REKLAMA

Czytnik e-booków kurzył się przez cały rok. Niczego nie żałuję

Wiem, że mogę cię nie przekonać, ale wiem też, że przyjemność jest w życiu ważna.

ksiazki
REKLAMA

E-papier kontra papier? Dzwoni rok 2015 i prosi oddanie jego sporów. Przy okazji mógłby dodać, że już wtedy kłótnia była mocno zwietrzała, więc choćby z tego powodu reanimowanie jej na przełomie 2025 i 2026 r. pozbawione jest sensu. Mamy o co kruszyć kopie, więc przynajmniej leciwym jałowym dyskusjom moglibyśmy wreszcie dać spokój.

Albo skoro już wywołaliśmy tego biednego ducha, który nie może zaznać wiecznego snu, to rozstrzygnijmy konflikt raz, a dobrze. Tym bardziej że to jeden z niewielu sporów, który da się tak łatwo rozwiązać. Scenariusz jest przecież banalny. Nie chcesz czytać e-booków? Nie czytaj. Męczy cię papier, bo łatwo go zabrudzić, jest ciężki i niewygodny nawet na fotelu i łóżku, a co dopiero w podróży? Postaw na czytnik. Ale, co najważniejsze, nie musisz dokonywać wyboru. Możesz wielbić tradycyjne wydania, a na wyprawę zabierać czytnik. Ot, i tyle.

REKLAMA

Co racja, to racja. Sam tak robiłem przez lata. W tym roku proporcje zaskakująco się odwróciły i jestem w stanie wymienić raptem jednego e-booka, którego przeczytałem. Kiedy więc patrzę na kurzący się nie tylko metaforycznie czytnik, coś nie daje mi spokoju. Powraca jak echo pytanie i zastanawiam się, dlaczego trzymam dalej się papieru – uporczywie, ale nie z niechęcią, wręcz przeciwnie.

Coś ewidentnie poszło nie tak

O księgarni, w której nie ma papierowych książek, Stanisław Lem pisał już w latach 60. XX w. i choć polski pisarz przewidział nadejście czytników, co wielu z podziwem przypomina, to daleko nam do pożegnania tak przyjemnej czynności, jaką jest szperanie po półkach.

Aż chce się sięgnąć po sprawdzoną kartę i ponudzić o zapachu papieru, magii dotyku, przyjemnym ciężarze książki, zwiastującym długą lekturę. Kiedy tylko o tym pomyślę, oczami wyobraźni widzę, jak wasza dłoń sięga po myszkę, ewentualnie palec odrywa się od ekranu czy urządzenia, by wykonać ruch zamknięcia strony. Ucieknijmy od banału. Musi chodzić o coś innego, musi być inne wyjaśnienie, w miarę świeże i przede wszystkim rozsądne.  

Weźmy takie płyty winylowe czy CD. Tu faktycznie można mówić o innym odbiorze i odwoływać się nie tylko do języka emocji, ale przede wszystkim skorzystać z pomocy faktów. Płyty CD mają często dodatkowe utwory, których próżno szukać nie tylko na streamingach, a nawet na czarnych płytach. Stare wydania różnią się od tych nowych, dostępnych w sieci – zawierają kawałki, które tak łatwo dostępne nie są. Wybór tradycyjnego nośnika motywowany może być zupełnie nudnymi, bo praktycznymi względami. Nie trzeba czarować się brzmieniem i tego typu historiami, jeśli jest się na nie uczulonym. Nie fanatyzm, a logika.

Jeszcze nie doszło do sytuacji, że książka w e-booku ma rozdział mniej albo więcej – a przynajmniej ja nie słyszałem o takim przypadku. Za to starych książek bardzo często w cyfrowym wydaniu nie znajdziemy. Tylko trudno wówczas mówić o wyborze, jeśli druk to konieczność. A mnie chodzi przecież o sytuację, kiedy mając to samo dzieło sięgam po papier, a nie e-papier.

Przypomniałem sobie moment, kiedy w księgarni zobaczyłem książkę "Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru". Prowokacyjny tytuł wykonał swoją robotę i przyciągnął wzrok. Jeszcze przed chwyceniem książki byłem oburzony. Jak można chwalić nadmiar, kiedy właśnie wszystkiego jest za dużo. Czy autorka nie wie, ile niekoniecznie potrzebnych, za to kusząco tanich produktów z Azji codziennie trafia do Europy? Nie wie, ile ubrań się produkuje? Tymczasem Becca Rothfeld broni "łakomstwa, zbieractwa, chaosu, karnawału, ekstazy, retorycznej przesady", jak głosi opis eseju, a więc wszystkiego, co wydaje się złe, niepotrzebne i szkodliwe. Jak nie dla samego użytkownika czy klienta, to dla środowiska.

Nawet nie poszedłem z książką do kasy, a już zdążyłem pokłócić się sam ze sobą

Owszem, nadmiar jest problemem. Ale czy lansowany przez ostatnie lata minimalizm faktycznie jest rozwiązaniem? Wyobraźmy sobie idealną, wzorcową minimalistyczną przestrzeń. Mało mebli, surowe otoczenie, białe bądź szare ściany, kilka najpotrzebniejszych mebli. To wszystko jednak zamknięte jest w naprawdę dużym pokoju – mówimy o wyśnionym ideale minimalizmu.

Oznacza to więc, że ten wzór możliwy jest do zrealizowania w bardzo określonej sytuacji, kiedy można pozwolić sobie na odrzucenie zbędnych rzeczy. Rzadko kiedy minimalistyczna jest kawalerka w bloku, częściej to ogromna kuchnia albo salon w mieszkaniu bogacza. A przynajmniej ja korzystam z takich stereotypów i skojarzeń.

Jeśli więc minimalizm to przywilej, łatwo dojść do wniosku, że skromną, surową przestrzeń do życia osoby bogatsze mogą rekompensować sobie w zupełnie inny sposób, znajdując uciechy i radości poza salonem, kuchnią czy sypialnią. Łatwo być buntownikiem, kiedy wszystko się ma – śpiewał zespół The Analogs. Z minimalizmem może być podobnie.

"Miarą moralnego rozwoju społeczeństwa jest to, jak dalece wymaga od nas wyzbywania się takich błahostek jak miłość albo poezja, byśmy mogli zamiast tego zdobyć pożywienie" – fragment, który w swoim felietonie cytował Rafał Pikuła, przypadł mi szczególnie do gustu. Jak zauważała eseistka, "estetyka tkwi w nadmiarze i bezcelowości". Lepszy od minimalistycznego jest "świat bibelotów, drobiazgów bez wartości użytkowej, które jednak budują naszą tożsamość".

Marie Kondo, ideowa przeciwniczka wrogów minimalizmu, zachęca do pozbywania się książek, bo to tylko informacje

Trudno mi się z tym zgodzić. W domu mamy kilka wydań tych samych książek, które kupiliśmy tylko dlatego, że podobała nam się okładka. To jest wyraz uznania dla ulubionych autorów, ale też zwykły kaprys – radość z rzeczy niekoniecznie potrzebnej, ale ładnej, innej, interesującej. Wiele książek kupiliśmy pod wpływem chwili, dziwnego entuzjazmu, który pojawiał się na widok specyficznej okładki.

W "Tam, w dole" wspomina się o pewnej grupie z książki "Człowiek śmiechu". Jak pisze autor jednej z recenzji, Victor Hugo "staje po stronie uciskanego, skrzywdzonego ludu, który jest wykorzystywany przez członków wyższych sfer". Już nie trzeba mnie zachęcać, ale nie tylko dlatego wyruszę do antykwariatów na poszukiwania. Przekonała mnie okładka, która przedstawia mroczną postać. Rysunek przypomina pracę zdolnego licealisty. Jest w niej coś uroczo naturalnego, bezkompromisowego. Szalonego.

Niby nie ocenia się książki po okładce, ale tak się składa, że wszystkie moje ulubione książki z 2025 r. są przepięknie wydane. "Dobrze, bracie" to jedna z najlepszych okładek, tak bardzo pasująca do opowiadań Petera Markusa, ale będąca też dziełem samym w sobie. Seria Z Kraju i ze Świata wydawnictwa Ossolineum: "Zejdź na dół, Langrishe" i "Pić się chce. Opowiadania". Ten drugi tytuł dopiero przede mną, ale już wiem, że będzie dobrze.

"Willa pod Gwiazdą Wieczorną" Roberta Walsera, mojego ulubionego pisarza w 2025 r. To wydanie kupiłem w antykwariacie – bardziej podoba mi się ten tytuł od "Człowieka do wszystkiego", który został wznowiony w 2022 r. przez PIW. Drobny, ale jednak szczegół pokazujący wyższość wydrukowanego, zachowanego, krążącego wydania. Rozumiem, że pasuje bardziej, ale jest w nim coś magicznego, tajemniczego. "Coś w rodzaju opowiadania" również ma przepiękną okładkę.

"Notatki" Camusa i cała seria jego książek w PIW – jasne, można je sobie czytać na czarno-białym ekranie, tylko że coś się wtedy traci. Książka to nie tylko informacja. "Młodości, w tobie uciech siła" – musicie uwierzyć na słowo, jak to błyszczy na żywo! Wyobrażam sobie jak okładka jest wyświetlana na czytniku i robi mi się smutno. Nawet, jeśli to jakiś kolorowy model! Podobnie jest z powieściami Calvino.

Może i "Ser i robaki: wizja świata pewnego młynarza z XVI wieku" nie mają zjawiskowej okładki – choć jest urocza – to kiedy złapałem książkę w księgarni, od razu wiedziałem, że chcę czytać ją w tym wydaniu. Czasami rozmiar, to, jak leży w dłoniach – to wszystko też ma znaczenie. Za każdym razem doświadczamy czegoś innego: dotyku, faktury. Pilnowałem się, ale nie mogę wytrzymać. Jest coś w stronach i okładkach serii nowa klasyka* Czarnego, co sprawia, że strony tak dobrze się prezentują, tak miło się wodzi wzrokiem, a powierzchnia okładki jest delikatnie… chropowata. To złe słowo, ale innego znaleźć nie umiem. Trzeba dotknąć, żeby zrozumieć.

REKLAMA

Czyli tak, przegrałem

Musiałem odwołać się do tych banalnych emocji, gadek o dotyku, tym, że książki przyjemnie się uginają, poddają się dłoniom. Nie, nie wyduszę nic o zapachu, nie złapiecie mnie.

Ale może właśnie dlatego doceniam bardziej i bardziej? Polskie wydawnictwa robią z książek dzieła sztuki, wzbogacają treść. I o to też w tym chodzi. Można żachnąć się, że liczy się wnętrze, zawartość. Nie mam zamiaru z tym polemizować, ale jeśli dostajemy coś jeszcze, to dlaczego przemilczać korzyść. Możemy pozwolić sobie na czystą przyjemność z dotykania, patrzenia, podziwiania, to czemu z tego rezygnować? Precz z minimalizmem i ograniczaniem się. Niech żyje nieskrępowana radość, drobne i dlatego ważne przyjemności, zawalone od książek półki, regały, stosy powstające w nowych miejscach.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-01-02T21:44:09+01:00
Aktualizacja: 2026-01-02T20:03:52+01:00
Aktualizacja: 2026-01-02T18:13:43+01:00
Aktualizacja: 2026-01-02T17:33:35+01:00
Aktualizacja: 2026-01-02T16:37:11+01:00
Aktualizacja: 2026-01-02T14:55:10+01:00
Aktualizacja: 2026-01-02T12:32:09+01:00
Aktualizacja: 2026-01-02T06:12:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-02T06:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-01T16:50:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-01T16:40:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-01T16:30:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-01T16:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-01T16:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-01T16:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-01T08:40:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-01T08:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-01T08:10:00+01:00
Aktualizacja: 2025-12-31T20:12:00+01:00
Aktualizacja: 2025-12-31T19:11:00+01:00
Aktualizacja: 2025-12-31T17:09:00+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA