Gry  / Artykuł

By uchronić świat od dewastacji! Jessie i James już w Pokemon GO. Ależ pięknie rozwija się ta gra

By uchronić świat od dewastacji. By zjednoczyć wszystkie ludy naszej nacji. Miłości i prawdzie nie przyznać racji. By gwiazd dosięgnąć, będziemy walczyć. Jessie! James! Zespół R walczy w służbie zła. Więc poddaj się lub do walki stań! No to staję, poszło zdecydowanie zbyt łatwo.

Do Pokemon GO wróciłem pod koniec 2019 r., po kilku latach przerwy. Gdy rozstawałem się z mobilną grą, były w niej obecne wyłącznie Pokemony pierwszej generacji. O takich atrakcjach jak rajdy czy liga PvP nie było wtedy mowy. Chodziło wyłącznie o łapanie stworków i przejmowanie aren. Monotonna rozgrywka połączona z niskim stopniem skomplikowania sprawiła, że bez żalu skierowałem swoją uwagę na ciekawsze Poksy dedykowane przenośnym konsolom Nintendo.

Od mojego powrotu pod koniec 2019 r. Pokemon GO pięknie się rozwinęło. Gra rośnie na moich oczach.

W marcu 2020 r. rozpoczął się pierwszy sezon ligi PvP w Pokemon GO. W kwietniu wprowadzono możliwość samodzielnego rajdowania najbliższych punktów z kanapy. W maju mogliśmy zobaczyć zapowiedź nowej ery AR w grze z cyfrowymi stworkami inteligentnie wtapiającymi się w prawdziwe obiekty. W czerwcu zapowiedziano ogólnoświatową edycję imprezy GO Fest. W tym samym miesiącu otrzymaliśmy także pierwszą zapowiedź mega-ewolucji. Teraz mamy lipiec, a Niantic dokonał migracji Pokemon GO na nową platformę z widocznymi graczami online, systemem zaproszeń i tak dalej.

Nie ma tygodnia, w którym w Pokemon GO nie działoby się coś nowego. Wydarzenia sezonowe są organizowane tak często, że jedno nadchodzi na drugie. Chociażby teraz event z Zespołem R miesza się eventem podkreślającym czterolecie gry. Aby nie powstało poczucie chaosu, wszystkie okolicznościowe wydarzenia spina kolejna nowość: wbudowany w grę informator, pokazujący aktualne eventy, bonusy oraz zmienne.

Pokemon GO nareszcie jest grą, w której znajdą coś dla siebie nie tylko fani spacerowania i łapania stworków, ale również miłośnicy PvP oraz PvE. Ligi Pokemon GO to doskonała okazja, żeby spróbować się w walce z innymi graczami. Zwłaszcza że ligowe nagrody są naprawdę niezłe - od ubrań dla awatara po elitarne ataki oraz legendarne Pokemony. Z kolei dzięki kanapowemu rajdowaniu fani PvE mogą walczyć z trudnymi przeciwnikami bez wychodzenia z domu i rezygnowania ze społecznego dystansowania się w czasach pandemii.

Teraz w Pokemon GO pojawiły się latające balony Zespołu R, a także postacie Jessie i James.

Balony to kolejny ukłon w kierunku tych graczy, którzy wolą pozostać w domu. Cztery razy dziennie (6:00, 12:00, 18:00, 24:00) nad graczem pojawia się czarny balon z wielką literą R. Wystarczy w niego kliknąć, aby rozpocząć walkę z Zespołem R. W balonach pojawiają się zarówno szeregowi członkowie tej organizacji, jak również elitarni przeciwnicy. Jest tutaj nawet sam Giovani, dający szansę na zdobycie legendarnego Pokemona.

Jestem już po walce z Jessie i Jamesem. Niestety, bardzo banalnej. Z jakiegoś powodu Niantic ustawił waleczność rozpoznawalnego duetu na tym samym poziomie, co szeregowego członka Team Rocket. Jessie i James nie używają tarcz i zwlekają z atakami specjalnymi. Doświadczony trener załatwi obie postaci jednym potężnym Pokemonem. Jedyny pożytek z tych antagonistów to szansa na złapanie Ekansa lub Koffinga w rzadkiej postaci shiny. Trochę szkoda. Spodziewałem się wyzwania przynajmniej na poziomie elitarnych przeciwników.

Przed nami najważniejsza nowość Pokemon GO: wspólne rajdowanie na odległość z przyjaciółmi.

Niantic nie przeniósł swoich graczy na nową platformę online bez powodu. To podwaliny pod efektywny system zaproszeń i powiadomień, pozwalający na koordynowanie wspólnej rozgrywki online w czasie rzeczywistym niezależnie od odległości dzielącej graczy. Już w tym miesiącu fani Pokemon GO mieli dostać możliwość wspólnego rajdowania na dowolną odległość, działającego na zasadzie zapraszania znajomych do walki (dzisiaj możemy rajdować na bliską odległość bez zaproszeń).

Ostatecznie Niantic zdecydowało się przesunąć premierę tego mechanizmu przynajmniej o miesiąc. Nie dziwię się. To gigantyczna zmiana w strukturze Pokemon GO, rewolucjonizująca paletę możliwości tych graczy, którzy znajdują się na mniej zurbanizowanych terenach. Jeśli tego typu system zostanie wadliwie wdrożony, może zrujnować całą grę, a przynajmniej jej wirtualną gospodarkę oraz budowany przez cztery lata, chwiejny balans. Jedno nie ulega za to wątpliwości: wspólne rajdowanie to kwestia czasu. Tygodni albo miesięcy.

Odpalam Pokemon GO i zawsze mam coś do zrobienia. To jest świetne.

Podoba mi się, że z każdym włączeniem aplikacji mogę obrać jakiś cel i go zrealizować. Awans w lidze PvP, trzygwiazdkowy rajd kilka ulic dalej, wymiana prezentów ze znajomymi, łapanie stworków dzięki nowej, niezwykle wzmocnionej wersji przedmiotu Incense - wszystko to aktywności możliwe do zrealizowania nawet bez podnoszenia czterech liter z kanapy. Co dopiero gdy wybiorę się na spacer albo na rower.

Jako fan pełnoprawnych odsłon Pokemonów na konsolach Nintendo, wciąż uważam, że Pokemon GO nie jest w tym miejscu, w którym powinien być. Tytuł wielkimi krokami zmierza jednak w kierunku, którego oczekiwałem cztery lata temu. Niantic wszedł na bardzo dobrą ścieżkę rozwoju, co zresztą opłaca się zarówno graczom, jak i wydawcy. Chociaż użytkowników Pokemon GO nie ma tylu, co na głośną premierę cztery lata temu, to ci, którzy pozostali, zostawiają dzisiaj w grze o wiele więcej pieniędzy niż w okresie debiutu.

Niantic doskonale monetyzuje tytuł, który stał się świetną formą rozgrywki dla dwudziesto- i trzydziestolatków na spacerach z psami. Tych wychowanych na bajce Polsatu, doskonale pamiętających motto Zespołu R.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst