiałbym wydać jakieś 20 tys. zł – ponad trzykrotnie więcej od porównywalnego komputera osobistego.

Tylko że to wszystko traci na znaczeniu, gdy zdać sobie sprawę, że summa summarum liczy się nie to, z jakiego narzędzia korzystamy, lecz to, żeby w ogóle z niego korzystać i czerpać przy okazji z tego jakąś przyjemność.

Co z tego, że po stronie Windowsa artysta znajdzie (jeśli odpowiednio głęboko poszuka) wszystkie niezbędne narzędzia, skoro będzie miał świadomość, że „po tej drugiej stronie” są znacznie lepsze narzędzia. Do tego nierzadko dostępne za darmo.

I że po drugiej stronie jest firma, która nie tylko mówi, że jest „dla twórców”, ale faktycznie wychodzi z siebie, żeby ich jak najmocniej dopieścić i przy sobie zatrzymać.

I właśnie przez te różnice nie potrafię być w pełni usatysfakcjonowany ze sprzętu, jaki posiadam. Bo choć absolutnie niczego mu nie brakuje, to musiałem się sporo natrudzić, żeby pokonać „tarcie”. Jeszcze więcej trudu wkładam w to, żeby znów do niego nie doszło.

A tymczasem posiadacze Maców… po prostu pracują. I zupełnie nie wiedzą, o co mi chodzi.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst