Kasa samoobsługowa nie dla każdego. Sklep sprawdzi, czy można ci zaufać
Kasy samoobsługowe miały ułatwić życie wszystkim, a w niektórych miejscach stają się dobrem wyłącznie dla wybranych. Pierwsze oznaki gruntownych zmian już widać.

Nieco inaczej to sobie wyobrażaliśmy. W teorii kasy samoobsługowe miały sprawić, że będzie nam wygodniej – bo kasuje się produkty w swoim tempie – i lepiej, bo im więcej stanowisk, tym szybciej rozładują się kolejki. W praktyce te dalej są, my według badań płacimy więcej, a pracownicy dalej są przeciążeni. Co więcej, od naszych ocen przy kasie zależy więcej niż może nam się zdawać.
Z kas samoobsługowych paradoksalnie nie zawsze zadowolone są same sklepy. Od dawna zwraca się uwagę na liczbę kradzieży i fakt, że technologię bardzo łatwo wykiwać. Rozwiązaniem mogą być więc dodatkowe kamery albo… kasy samoobsługowe dla elity.
Prawie dla elity, bo w łaski sklepu mimo wszystko łatwo się wkupić. Takie rozwiązanie praktykowane jest w berlińskim sklepie Netto Marken-Discount (chodzi tutaj o niemiecką sieć, a nie znane w Polsce Netto). Aby móc skorzystać z kasy samoobsługowej, należy być zarejestrowanym klientem – donosi Portal Spożywczy.
Póki co to tylko pilotaż. Sklep zdecydował się na testy w związku z rosnącą liczbą kradzieży. Osoby zapisujące się do programu lojalnościowego mają być bardziej zaufane i sprawdzone. Kiedyś klient w krawacie był mniej awanturującym się, dziś wzorem do naśladowania staje się klient z aplikacją.
Kasa samoobsługowa nie dla wszystkich
Niedawno "Fakt" informował o tym, że w części niemieckich sklepów "wybrane grupy klientów kierowane są przez ochronę do tradycyjnych kas". Dotyczy to głównie młodych osób, których zakupy muszą być skasowane przez pracownika sklepu.
Serwis przytoczył dane Niemieckiej Federacji Handlu, z których wynika, że kradzieże i nieprawidłowe transakcje kosztują tamtejszy sektor handlu detalicznego ok. trzech miliardów euro rocznie.
U nas takich kontroli nie ma, choć w niektórych sieciach kasy samoobsługowe losowo wyznaczają stanowisko do sprawdzenia. Wówczas pracownik musi zatwierdzić zakupy, sprawdzając wcześniej, czy wszystko się zgadza. Niby to zrozumiałe, że sklep woli się upewnić, a metoda chybił-trafił nikogo nie faworyzuje ani dyskryminuje, ale i tak można głośno westchnąć, gdy okaże się, że to nasze stanowisko jest pechowe i trzeba przejść weryfikację. Miało być szybciej, a trzeba czekać.
Z aplikacją już zyskujesz więcej. A bez niej tracisz…
Pomysł, by aplikacja czy program lojalnościowy dawała dostęp do kasy samoobsługowej może wydawać się kontrowersyjny, ale dodatkowe korzyści już przecież za sprawą telefonu się zyskuje. To teraz w zasadzie normalne, że część promocji aktywowana jest dopiero po zeskanowaniu kodu.
I już nie wystarczy fizyczna karta potwierdzająca członkostwo – niedawno w Biedronce pojawiły się promocje wyłącznie dla użytkowników aplikacji.
Z kolei Lidl szykuje dla członków programu Lidl Plus zniżki u innych partnerów. Klienci z aplikacją mogą kupić taniej bilety na pociąg albo wejściówkę do parku rozrywki. Kto skanuje, ten zyskuje.
Wprawdzie nie sądzę, aby kasy samoobsługowe w Polsce stały się przywilejem dla wybranej grupy kupujących – np. właśnie tych z aplikacją – ale byłby to ciekawy widok. W końcu sklepy już ze swoimi kontrolami i bramkami przypominają lotniska, więc dodatkowe stoiska tylko dla klientów premium niekoniecznie musiałyby szokować.



















