Sprzęt / Lokowanie produktu

Gardena Sileno Life. Tester płakał, jak oddawał

Od dawna kusiła mnie ta wizja: rozparta na leżaku z drinkiem w jednej ręce i książką w drugiej, czytam sobie leniwie, gdy mały robot kosi za mnie trawę w ogrodzie. Wizja, choć słodka, budziła jednak obawy – czy to nie jest za drogie? Czy robot nie wymaga ciągłego czyszczenia? Co się dzieje z trawą? Czy moje psy tego nie zjedzą albo, co gorsza, robot nie skosi moich nieco gapowatych psów? Gdy więc redakcja szukała kogoś do przetestowania Gardeny Sileno Life, szybko podniosłam rękę. 

TL;DR: Tester płakał, jak oddawał.

Gardena Sileno Life wyglądem przypomina korpus tradycyjnego odkurzacza. Robot został zaprojektowany tak, żeby zbytnio nie rzucać się w oczy i tylko pomarańczowy znak stop i turkusowe akcenty przełamują neutralną szarość obudowania i wyróżniają go z otoczenia. Waży 7,3 kg, więc dość łatwo ją przenieść czy obrócić przygotowując do czyszczenia. Na grzbiecie, schowany pod plastikową przykrywką, kryje się panel LCD. Jest matowy i na tyle jasny, że spokojnie można odczytać, co jest na nim wyświetlone nawet przy ostrym słońcu. To tam wpisujemy kod PIN, który robota koszącego zabezpiecza, tam też ustawiamy harmonogram koszenia i wpisujemy dane dotyczące powierzchni i kształtu trawnika. 

Trudne miłego początki. Przygotowanie do instalacji robota koszącego.

Robot Gardena Sileno Life, którego dostałam na testy, może pracować na powierzchni do 1000 m2, ogród moich rodziców, w którym robot dzielnie pracował, ma właśnie takich rozmiarów trawnik, ale do testów postanowiliśmy rozłożyć go tylko na połowie terenu, żeby móc lepiej porównać efekty koszenia robota z efektami osiąganymi przez zwykłą kosiarkę z dwunożnym napędem białkowym. Na terenie było leciutkie wzniesienie, ale na tyle łagodne, że właściwie dla robota niezauważalne, producent obiecuje jednak, że te modele robota koszącego radzą sobie z górkami o nachyleniu do 35 procent. 

Wielkość trawnika, jego złożoność, występowanie ewentualnych górek i innych przeszkód to jedne z najważniejszych parametrów, jakie trzeba wziąć pod uwagę, wybierając robota koszącego do ogrodu. Kiedy już mamy swój upragniony model, możemy przejść do instalacji I tu w moim wypadku zaczęły się schody. 

Nie będę owijać w bawełnę – po przeczytaniu instrukcji byłam przerażona. Serio, ze stanu "nie takie rzeczy ze szwagrem się robiło" przeszłam płynnie w wyrywanie sobie włosów i szeptanie z konsternacją „co? ale co to jest dolna część obszaru roboczego?“. Instrukcja obsługi jest najsłabszą częścią zestawu i zamiast ułatwiać instalację, utrudnia ją. Na szczęście można sobie z nią poradzić na dwa sposoby. 

Ja, zanim jednak zafundowałam sobie całkowicie naturalne farbowanie na siwo, zadzwoniłam do osoby, która zawodowo instaluje te urządzenia w ogrodzie. Okazało się, że znacznie lepiej przez proces instalacji przeprowadzą nas filmy na YouTubie publikowane przez oficjalny profil Gardena Poland. Na stronie producenta są także dostępne po angielsku filmy, które wszystko jasno wyjaśniają. Nieczytelną instrukcję lepiej więc traktować jako pomoc, a nie główne źródło informacji. Oficjalny kanał na YouTubie jest od niej lepszy – ot, taki znak czasów. 

Po obejrzeniu filmów możemy właściwie tylko mieć wątpliwości odnośnie tego, gdzie umieścić stację dokującą, czyli miejsce, w którym nasz robot będzie mógł zaparkować, odpocząć i nabrać energii. Jeśli nasz ogród przypomina kwadrat, prostokąt czy nawet literę U, problemów być nie powinno, jeśli jednak próbując określić jego kształt, zaczynamy od przeciągłego "e", do opisu używamy sporo „taki trochę”, a kończymy na „a potem przechodzi w takie jakby...” to możemy mieć problem. Robot sobie z koszeniem i dotarciem wszędzie poradzi, ale trzeba będzie nieco bardziej pogłówkować z zaprojektowaniem rozłożenia kabli przed instalacją. Na szczęście Gardena wychodzi posiadaczom dziwacznie zaprojektowanych trawników z pomocą. Każdy klient może do firmy przesłać plan swojego ogrodu, a tam pracownicy za darmo rozrysują mu, gdzie należy położyć kable, gdzie zrobić ewentualne przesmyki i gdzie umieścić stację dokującą. 

Rozkładając kable, warto pogodzić się od razu z myślą, że pewnie będziemy musieli po jakimś czasie wprowadzić drobne korekty i tu i ówdzie kable przesuną się. Jeśli będziemy się jednak trzymać zaleceń, będą to tylko drobne zmiany, a nie nagłe kablowe rewolucje. 

W niektórych miejscach za pierwszym razem położyłam kable za daleko od przeszkody i robot tam nie docierał.

Istnieje też oczywiście opcja całkowicie bezwysiłkowa – można instalację po prostu od razu zamówić razem z robotem. Będzie to dodatkowy koszt, ale zaoszczędzi nam łamania sobie głowy nad instrukcją i kilku godzin rozkładania kabli w (dużym) ogrodzie. Jeśli jednak chcemy zaoszczędzić lub tego typu prace nas po prostu bawią, to nic nie stoi na przeszkodzie zainstalowania robota samodzielnie. Jak mi się udało, wam też się uda (najwyżej zaczniecie szukać sposobów na walkę z przedwczesną siwizną).

Nie taka instalacja straszna jak ją (w instrukcji) malują.

Instalacja jest w praktyce znacznie prostsza, niż instrukcja obsługi mogłaby to sugerować, przy dużym ogrodzie jest jednak czasochłonna. Trzeba położyć dwa kable – ograniczający i doprowadzający i albo je wkopać, albo przybić do trawnika szpilami. Ta druga  ma tę zaletę, że można potem ten trawnik głęboko wertykulować czy aerować bez strachu, że jakiś istotny kabel się przetnie. 

Kablem ograniczającym trzeba ogrodzić calutki obszar, po którym ma jeździć robot, a do tego wyznaczyć ewentualne strefy, w które wjeżdżać nie powinien – rabaty, oczka wodne, drzewa z wystającymi korzeniami (od zwykłych drzew robot się po prostu odbije, nie robiąc im ani sobie szkody). Kablem doprowadzającym trzeba połączyć bazę z najdalszym miejscem w ogrodzie, tworząc ścieżkę, dzięki której robot będzie mógł szybciej wrócić do stacji ładującej, gdy zacznie mu się kończyć energia. Kabel ten pozwala również na wysłanie robota w zadane miejsce w ogrodzie, aby co jakiś czas tam rozpoczynał pracę.

Dobra wiadomość jest taka, że w praktyce rozkładanie kabli jest znacznie prostsze, niż mogłoby to wynikać z instrukcji obsługi. Ja wybrałam wersję dla nieco mniej pracowitych, czyli sposób numer dwa. Kabel wkopałam tylko w miejscach, w których nierówności wydawały mi się niepokojąco duże, a kabel wystawał nad ziemią. Bałam się, że robot koszący mógłby na niego najechać i sam z siebie je przeciąć. Stracha takiego napędził mi inny recenzent, który napisał, że jemu taka przygoda się zdarzyła i to kilka razy. Wkopałam więc nieco kabla doprowadzającego, ale okalający puściłam w całości tylko na szpilkach i z duszą na ramieniu czekałam, planując już, jak będę te pocięte kable łączyć (na szczęście w zestawie są specjalne złączki na takie okazje). Nic takiego się na szczęście nie stało. Robot radośnie przemykał wzdłuż kabli, kosząc trawę, a nie je (raz poza trawą skosił pluszaka, ale podrzucił mu go mój pies, więc robota nie winię). Przy czym albo ja po prostu naprawdę porządnie je rozłożyłam, starając się bardzo, żeby wszystko było odpowiednio naciągnięte, albo pomógł mi fakt, że kosiłam głównie na maksymalnej wysokości ostrzy.

Jest Smart w nazwie, czyli jest aplikacja.

