Resident Evil Requiem to ból głowy recenzenta. Gra to fenomen, nie mogę pisać dlaczego
Resident Evil Requiem przejdzie do historii serii jako jedna z najlepszych odsłon. Nie mam żadnych wątpliwości. Ciekawy problem polega na tym, że nie do końca mogę napisać, dlaczego tak się stanie. Capcom bardzo dba o swoich fanów.

Przeszedłem Resident Evil Requiem przed premierą, na domowym PS5 Pro, mając ponad tydzień na testy. Aby otrzymać kod, zaakceptowałem warunki dotyczące spoilerów oraz sekretów. Dokument jest jednak tak restrykcyjny, że nie mogę wprost opowiedzieć o wielu rzeczach, które czynią Requiem fenomenalną odsłoną. Ba, ilość sekretów trzymanych przez twórców pod kloszem to aż połowa gry!
Czytając listę zakazów, jako recenzenta bolało mnie serce. Jednak z perspektywy gracza Capcom robi coś kapitalnego.
Japończycy są tak pewni swojego produktu, że oddają go w ręce mediów na długo przed premierą. Z drugiej strony chronią graczy oraz fanów Resident Evil przed zepsuciem niespodzianek, a tych w Requiem jest cały worek. Wracają doskonale znane w serii miejsca, ukochane postacie oraz kultowe motywy muzyczne. Najwięksi miłośnicy serii dostają tak syte danie, że długo będą najedzeni. Nie to co zombiaki.
Postawa Capcomu imponuje. Firma robi co może, aby podczas premiery gracze przeżyli masę zaskoczeń, szoków oraz zachwytów. Pod płaszczem tajemnicy została schowana większa połowa gry, co samo w sobie jest niesamowite. Dlatego miejcie proszę na uwadze, że moja recenzja nie odnosi się do wielu wspaniałych elementów rozgrywki, świata oraz narracji. Słowem: jest jeszcze lepiej, niż tu przeczytacie.
Jako horror, Resident Evil Requiem w końcu łapie coś, co umykało twórcom: balans między grozą i akcją.
Capcom ma problem. Musi bowiem zadowolić dwie różne grupy fanów. Jedni, zakochani w Resident Evil 4, preferują grubą warstwę akcji i strzelania. Drudzy, niosący na sztandarach klasyczne odsłony 2,5D oraz nowsze Resident Evil 7, wolą mrok, grozę i strach. Twórcy kilkukrotnie próbowali zszywać dwa odmienne światy, co zazwyczaj wychodziło fatalnie. Jak w okropnym, rozczarowującym Resident Evil 6.


Przy Requiem Capom trafia jednak w złoty środek. W końcu siedzi! Gra jest zarówno straszna, jak i naszpikowana akcją. Co najważniejsze, w żadnych z tych obszarów nie jest słaba. Będziecie robić pod siebie, ale też poczujecie jak się jak eksterminator. To zasługa trafionego pomysłu na dwóch głównych bohaterów oraz dwie zmienne perspektywy rozgrywki.
W tym miejscu muszę dodać, że Resident Evil Requiem bywa znacznie bardziej przerażające, niż może się to wydawać ze zwiastunów. Doświadczycie scen, w których gracz będzie jak zaszczuta zwierzyna. Zostaniecie bombardowani tak mocnymi kadrami, że ucieczka wyda się jedynym rozwiązaniem. To dobra zmiana względem RE Village, które było świetne, ale na pewno nie przerażające.
Dwóch bohaterów to najlepsze, co spotkało Resident Evil Requiem. Zyskuje na tym praktycznie każdy aspekt gry.
Kiedy gramy Grace, rozgrywka przypomina świetne RE7. Jako porwana ofiara, próbujemy po prostu przeżyć w wielkiej posiadłości pełnej przeraźliwych monstrów. Jest ciasno. Jest duszno. Jest ciemno. Początkowo mamy za mało amunicji, a korytarze są pełne zombie. Odruchowo unikamy starć, dzięki czemu bossowie mają narracyjno-sceniczną przestrzeń do zaistnienia. Obserwujemy ich z daleka, przemykając na paluszkach, doceniając szczegółowe modele 3D.
Rewelacyjne jest to, że w rękach doświadczonego gracza Grace zamienia się z ofiary w wojowniczkę. Jeśli umiejętnie strzelamy, a także narażamy się na ryzyko w poszukiwaniu dodatkowych skarbów, dochodzi do rozwoju postaci. Wzmacniamy wytrzymałość bohaterki i zadawane przez nią obrażenia, dzięki czemu powstaje szansa przetrwania w starciu z trudniejszymi wrogami. Wliczając w to potężnego bossa. Jeśli go ubijemy – co jest trudne, wymaga planowania i kilku podejść – późniejsza sekwencja Leona będzie wyglądać inaczej. Genialne detale!


No właśnie, Leon. Ukochany bohater Resident Evil powraca jako 50-letni seksowny eksterminator. Etapy z jego udziałem częściowo pokrywają się z lokacjami Grace, dzięki czemu możemy mścić się na tych bestiach, przed którymi wcześniej uciekaliśmy w skórze agentki FBI. Leon nie zna bowiem takiego określenia jak zbyt trudny przeciwnik. Dysponuje arsenałem strzelb, karabinów, granatów i niezniszczalnej broni białej, pastwiąc się nad żywymi trupami.
Walka Leonem w Requiem to rozwinięty, ulepszony system znany z RE4. Czyli najlepsze, co Capcom ma do zaoferowania. W nowej odsłonie twórcy dopracowali i poszerzyli walkę kontaktową. Płynne przechodzenie między giwerami oraz bronią białą daje dużą frajdę. Uwielbiam momenty, gdy strzelam do zombie, ten podbiega, zasadzam mu kopa z półobrotu, a później dobijam headshotem. Animacje starć są równie brutalne, co efektowne.
Resident Evil Requiem dostało najciekawsze zombie w historii serii.
Nowy wariant wirusa sprawia, że w żywych trupach pozostaje cząsteczka świadomości. Zdarza się, iż mówią do gracza. Do tego różnie się zachowują, w zależności od swojej przeszłości. Przykładowo zombie-kamerdyner będzie gasił światło na korytarzu, zombie-kucharz trzyma się okolic kuchni i chodzi z wielkim tasakiem w łapie, a zombie-sprzątaczka pucuje szyby w toaletach. Do krwi, własną twarzą.
Nadanie wyrazistych cech każdemu zombie ma kilka zalet. Po pierwsze, w Requiem nawet szeregowi przeciwnicy są unikalni pod względem animacji. Po drugie, mają różne ataki oraz słabości. Po trzecie, można ich nawet zwracać przeciwko sobie! Mój ulubiony moment to zwabienie byłej wokalistki do pomieszczenia z byłym pacjentem, cierpiącym na potężne bóle głowy. Obie maszkary rzuciły się na siebie w opętańczym szale. Capcomowi należą się brawa za nadanie rozgrywce takiej głębi.


Rozpływam się też nad tym, jak groteskowo rozpadają się ciała żywych trupów. Można im odstrzeliwać szczęki, odłupywać mózgi, wbijać noże w oczodoły. Katalog animacji jest niezwykle szeroki, co rusz zaskakując gracza. Jak wtedy, gdy zombie z przestrzelonymi nogami chwycił włączoną piłę motorową i dał się jej ciągnąć po posadzce w moim kierunku. Co za groteskowy absurd! Stałem zszokowany, a piła wwiercała się w nogi Leona.
Z powodu dwóch perspektyw (FPP/TPP) Requiem to gra, którą TRZEBA przejść dwa razy. Inaczej wiele się traci.
Początkowo wychodziłem z założenia, że będę grał wyłącznie z ujęciem zza pleców bohatera. Wtedy widać masę smaczków, jak światło przedzierające się przez kosmyki włosów Grace czy ciężki chód rannego Leona. Jednak dzięki możliwości płynnego przełączania perspektywy, poeksperymentowałem z FPP i odkryłem, jak wiele zyskuje się w tym trybie.
Podczas rozgrywki FPP inaczej pracuje światło latarki, z jej wyraźniejszym snopem. Otwieranie drzwi i wychylanie zza rogu to zupełnie inne doświadczenie. Tak samo ucieczka, bez możliwości spojrzenia za plecy. Do tego eksploracja pięknego otoczenia w trybie pierwszej osoby jest po prostu bogatsza. Dostrzega się więcej detali. Zachwyca się drobnymi smaczkami, jak artykuł w gazecie leżącej na drewnianej podłodze.
TPP/FPP to więcej niż prosty przełącznik w ustawieniach. Mamy wyczuwalnie odmienne tryby, z inną filozofią strzelania oraz walki. Dlatego Resident Evil Requiem warto przejść przynajmniej dwa razy, w dwóch perspektywach. Będziecie zdziwieni, jak odmienne są to doświadczenia. Na wielu polach: od poziomu strachu, przez immersję, kończąc na walce. Świetny dodatek i liczę, że z czasem doczekamy się aktualizacji PSVR2.


Resident Evil Requiem to także jedna z niewielu gier o rewelacyjnym konsolowym ray tracingu. No i ta optymalizacja!
Na moim PS5 Pro gra działa w dwóch trybach: 60 fps ze śledzeniem promieni (ray tracing) oraz 90 - 120 fps z tradycyjnym oświetleniem. Co kapitalne, Requiem nie ogranicza się wyłącznie do generowania cieni, jak większość konsolowych gier z technologią RT. Zamiast tego mamy piękne odbicia renderowane w czasie rzeczywistym, na różnych powierzchniach, a wszystko z zachowaniem 60 klatek na sekundę. Kosmos. Jeśli ktoś posiada PS5 Pro, ten horror to pozycja obowiązkowa.
Resident Evil Requiem to jedna z najładniejszych gier, z jakimi miałem do czynienia. Światłocień wsparty RT jest fenomenalny. Złapiecie tak drobne detale jak połysk liczony w czasie rzeczywistym w oczach głównego bohatera. Albo promienie słońca rozbijające się o wolumetryczne chmury. Mniam! Z kolei same modele postaci są abrudalnie dopieszczone. Widać żyły, widać pracę mięśni, grdyka chodzi jak na zajęciach z anatomii. Czuć spory budżet.
Teraz najlepsze: wszystko to zaledwie połowa gry. Druga jest jeszcze lepsza, ale Capcom nie chce, bym wam o niej mówił.
Dlatego napiszę wyłącznie tyle: wieloletni fani serii muszą przygotować się na sentymentalną, wzruszającą podroż. Zobaczą niezwykle klimatyczne miejsca, wsparte rewelacyjnymi aranżacjami klasycznych utworów. Spotkają na swojej drodze starych znajomych oraz jeszcze starszych przeciwników. Kaskada zaskoczeń trwa do napisów końcowych. Capcom głęboką chochlą czerpie z całej spuścizny Resident Evil. Od incydentu w Raccoon City, przez afrykańskie przygody, po najnowsze odsłony z Ethanem Wintersem.


Gra buduje piękną klamrę kompozycyjną, rozbudowując wątki z przeszłości. Podtytuł Requiem okazuje się niezwykle trafny. Łaciński odpoczynek nie oznacza jednak przejścia na emeryturę. Produkcja otwiera serię na przyszłość, która maluje się w rewelacyjnych barwach. Dlatego jako gracz pamiętający RE2 na PSX jestem szczerze wzruszony. Dostałem więcej niż na to liczyłem. Gra ląduje w moim osobistym topie, obok RE1 na GameCube, RE4 oraz RE7.
Największe zalety:
- Dwóch bohaterów to świetny pomysł i wzorowa realizacja
- Działania Grace realnie wpływają na rozgrywkę Leona
- Weterani mają tonę opcjonalnych sekretów i bossów do ubicia
- Tryby TPP i FPP to niemal dwie różne gry. Duże zmiany
- Cudowna walka. Model z RE4 doprowadzony do połysku
- Najciekawsze zombie w historii serii. Aż mi ich żal
- Rewelacyjna grafika. Światłocień i modele powalają
- Świetna optymalizacja. 60 fps z RT na PS5 Pro
- Jest co robić po przejściu - modyfikatory, bonusy etc
- Rewelacyjnie zmiksowane audio przestrzenne. Światowa topka
- Capcom dba o graczy: masa sekretów, o których nie mogę pisać
- Po polsku (napisy) od razu na premierę
- [top secret]
- [top secret]
- [top secret]
Największe wady:
- Brak bonusowego modułu multiplayer/horda
- Ależ boli, że Capcom milczy na temat wersji PSVR2
- Kilka zbyt dużych fabularnych uproszczeń i nadużyć
- Fan service aż wylewa się z ekranu. Może trochę za dużo
Ocena recenzenta: 9+/10
Requiem to jedna z najlepszych odsłon Resident Evil. O ile nie najlepsza. Dostałem więcej niż chciałem. Jestem wzruszony, zachwycony i wiem, że przejdę grę przynajmniej kilka razy. Piękny prezent dla wiernych fanów serii.
Zrzuty ekranu zostały wykonane na PS5 Pro w trybie śledzenia promieni



















