System kaucyjny zrobił z nas śmieciarzy. Ale to powód do dumy
Czas odczarować słowo "śmieciarz" i nadać mu nowe znaczenie. Pozbawione niepotrzebnych negatywnych skojarzeń.

Krytycy systemu kaucyjnego zwracają uwagę nie tylko na problemy z automatami, które dość łatwo wyjaśnić i wyeliminować, ale przede wszystkim na fakt, że nowe przepisy rzekomo uczyniły z Polaków śmieciarzy. W ich mniemaniu noszenie pustych butelek i opakowań nie przystoi człowiekowi na poziomie. Takich rzeczy nie robi się na grodzonych osiedlach i domkach z równo przystrzyżonym trawnikiem. Od tego powinno się mieć ludzi. O ile można pofatygować się z workiem do kontenera stojącego pod domem czy blokiem, tak dalsza wyprawa z odpadami hańbi dobre imię.
Podejrzewam, że tak właśnie myślą: z butelkami i puszkami to mogą sobie chodzić ci, dla których to jedyne źródło jakiegokolwiek zarobku. Osoby w kryzysie (choć nie sądzę, by używano wobec nich właśnie takiego określenia), które nie tyle co znalazły się na życiowym zakręcie, a już dawno wypadły z gry. Nie pytajcie, mówi wielkie państwo, na co wydawane pieniądze będą z takiego procederu. I szybko sami dopowiadają: oczywiście, że na używki. My tacy nie jesteśmy, więc z butelkami chodzić nie będziemy – niech nikt sobie o nas tak nie myśli!
Nie wiem, czy to jeszcze trauma z czasów komuny, kiedy zbierało się szklane butelki (wówczas, owszem, młodzi mogli sobie dorabiać), czy może jakaś nowa, współczesna pogarda tych myślących, że bliżej im do szefa wielkiej korporacji czy miliardera. A tak naprawdę na drabince są niewiele wyżej od pogardzanych, wyśmiewanych i wyszydzanych.
"Większość naszej klasy średniej dwie raty kredytu dzielą od bezdomności" – mówił kiedyś Paweł Sołtys, zwracając uwagę na "rodzaj pogardy, który się w Polsce wyprodukował wobec ludzi, którym się nie udało".
To był wywiad z 2017 r., ale stygmatyzacja ma się dobrze. Niedawno łódzka "Wyborcza" opublikowała reportaż o jednej z rodzin żyjącej na poddaszu starej kamienicy w bardzo złych warunkach. W facebookowym komentarzu ktoś napisał, że "wielki telewizor się zmieścił". "Miejsce na telewizor musi być" – dodał ktoś inny. Jak wiadomo, ceny mieszkań to dziś równowartość jednego ekranu, a sam wyświetlacz to symbol statusu, mniej więcej na poziomie limuzyny stojącej pod garażem.
Pogardzana biedota nie ma prawa do chwili rozrywki, namiastki normalnego życia – skoro są biedni, to mają cierpieć i wszyscy mają to widzieć, bo tylko w taki sposób można udowodnić swoje złe położenie. Tak jak uchodźcy nie mieli prawa uciekać przed wojną drogimi samochodami i nie mogli zabrać ze sobą smartfonów, bo to zabija współczucie – owszem, może na wasze domy spadają bomby, ale łzy przestają płynąć na dowód tego, że kiedyś żyło wam się dobrze. Zamiast epatować bogactwem, uciekający przed wojną powinni cieszyć się, że zimą dostali dziurawe krótkie spodenki i sprane koszulki. Dobrzy państwo pochylili się nad biednymi, zaszczycili swoją łaską.
Biedota ma zbierać złom i puste opakowania, a nie ludzie, którym się udało, bo rzecz jasna byli kowalami własnego losu. Chcieli, zapracowali, więc mają. Inni najwyraźniej też mogli - bo niby czemu nie? - ale zabrakło im tej pasji, chęci, poświęcenia. Wystarczyło przecież chcieć, nic więcej.
Wszystko jest takie proste, czarno-białe. A przy tym boleśnie niesprawiedliwe i okrutne
Pamiętam, że w czasach gimnazjum największym błędem, jaki mógł zrobić młody człowiek, było przyznanie się do noszenia używanych ubrań. Większą dyskwalifikacją było tylko przyłapanie delikwenta na posiadaniu podróbki. Rówieśnicy byli bezwzględni i śmiechem oraz pogardą nagradzali kolegów i koleżanki z biedniejszych lub po prostu nieświadomych rodzin. Już wtedy trzeba było aspirować i pokazywać status, choć nie miało się na to najmniejszego wpływu.
Przeszliśmy naprawdę długą drogę. Dziś "Rzeczpospolita" donosi, że w 2029 r. już co trzeci kupowany w Polsce element garderoby będzie pochodzić z drugiej ręki. Co więcej, dziennik informuje, że liczba stacjonarnych sklepów z używanymi towarami w ubiegłym roku wzrosła po raz pierwszy od 17 lat, rośnie też sprzedaż używanych książek, płyt i starych mebli.
Oczywiście z drugiej strony mamy olbrzymią popularność chińskich platform, które zalewają nas ubraniami kiepskiej jakości. Ale nowymi, wyglądającymi jak z żurnala, reklamowanymi przez celebrytów. Może to też jest odprysk tamtych czasów. Można sobie pozwolić na ściąganie całej szafy ubrań za nieduże pieniądze. Modne, z metką, a jak się po jednym założeniu znudzą, to w trasie jest już druga szafa jeszcze nowszych, jeszcze bardziej na topie. Koniec z jeansami tylko na niedzielę.
Co najważniejsze, istnieje jednak przeciwwaga w postaci handlu rzeczami z drugiej ręki. Lumpeksy już dawno straciły pejoratywne skojarzenie, trudno nawet mówić, żeby były modne – po prostu są takim samym źródłem ciekawych produktów, co sklepy czy marki. Można tam wyłowić rzeczy praktyczne i oryginalne. Unikatowe i zwykłe. Do lumpeksu chodzi się jak do każdego innego miejsca. Wybaczcie ten banał, ale pamiętam czasy, że to nie było takie oczywiste w małym miasteczku.
Bawi mnie, że bycie śmieciarzem komuś może uwłaczać, jeśli widzę, jak wiele dobrych rzeczy oddawanych jest na grupach w stylu "Uwaga, jedzie śmieciarka"
Coś, co dla jednych jest reliktem przeszłości, śmieciem czy po prostu obciążaniem, dla innych okazuje się skarbem. I tak to powinno wyglądać - rzeczy krążą, zyskują na znaczeniu, mogą być docenione nawet wtedy, gdy inni je skreślili. Ktoś widzi śmieć, inny zobaczy element albo część, którą można wykorzystać, przemalować, wymyślić na nowo.
W czasach, kiedy koszulkę z Vinted czy innej platformy otrzymujemy w opakowaniu od jogurtu, bycie śmieciarzem nie ma prawa być obelgą. Jest komplementem. To powód do dumy, że myśli się o przedmiocie nie jak o rzeczy jednorazowej, a jak o czymś, co może zostać ponownie wykorzystane. To myślenie bardzo pożądane w czasach, kiedy wszystkiego jest za dużo, toniemy w plastiku i zanieczyszczamy środowisko.
I to nawet nie jest nic nowego. To śmieciarstwo mamy we krwi. To wszystkie te rzeczy, których się nie wyrzuca, bo mogą się przydać. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo komu, ale mogą – i to wystarczy, by się ich nie pozbywać. Jeśli szanse na ponowne użycie spadały niemal do zera, ratunkiem dalej była piwnica, strych, ewentualnie działka, a nie śmietnisko. Przejdźcie się kiedyś po ROD-ach, zajrzyjcie nawet przez płot i zobaczcie, co robi się ze starymi wannami, drzwiami, płytkami, panelami. Nic nie ma prawa się tam zmarnować. I bardzo dobrze!
Domyślam się, że właśnie to niektórych przeraża
Że takie praktyczne i dobre podejście kojarzy się z czasami, kiedy wszystkiego brakowało. Kiedy trzeba było kombinować i robić użytek z rzeczy, która powstała w innym celu. Teraz można sobie pozwolić na dziesięć koszulek z azjatyckiej platformy i wyrzucanie telewizora w krzaki.
To pewnie nie jest nawet nasza narodowa cecha. Przypomniałem sobie o książce, której autorka namawiała do wejścia w tryb goblina. Gobliński tryb oznaczał umiłowanie przyrody, pozytywne zbieractwo, odmawianie kupowania nowych rzeczy, naprawianie, a nie wyrzucanie.
"Przejdź w tryb swojej babci" nie brzmi tak atrakcyjnie jak tryb gobliński, więc żeby zachęcić i nie odstraszyć, należało stworzyć nowy szyld. W gruncie rzeczy chodzi o to samo, o całkiem rozsądną filozofię życiową przypominającą, że nie liczy się tylko radość z konsumpcji. Jest też coś więcej, np. odpowiedzialność za swoje zakupowe decyzje.
System kaucyjny też nie narzuca niczego nowego. Nie cofa nas w rozwoju. Po prostu ma pomóc w tym, aby śmieci w naszym otoczeniu było mniej. Zachęca do myślenia o surowcach jako rzeczach, które nie są jednorazowe i mogą wrócić do obiegu, by zostać ponownie wykorzystane. To nie żaden terror, a coś, co praktykowane było od dawna, a teraz ponownie wraca się do idei.







