Robotem można sterować albo z poziomu panelu umieszczonego na jego grzbiecie, albo za pomocą aplikacji. Ta, co warto podkreślić, jest przejrzysta, prosta i... dość uboga. Można ustawić w niej wygodnie obszary robocze, czyli sekcje trawnika oddzielone od siebie wąskimi (od 60 do 150 cm) korytarzami. Można także w niej naszego robota zdalnie zahibernować, co wstrzyma jego pracę. Można w niej uzależnić pracę robota od prognozy pogody, choć warto podkreślić, że może on pracować także w deszczu. Można także wygodnie zmienić harmonogram działania urządzenia, czyli ustalić, w jakich godzinach będzie jeździło i jakie dni zostawi sobie wolne. Przy czym producent ustawił na sztywno, że robot koszący ma jeździć zawsze co najmniej przez 5 dni w tygodniu i tego się zmniejszyć nie da, można tylko zwiększyć do 7 dni.

Panel jest czytelny nawet w ostrym słońcu.

I to właściwie wszystko. Aplikacja nie tyle dodaje robotowi funkcji czy pozwala nam lepiej monitorować jego pracę, ile jest raczej przedłużeniem panelu sterowania. Do tego ostatniego zresztą mam trochę zastrzeżeń. Rozumiem problem z długimi polskimi słowami i koniecznością stosowania aberracji, żeby upchnąć je na małym wyświetlaczu, ale marna to pociecha, gdy nie wiem, co właściwie ustawiam bez zaglądania do instrukcji obsługi, która też nie jest najlepiej napisana. Na szczęście nasze interakcje z panelem są ograniczone i zwykle sprowadzają się do wpisania do niego kodu PIN, który odblokowuje urządzenie po tym, jak odłączymy je od prądu lub je podniesiemy. 

Jak się robot koszący sprawuje w praktyce?

Przede wszystkim to rozwiązanie oszczędza czas – im większy trawnik, tym więcej. Przy dużym trawniku, po którym trzeba z kosiarką zasuwać co najmniej godzinę, różnica jest ogromna i za samo to można pokochać takie rozwiązanie. Mały robot po cichu podcina, a my cieszymy się czasem wolnym i przeznaczamy go na przyjemniejsze rzeczy. Robot koszący to zresztą dość myląca nazwa dla tego urządzenia, on bowiem trawę nie tyle kosi, ile systematycznie ją podcina i mulczuje. Malutkie ścinki trawy spadają więc na trawnik, ten je wchłania, a my nie musimy się martwić ani grabieniem, ani opróżnianiem kosza, ani tym kiedy przyjedzie śmieciarka zabrać wory z kilogramami skoszonej trawy.

Trawa jest pięknie skoszona, ale widać, że powinnam poprawić mieszczenie kabla.

Warto przy tym podkreślić, że Gardena Sileno Life ścinając trawę, porusza się po trawniku losowo. Jeśli ktoś nie lubi pasów, które zostają po jeżdżeniu po trawie kosiarką, to z pewnością doceni to rozwiązanie. W praktyce wszystko już po kilku dniach jest równo skoszone, robot wszędzie dociera i wszystko podcina. Producent zapewnia, że dzięki systemowi SensorControl robot sam dostosowuje czas pracy do tempa wzrostu trawy, więc kosiarka nie jeździ bez sensu, jeśli nie musi. Zawiedzeni mogą być także fani kosiarkowych ryków silnika. Poziom hałasu robota według deklaracji producenta wynosi 58 dB i choć przyznaję, że nie sprawdzałam tych pomiarów, muszę przyznać, że urządzenie jest tak ciche, że łatwo zapomnieć, że w ogóle pracuje.

Jeśli chodzi o efekty pracy robota, to jest naprawdę dobrze. Mam właściwie jedno dość specyficzne zastrzeżenie. Ogród moich rodziców leży na piaskach, więc znosi susze wyjątkowo źle – woda przez niego przelatuje. W tym roku pogoda nie dopisała. Maj był suchy i nocami zimny, nie chcieliśmy w trakcie suszy go przesadnie nawadniać, żeby nie marnować wody, więc trawa rosła wyjątkowo źle. W takim wypadku ustawiamy na zwykłej kosiarce bardzo wysokie koszenie. W Gardenie Sileno ustawienie koszenia najwyższego (50 mm) to dla nas nadal za nisko, żeby nie było widać, że trawnik jest w nasłonecznionych miejscach suchy. Zupełnie inaczej ma się sprawa z koszeniem w zacienionych miejscach, tam obietnice producenta zostały w pełni spełnione i powstał miły dla oka (i bosych stóp) zielony dywan.

Zaskoczyło mnie też, że z robotem nie było właściwie żadnych problemów, mimo że nasz trawnik wałkowany był ostatnio prawdopodobnie przez mojego dziadka w latach 80. i składa się w związku z tym w dużej mierze z mniejszych lub większych nierówności. Warto w tym miejscu podkreślić, że jeśli zostawimy samopas robota na działce, a pogoda postanowi zaskoczyć nasz przymrozkami, wbudowany w niego czujnik niskiej temperatury powstrzyma go przed wyruszeniem do pracy, chroniąc i jego i trawę.

Robot koszący kontra psy.

Trochę bałam się zderzenia robota koszącego z naszymi dziewczynami. Starsza suka raczej problemów nie sprawia, bo jest z tych ujmijmy to, odznaczających się dużą ostrożnością i ucieka z pokoju, jak tylko widzi zmierzający ku niej odkurzacz. Młoda z drugiej strony to szczeniak i jak to dzieciak nie boi się niczego, a jej świat dzieli się z grubsza na przedmioty do lizania i na rzeczy do gryzienia. Zwykłą kosiarkę zwykle obszczekuje przez pierwsze kilkanaście minut, kładąc się na drodze koszącego, uskakując i sprawiając ogólne wrażenie, że świetnie się bawi „pomagając” w utrzymaniu trawnika. Pierwsze kilka razy puszczaliśmy więc robota pod nadzorem, żeby patrzeć na jego interakcje z psami. Najpierw było obszczekiwanie i zachęcanie do zabawy, robot jednak nie dał się namówić na wspólne hasanie, więc pies w końcu odpuścił. W końcu Mewa (szczeniak) zaczął tak bardzo ignorować robota, że ten w nią wjechał, gdy odwrócona tyłem zamyśliła się, kontemplując piękno świata (pies obronny, proszę państwa, zawsze czujny, zawsze na posterunku). Pies podskoczył z zaskoczenia, robot się odbił i tylko ja najadłam się więcej strachu, niż było to tego warte. W Sileno ostrza nie wystają na tyle, by sięgnąć czegoś, na co wpadają, a jeśli na coś najadą, chowają się. Ma to swoje wady i zalety – robot nie jest w stanie kosić blisko przeszkód, bo ostrza są za daleko, ale za to łatwiej uniknąć wypadków lub uszkodzenia ostrzy. Dla mnie to drugie jest ważniejsze, szczególnie przy psach i dzieciach.

W związku z psami widzę tylko dwa potencjalne problemy. Po pierwsze, choć ja nie jestem przekonana, czy glebę powinno się mulczować fragmentami pluszaków, mój pies eksperymentuje z takim rozwiązaniem i podrzuca czasami swoje zabawki robotowi. Po drugie, jeśli zagapimy się i nie sprzątniemy po psie kupy, którą był łaskaw zrobić w ogrodzie zamiast na spacerze, robot też po niej przejedzie i się cały upaprze. Oba problemy są proste do rozwiązania. Sileno jest w pełni wodoodporny, więc mycie robota jest bardzo łatwe i można go po prostu z bezpiecznej odległości potraktować szlauchem, jeśli wydarzy się już nieprzyjemna sytuacja. Lepiej jej jednak unikać i zrobić po prostu mały obchód, zanim robot ruszy do pracy i zerknąć, czy nie leży na trawie jakaś niespodzianka. 

To jak, brać czy nie brać? Jak zawsze – to zależy.

Robot koszący ma nad nami tę przewagę, że nie ma alergii, nie przeziębia się, nie poci i nie marudzi od miesiąca, że dziś to go nogi bolą i z pewnością skosi jutro. Jest łatwy w obsłudze i czyszczeniu i wymaga od nas minimalnej inwestycji czasowej w porównaniu ze zwykłą kosiarką. Trawnik utrzymuje się w dobrej formie właściwie sam, a my możemy zaoszczędzony czas spędzić z rodziną. Za zestaw Gardena smart Sileno life 1000, czyli ten, który dostałam do testów, trzeba zapłacić ok. 5 600 zł, w wersji bez dodatku smart, czyli bez aplikacji, ok. 5 000 zł. Czy uznamy, że to drogo, tanio czy w sam raz zależy pewnie od tego, na ile wyceniamy swój czas wolny i jak bardzo ciąży nam regularne chodzenie za zwykłą kosiarką, a potem pozbywanie się trawy.

*Materiał powstał we współpracy z firmą Gardena

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst