REKLAMA

Lodowe tsunami w Mikoszewie. Bałtyk pokazał dziwną twarz

Nad plażą w Mikoszewie wyrósł kilkumetrowy mur lodu. Rzadkie zjawisko lodowego tsunami znów pokazało, że Bałtyk potrafi zachować się jak arktyczne morze.

Torosy bałtyk
REKLAMA

Poranny spacer po plaży w Mikoszewie w ostatnich dniach bardziej przypomina wyprawę w okolice koła podbiegunowego niż wyjście nad znane, piaszczyste wybrzeże. Tam, gdzie zwykle rozlewa się mokry piasek, wyrósł nieregularny wał z pokruszonego lodu. Bloki są powywracane, powykręcane, częściowo nasypane jeden na drugi, jakby ktoś nasunął na brzeg długą taśmę z połamaną krą.

REKLAMA

To właśnie torosy, czyli wynik zderzeń i zgniatania się pokrywy lodowej na płytkim, zamarzającym morzu. Bałtyk, choć relatywnie ciepły i słonawy, przy odpowiednio niskich temperaturach i silnym wietrze potrafi zachować się jak zamknięte jezioro: rozbija cienki lód na kry, a potem pcha je w jednym kierunku. Kiedy te napierają na siebie i na brzeg, nie mają już gdzie odpłynąć. Zaczynają się piętrzyć, tworząc wały, które z daleka wyglądają jak zamrożona fala zatrzymana w pół ruchu.

REKLAMA

W Mikoszewie ten lodowy mur ciągnie się wzdłuż linii brzegu, miejscami sięgając wysokości dorosłego człowieka. Między bryłami powstają szczeliny i jamy, które przyciągają ciekawskich, ale dla ratowników są przede wszystkim sygnałem ostrzegawczym: to zjawisko piękne, ale absolutnie nieprzewidywalne.

Jak rodzą się torosy?

Żeby nad polskim morzem powstało lodowe tsunami, musi zgrać się kilka czynników. Po pierwsze – dłuższy okres mrozu, który pozwala na utworzenie się chociaż cienkiej pokrywy lodowej w strefie przybrzeżnej. Niezbędny jest także silny, długotrwały wiatr wiejący z odpowiedniego kierunku, najczęściej od otwartego morza w stronę lądu. Pomocny jest również zmieniający się poziom wody, dodatkowo wypychający kry ku plaży.

REKLAMA

Lód na Bałtyku jest kruchy i pocięty na fragmenty. Wiatr i fale zbierają te kawałki, rozpędzają je i wciskają jeden w drugi. Kry nie zsuwają się grzecznie jak puzzle – raczej zachowują się jak taranujące się nawzajem płyty: jedne zachodzą na drugie, łamią się, rozjeżdżają. W efekcie z płaskiej tafli powstają nieregularne sterty lodu, które mogą osiągać kilka, a w skrajnych warunkach nawet kilkanaście metrów wysokości.

Nad niektórymi jeziorami Ameryki Północnej takie zjawiska potrafią przesuwać spore głazy, łamać pomosty, a nawet podrywać fragmenty nabrzeżnych domów. Nad Bałtykiem torosy zwykle są łagodniejsze, ale mechanizm pozostaje ten sam: morze działa jak gigantyczny pług, który zamiast śniegu spycha na brzeg skumulowany, zmiażdżony lód.

Dlaczego lodowe tsunami lepiej oglądać z dystansu?

Nic dziwnego, że zdjęcia z Mikoszewa błyskawicznie rozchodzą się po mediach społecznościowych. Torosy wyglądają świetnie na fotografiach i są wymarzonym tłem dla zimowych ujęć z drona. Problem jednak w tym, że dla geofizyków i ratowników to także przykład dość oczywistego zagrożenia.

REKLAMA

Jeśli lód został na brzeg wyrzucony, może zostać również przesunięty dalej. Kolejna fala naporu może naruszyć już uformowany mur, powodując osunięcie się brył, a nawet wciągnięcie fragmentów plaży z powrotem do wody. Każde wejście na taki wał oznacza ryzyko, że lód załamie się pod nogami jak domek z kart – tylko że z brył ważących po kilkadziesiąt kilogramów.

Przeczytaj także:

REKLAMA

Do tego dochodzą typowo zimowe pułapki. Z pozoru stabilna powierzchnia potrafi ukrywać pod lodem głębokie, zalane wodą szczeliny, a śliskie bryły utrudniają wyjście, jeśli ktoś się poślizgnie i spadnie niżej. Właśnie dlatego służby zwykle apelują, by torosy oglądać z bezpiecznej odległości, a nie testować je jak naturalny plac zabaw.

Marcin Kusz
Redaktor
REKLAMA
REKLAMA