Biznes  / Felieton

Nie chcesz skończyć tam, gdzie większość startupów? To nie rób wszystkiego sam

Dzień, w którym po raz pierwszy zepsuło mi się auto, wspominam jako osobistą tragedię. Byłem przerażony: coś, ale nie wiadomo co, wydawało takie dźwięki jakbym w trakcie prowadzenia auta ciągnął za sobą smoka.

Wtedy korzystanie z Google nie było tak popularne, sam szukałem porad na forach miłośników Mazdy, bo gdzie indziej mógłbym to robić będąc w posiadaniu przepięknej jak na tamte czasy Mazdy 323F.

Niestety przewertowanie sporej liczby wątków nie sprawiło nagle, by problem zniknął. Wiedziałem więcej, ale niewiele to zmieniało. W dalszym ciągu nie miałem pojęcia co się dzieje i dlatego też po raz pierwszy w życiu swoje kroki skierowałem do warsztatu samochodowego.

Diagnoza nie była taka straszna. Przynajmniej tak mi się wydawało, ale jak się później okazało był to tylko początek moich problemów. Okazało się, że wymiana amortyzatorów to jedno, ale poza nimi miałem do wymiany sporo innych części, których nazwy usłyszałem po raz pierwszy w swoim życiu. Wtedy na mechanice nie znałem się w ogóle. Wiedziałem gdzie jest silnik, co robią hamulce i dlaczego skrzynia biegów jest tam gdzie jest.

Dlaczego o tym wspominam?

Cóż. Dzisiaj wciąż nie podjąłbym się naprawy samochodu samodzielnie, ale wtedy kilkukrotnie zostałem naciągnięty na naprawy, których mogłem uniknąć. Dzięki temu teraz już wiem, że jeżeli mam zabrać się do jakiegoś tematu na poważnie, muszę zacząć od diagnozy. Najpierw mogę próbować samemu, ale prędzej czy później i tak trafię do specjalisty. To, czego nauczyły mnie przygody z autem, to zaufanie, którym muszę obdarować ludzi mądrzejszych ode mnie.

Więc gdy już zdecyduję się skorzystać z pomocy, staram się zaufać. Zarówno w przypadku awarii sprzętu jak i choroby nie pójdę do wybranego przez siebie lekarza i nie powiem mu co ma robić. Nie czuje się do tego kompetentny, a i bez moich wyciągniętych z palca diagnoz praca specjalisty będzie łatwiejsza.

To samo dotyczy internetu.  Owszem, można wynająć agencję i krok po kroku mówić jej co ma robić. Ale lepiej podejść do tego inaczej.

Strasznie nie lubię tego modelu współpracy, bo znacznie lepiej jest zatrudnić agencję i... zaufać zatrudnionym w niej specjalistom. Wtedy efekty są często lepsze, niż oczekiwane.

Podobnie jest w przypadku wizyty u lekarza specjalisty. Nie musimy ufać diagnozie, możemy ją zweryfikować w innych miejscach, ale koniec końców, gdy diagnoza będzie trafna, zostaniemy u specjalisty pierwszego wyboru.

To samo dzieje się w innych codziennych sytuacjach. Jeżeli jestem dobry w prowadzeniu rachunków nie biorę się nagle za projektowanie stron internetowych. Jeżeli produkuję śrubki i te śrubki są najlepsze w swoim rodzaju, to raczej nie powinienem mówić komuś. kto tworzy strony od 15 lat tego jak ma je robić.

Co innego gdy wynajmuje studenta bez doświadczenia albo małą i z reguły jednoosobową agencję interaktywną. Wtedy trzeba trzymać rękę na pulsie, bo efekty takiej współpracy mogą być opłakane w skutkach.

Jaki z tego wszystkiego płynie wniosek? Gdy zdecydujemy się zrobić coś dobrze, musimy liczyć się z kosztami. W innym wypadku możemy skończyć tam, gdzie większość startupów, czyli w otchłani zapomnienia.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst