Tech

Ekipa "Uważam Rze" do wymiany, ale nie na Twitterze

101 interakcji
dołącz do dyskusji

Zawsze powtarzałem moim redakcyjnym kolegom, że zabawne miejsce ten Twitter. Fakt, że jest najbardziej publicznym z mediów społecznościowych, nawet mimo jego znikomej siły rażenia w Polsce, prowadzi do wielu absurdalnych sytuacji. A to ktoś obnaża romanse swojego męża, a to ktoś przekreśla swoją polityczną karierę zdaniem, którego nie zdążył "przemyśleć" sztab bardziej rozgarniętych PR-owców. Aż wreszcie - to miejsce  kontaktu z fanami, czytelnikami, wyborcami, walki o rzędy dusz na szczeblu korporacji i o idee. Raz za razem obnaża się przy tym lekceważący sposób w jaki - wydawałoby się - duże korporacje traktują media społecznościowe. 

Tym razem cyrki rozpoczęły się w ekipie Uważam Rze, która najwyraźniej z dość lewicowym, można by powiedzieć: hipisowskim, podejściem traktowała Twittera, a dane profilu znajdowały się w rękach jednego z byłych już pracowników. Od kilkunastu godzin profil stał się prawdziwym bastionem, który już teraz jasno zadeklarował, że "nie odda się" w ręce nowej redakcji.

To nie pierwszy raz kiedy Twitter, Facebook czy inne ważne internetowe dane nie do końca są w stanie pogodzić się z wewnętrznymi konfliktami i na krótszą lub dłuższą chwilę zamieniają się w festyn (ku uciesze internautów). Dość wspomnieć liczne kontrowersje wokół kształtującej się partii Polska Jest Najważniejsza, kiedy Adam Bielan przepadł z wszystkimi danymi do strony.

Osobne studium internetowego kuriozum stanowią rozmaite agencje obsługujące media społecznościowe na zlecenia polityków. Jest to tym bardziej absurdalne, gdy przez długi czas profile tworzone są w sposób niezwykle personalny, pełne osobistych przemyśleń danego polityka. Aż tu nagle, z zaskoczenia, pojawia się informacja, że za wszystkie te złote myśli od dłuższego czasu nie została uiszczona opłata. W mniej więcej podobnych tarapatach znalazł się swego czasu Janusz Palikot.

Nie sposób też nie wspomnieć o byłej już na szczęście rzeczniczce byłego już na szczęście Polskiego Związku Piłki Nożnej, która sama podsumowała swoją działalność w dyskusji "jaki związek, taki rzecznik". Agnieszka Olejkowska uznała, że @rzecznik_PZPN jest najwyraźniej tytułem dożywotnim i z następcą dzielić się nie zamierza. Nie dysponuję niestety takim zakresem inwektyw, których nie wyciąłby mi redaktor naczelny, niech więc może jedno zdjęcie powie więcej niż 1000 słów.

Gdybym miał doradzać redaktorom Uważam Rze w zakresie internetowego savoir vivre'u, to nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że tego typu zachowanie jest - mimo wszystko - troszkę dziecinne. Redaktorzy byli zwalniani lub odchodzili w geście solidarności i choć tego typu rzeczy zawsze budzą kontrowersje, dobrze jest je załatwiać w białych rękawiczkach. Trudno jest mi sobie wyobrazić, by któryś z nich ostatniego dnia wychodząc z pracy przemycił sobie w torbie na przykład firmowego laptopa. W mojej opinii takie zachowanie jest nieeleganckie, infantylne, a ewentualnymi refleksjami równie dobrze można się dzielić przecież z prywatnego profilu. Już teraz profil Uważam Rze zamienił się w internetową atrakcję, monitorowaną ku uciesze internetowej gawiedzi, momentami będąc przyrównywanym do radia "Wolna Europa" i ostatniej rozgłośni na Westerplatte. A graficy w kuluarach już pracują nad logiem "Twittera Walczącego", który będzie rysowany na forach dyskusyjnych, gdy tylko moderacja na moment odwróci wzrok.

Swoją drogą cała sytuacja może też prowadzić do ciekawej debaty nad  tym, czy profil społecznościowy stanowi własność wydawnictwa i w jaki sposób można dochodzić prawnie jego odzyskania. Wprawdzie rozwiązanie wydaje się dość oczywiste, ale sądy jeszcze przez długie lata mogą mieć problemy z klarownym orzekaniem w tej sprawie.

Abstrahując od wszelkich akcentów politycznych i ideologicznych, zmiany w Uważam Rze wydają się być mało rozsądne z punktu widzenia biznesowego (a kazus "Przekroju" pokazuje, że wydawca wcale nie musi mieć w tym jakiejś głębszej wizji). W sytuacji kiedy tradycyjnym tygodnikom raz za razem spadają wyniki (poza Newsweekiem), a z Wprostem i Polityką na mainstreamowej scenie prasy już i tak jest trochę ciasno, rezygnacja Uważam Rze ze swojej - powiedzmy - unikalnej formy trafiającej do - powiedzmy - unikalnej niszy, nie rokuje dobrze temu tygodnikowi. Dawna redakcja dysponuje rzeszą wiernych czytelników, którzy chętnie sięgną po nowy produkt, niezależnie od jego nazwy. To oni przez ostatnie miesiące utrzymywali "URz", momentami fundując pismu spektakularne wyniki.

Piszę o tym, ponieważ próbuję zrozumieć pobudki wydawcy, Grzegorza Hajdarowicza (poza tym najbardziej oczywistymi) i prognozować przyszłość mediów w Polsce, także tych elektronicznych. Pan Hajdarowicz jest powszechnie znany z rosnącej niechęci do papieru (być może dzięki miłości do lasów Amazonii) i głośnego prognozowania wyparcia tradycyjnych mediów chociażby przez tablety. Zastanawiające jest zatem, czy zmiany w tytułach Presspubliki mają w bezpośredniej konsekwencji prowadzić do narodzin bardziej wyważonej, ale zarazem coraz mocniej koncentrującej się na działaniach w sieci publicystyki. Papierowej przyszłości "Uważam Rze" nie jestem sobie w stanie już wyobrazić.

Jakby nie patrzeć stara redakcja Uważam Rze już teraz przeniosła się do internetu. Plan (częściowo) wykonany.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst