Gry  /  Felieton

3 powody, dla których nie kupiłem Nintendo Switcha, choć bardzo bym chciał

Picture of the author

Nintendo Switch jest na rynku już cztery lata i ostatnio coraz częściej chodzi mi po głowie jego zakup. Są jednak 3 powody, dla których nie mogę się do tego zmusić.

Handheldy to nie do końca moja bajka, ale od pewnego czasu coraz bardziej kusi mnie zakup Switcha. Już tłumaczę.

Z przykrością przyznaję, że na przecięciu nieuchronnie zbliżającej się trzydziestki i pracy polegającej na siedzeniu przed komputerem, mam coraz mniej czasu i… coraz mniej chęci na granie w gry. Uwielbiam grać, gry są ważną częścią mojego życia praktycznie od zawsze, ale po całym dniu pracy przy komputerze ostatnim, na co mam ochotę, jest granie w gry, siedząc w tym samym krześle, przed tym samym monitorem. Ot, uroki pececiarstwa.

Przez moment chodził mi po głowie pomysł kupna konsoli nowej generacji z silnym wskazaniem na PS5, ale raz, że jej dostępność i cena to jakiś żart, a dwa, że nie mam w domu telewizora ani miejsca na jego wstawienie, więc konsolę musiałbym podłączyć do monitora. Czyli siedziałbym w tym samym miejscu, przed tym samym ekranem, tyle że grając na innym urządzeniu. Marna solucja problemu. Stacjonarne konsole muszą poczekać na nowe mieszkanie i miejsce na telewizor.

Pewnego rodzaju remedium mógłby być streaming gier z chmury, ale niestety w moim mieszkaniu są tak ogromne zakłócenia sieci, że pomimo światłowodu gry z xClouda są niegrywalne. Streaming gier musi poczekać.

Switch zaczął mi się ostatnio jawić jako znakomite remedium na problem z brakiem czasu i chęci do grania. Tym bardziej, że pomógł rozwiązać identyczny problem mojemu redakcyjnemu koledze Marcinowi, który od dłuższego czasu namawiał mnie do kupienia konsoli Nintendo. Ze Switchem nie byłbym przywiązany do biurka, mógłbym pójść na kanapę czy zabrać konsolę ze sobą wyjeżdżając z domu. Teoretycznie rozwiązanie idealne.

Miałem okazję pograć nieco na dużym Switchu, a ostatnio spędziłem też kilka dni ze Switchem Lite. Tego drugiego mam już w koszyku w jednym ze sklepów, ale nadal są co najmniej trzy powody, przez które się waham i pewnie finalnie Switcha nie kupię.

Gry na Switcha są piekielnie drogie.

Jako pececiarz jestem przyzwyczajony do przystępnych cen gier, rozdawnictwa Epic Games Store, zimowych wyprzedaży Steam i tego, że gry po premierze relatywnie szybko osiągają akceptowalne ceny. Ceny gier na Nintendo Switch są dla mnie kompletnie nieakceptowalne.

Weźmy największy megahicior Nintendo i pierwszą grę, jaką chciałbym na Switchu ograć - Legend of Zelda: Breath of the Wild.

Ta gra wyszła cztery lata temu i była tytułem startowym dla platformy, a mimo to nadal kosztuje 250 zł. Toż to absurd!

To samo tyczy się innych tytułów na wyłączność dla Switcha. Luigi’s Mansion, Mario Kart, Super Smash Bros Ultimate… każda gra, którą chciałbym na Switchu ograć, kosztuje fortunę. Co gorsza nawet „indyki” i porty z innych platform kosztują horrendalne pieniądze, zarówno w eShopie Nintendo, jak i w wersjach pudełkowych. Szczerze mówiąc, przeglądając katalog dostępnych gier nie znalazłem ani jednej interesującej mnie pozycji w cenie niższej niż 150 zł.

Dla graczy konsolowych, zwłaszcza tych po stronie Playstation, to pewnie wydumany problem. Ale dla pececiarza, który przywykł do niższych cen, obniżek i znakomitego abonamentu Xbox Game Pass, ceny gier na Switcha są nie do przyjęcia.

Koledzy mówią mi, że rozwiązaniem tego problemu jest kupowanie używanych gier i ich odsprzedaż, albo kupno nowych gier i sprzedawanie ich z minimalną stratą. Tyle że takie rozwiązanie ani trochę mnie nie interesuje, bo raz, że z fizycznymi kopiami gier pożegnałem się jakieś pół dekady temu, a dwa, że zwyczajnie brak mi czasu i chęci na cały żmudny proces odsprzedawania. Jeśli to jedyny sposób na tanie granie na Switchu, to chyba już wolę zostać przy pececie. Tym bardziej, że…

Jakość grafiki na Switchu nie powala.

Ok, ok - nie należę do tego sortu #PCMasterRace, który nie wyobraża sobie gier bez 4K, ray tracingu i zyliona FPS-ów. Wystarczy mi w zupełności stabilne 60 klatek i względnie ładna grafika. Czyli coś, co na Switchu jest po prostu nieosiągalne.

Na Nintendo Switch najładniej wyglądają gry zrobione od początku do końca z myślą o Switchu. Taki Mario czy Zelda wyglądają naprawdę ślicznie nawet na okropnym ekranie konsoli, ale o tym za moment. Inne gry przypominają, jak wyglądał gaming dekadę temu. Miałem okazję zagrać na Switchu w Skyrim i Wiedźmina 3. Ten drugi w mojej prywatnej opinii ociera się o granicę grywalności. Gdy na ekranie pojawia się więcej przeciwników, konsola szarpie i przycina się, a warstwa wizualna stanowi jedynie dalekie echo wersji na „duże” konsole czy pecety. I ok, można się zachwycać, że udało się upchnąć tak dużą grę na tak małą konsolę, ale przy takiej oprawie wizualnej jakoś mi to nie imponuje.

Moja ukochana gra, Skyrim, jest z kolei w pełni grywalna na Switchu i kupiłbym ją od ręki razem z konsolą, ale nie ma się co oszukiwać: piękna to ona nie jest. Bolał mnie zwłaszcza marny dystans rysowania i bardzo, ale to bardzo niska jakość tekstur.

To samo można zresztą powiedzieć o większości portów gier na Switcha. Da się w nie grać, ale wyglądają one albo średnio, albo po prostu źle. Gdy widzę Assassin’s Creed III na Switchu, to zastanawiam się, czy to na pewno AC, czy może jakaś platformówka 3D z wczesnych lat 00’.

Oczywiście to najmniejszy z trzech opisanych tu problemów. Na kiepskawą grafikę można przymknąć oko. Gorzej, że nie tylko jakość grafiki jest tu kiepska.

Jakość samej konsoli też jest… dyskusyjna.

Nintendo Switch wcale nie jest tanim urządzeniem. 1500 zł za „dużego” Switcha i 1000 zł za wersję Lite to sporo pieniędzy. A co otrzymujemy w zamian za te pieniądze? Kawał tandetnego plastiku i ekran żywcem wyjęty z telefonów sprzed dekady.

O ile skrzypiące obudowy obydwu konsol mogę jeszcze jakoś przełknąć, tak ich wyświetlacze wołają o oczu kąpiel. Z tak złymi ekranami, jak te w Nintendo Switch, miałem ostatnio styczność lata temu. Dziś nawet najtańszy smartfon za 500 zł ma lepszy ekran niż kosztująca trzykrotnie więcej konsola Nintendo, zaś kosztujące tyle samo co Switch wyprzedzają go jakością wykonania o lata świetlne.

Nie ma żadnego powodu we wszechświecie, by Switch kosztował tyle pieniędzy, oferując tak mizerną jakość wykonania. Smartfony o podobnej wydajności możemy kupić za zbliżoną ilość pieniędzy, a są one wykonane o niebo lepiej.

No i umówmy się - w 2021 r. urządzenie, które nie pozwala podłączyć słuchawek bezprzewodowych bez korzystania z adaptera to jakaś kpina. Potrafią to nawet czytniki e-booków, a nie potrafi jedna z najpopularniejszych konsol na świecie? Serio?

Switch czy nie Switch - oto jest pytanie.

Gdy zastanawiam się nad tym, czy chcę kupić Switcha, w głowie słyszę „tak”. A potem zaczynam podliczać wstępny koszt zakupu, rozważać plusy i minusy, i wychodzi że na samą konsolę i kilka gier na start wydam co najmniej 2000 zł, a w zamian dostanę plastikową zabawkę i oprawę graficzną sprzed dekady.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu ludzi te kwestie nie mają żadnego znaczenia. Konkretnie dla 85 mln ludzi, którzy kupili Switcha pomimo jego tandetnej jakości wykonania, słabej grafiki i wysokich cen gier. W końcu Switch ma w sobie magię, naprawdę ma. I nie mówię tu tylko o grach Nintendo, ale także o samym charakterze urządzenia, które pozwala się cieszyć świetnymi grami w dowolnym miejscu. Grami, dodajmy, których ze świecą szukać na smartfonach i które nie tylko mogą rywalizować z tytułami AAA na „duże” platformy, co w wielu przypadkach po prostu je przebijają.

Osobiście wiem jednak, że te trzy opisane kwestie bardzo by mnie uwierały i żadna magia ich nie przysłoni. I dlatego choć bardzo chcę kupić Switcha, tak raczej się na niego nie zdecyduję. Przynajmniej na razie.

Póki co Switcha mam w koszyku, ale znając życie będę kontemplował jego zakup tak długo, że Nintendo zdąży pokazać Switcha Pro. I kto wie, może wtedy co najmniej dwa z trzech problemów odejdą w niebyt. Tylko konsola będzie droższa, ale to już inna historia.