Facebook coraz częściej ingeruje w życie publiczne. Czy tylko ja widzę w tym problem?
Dwie sytuacje: Facebook banuje redaktora naczelnego Super Expressu za wrzucenie plakatu Marszu Niepodległości. W reklamach Facebook pozwala na segregację rasową odbiorców promocji.

Czy tylko mnie coraz bardziej przeszkadza to, w jaki sposób Facebook ingeruje w życie publiczne?
Na Twitterze zawrzało - redaktor naczelny Super Ekspresu, Sławomir Jastrzębowski, znany ze swoich hmm… mocno prawicowych poglądów, poskarżył się, że Facebook zbanował go na 24 godziny za wrzucenie plakatu Marszu Niepodległości.
Przy okazji zapowiedział porzucenie Facebooka na stałe, co oczywiście spowodowało lawinę coraz bardziej brutalnych komentarzy. Przypomniano przy okazji niedawne facebookowe bany rozdawane gorącym prawicowym głowom.
Wyjaśniliśmy sprawę u przedstawicieli Facebooka i… po naszej interwencji Jastrzębowski został odblokowany.
W oświadczeniu Biura Prasowego Facebooka przesłanym do nas czytamy:
Plakaty Marszu Niepodległości były usuwane ze względu na umieszczony na nich symbol Falangi, który jest zakazany na naszej platformie z powodu historycznych odniesień do mowy nienawiści. Po ponownej weryfikacji i wzięciu pod uwagę, że plakat zaprasza na legalną, zarejestrowaną manifestację, zdecydowaliśmy, że może być opublikowany na Facebooku w tym kontekście, mimo że widnieje na nim zabroniony symbol.
W amerykańskich mediach powoli rozwija się dziś inna mini-aferka związana z Facebookiem.
Chodzi o głośny tekst serwisu ProPublica.org, który zwraca uwagę na to, że… Facebook stosuje segregację rasową w swoim serwisie reklamowym.
Brzmi niedorzecznie? No, nie do końca. Otóż przeklikując się przez moduł wystawiania reklam na Facebooku, reklamodawca ma możliwość targetowania reklam przeciwko danym racjom. Na przykład może usunąć wyświetlanie reklam czarnoskórym mieszkańcom Stanów Zjednoczonym, albo tym pochodzenia latynoskiego.
Facebook Polska odpowiada nam tak:
Zależy nam na dostarczaniu ludziom reklam o wysokiej jakości, które uwzględniają niuanse istotne z punktu widzenia kręgów kulturowych, do których ci ludzie należą, a nie jedynie generycznych treści kierowanych do szerokiej grupy odbiorców. Wierzymy, że reklama biorąca pod uwagę różnorodność wielu kultur może być narzędziem, które je wzmacnia. Jednocześnie stanowczo sprzeciwiamy się nadużywaniu naszej platformy przez partnerów reklamowych: nasze regulacje zabraniają wykorzystywania opcji wyboru grupy odbiorców reklam do dyskryminacji i wymagają przestrzegania prawa. Natychmiast reagujemy, gdy stwierdzimy, że reklamy naruszają nasze zasady
Podaje też przykład działań reklamowych w oparciu o przekaz dla odpowiednich nacji:
Gdy Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w 2014 roku stały się ważnym tematem dla społeczności latynoskiej w USA, jedno z przedsiębiorstw stworzyło kampanię docierającą do zainteresowanych osób w ramach tej społeczności, tak aby osiągnąć pozytywne skojarzenie pomiędzy marką a najpopularniejszym sportem świata. Oznaczało to więcej reklam odnoszących się do Mistrzostw Świata kierowanych do tych odbiorców.
O ile w przypadku sprawy Jastrzębowskiego tłumaczenie Facebooka wydaje mi się logiczne i rozsądne, zakończone zresztą zmianą decyzji, o tyle tutaj nie czuję się w ogóle przekonany wyjaśnieniami.
Przypomnijmy jeden z naszych archiwalnych tekstów, w którym przedstawialiśmy 98 punktów, w jaki Facebook jest w stanie nas profilować. Serwis wie o nas takie szczegółowe rzeczy, że spokojnie może targetować nas tak, by wcale nie trzeba było uciekać się do segregacji klasowej.
Weźmy chociażby przykład promocji podczas Mistrzostw Świata w piłce nożnej, która - jak wiemy - wśród latynosów jest niczym religia. Można zestawić grupę docelową w oparciu o inne punkty profilujące monitorowane przez Facebooka nie uciekając się do podziału rasowego. Są zainteresowania, oglądanie sportu, programy telewizyjne, geolokalizacja, piwo, telewizory, itd - to wszystko Facebook wie o nas doskonale. Wystarczy sprawdzić.
Krytykując postawę Facebooka, dziennikarze ProPublico podają wymowny przykład: pomyślmy co by się działo, gdyby kilkadziesiąt lat temu gazety oferowały opcję reklam w kopii sprzedawanych tylko białym odbiorcom.
No właśnie, próbujecie sobie to wyobrazić? Bo ja się nawet nie ośmielam tego robić.
Facebook sam jest dziś medium takim, który spina w sobie wszystkie dotychczasowe formy medialnego przekazu: gazety, serwisy informacyjne, telewizję, fora internetowe. Powinien więc być niesamowicie mocno wyczulony na wszelkie przejawy dyskryminacji oraz równego traktowania. Tymczasem obok wyświechtanych frazesów rzucanych wszech i wobec przez szefa Facebooka Marka Zuckerberga, coraz częściej serwis jest nie tyle niekonsekwentny, co wręcz uzurpuje sobie prawo do decydowania co jest ok, a co nie ok.
Moje osobiste poglądy są oddalone przynajmniej o rok świetlny od tych, które prezentuje publicznie szef Super Expressu, jednak brew mi się podnosi, gdy widzę bezmyślne automatyczne działanie Facebooka, który banując go, zajmuje de facto stanowisko polityczne. Tłumaczenie o błędzie dotrze pewnie do garstki osób, znacznie mniejszej, niż ta, która poczuła się zbulwersowana decyzją Facebooka.
Nie mówiąc już o daleko posuniętej niekonsekwencji w działaniu - z jednej strony walczymy z symbolami mowy nienawiści, z drugiej sami oferujemy narzędzia segregacji rasowej w reklamach.
Facebook zdaje się mówić:
Każdy ma prawo decydować, czy chce mieć swastykę pod oknem czy nie tak, jak administrator portalu ma prawo decydować, czy chcesz mieć u siebie komentarze atakujące kogoś osobiście albo po prostu chamskie.
I trudno z takim przesłaniem dyskutować. Tyle że przedstawia ono sytuacją czarno-białą, oczywistą. W rzeczywistym życiu sprawy najczęściej są szare, nieoczywiste. Nie rozumiem dlaczego to Facebook miałby decydować, co jest akceptowalne, a co nie, tym bardziej, że sam zachowuje się często bardzo problematycznie.