Gry  / Felieton

Co najbardziej urzekło mnie z Red Dead Redemption 2? Wszystko jest surowe i dzikie, jak w Zjawie z DiCaprio

198 interakcji
dołącz do dyskusji

Przez trzy minuty brodzisz z koniem w śniegu, próbując zejść ze stromej góry. Wieje wicher. Jest ciemno. Wierzchowiec trzęsie się z zimna. Poruszasz się bardzo wolno, a o żadnym galopie nie ma mowy. Tak samo o natychmiastowej podróży. Sytuacja budzi jak najlepsze skojarzenia z Nienawistną ósemką Tarantino. W Red Dead Redemption 2 twórcy się nie spieszą. Rockstar przedkłada klimat, eksplorację i dzikość natury nad walkę, akcję i wybuchy. No i to jest wspaniałe.

Pamiętacie oskarową Zjawę z Leonardo DiCaprio? Widzów tego filmu można podzielić na dwie podstawowe grupy. Tę, która niemiłosiernie wynudziła się podczas seansu oraz tę, która chłonęła niesamowite zdjęcia mroźnej Ameryki. Pamiętam, że cudowne kadry były pełne naturalnego piękna oraz dzikości. Jedni delektowali się tym zapierającym dech w piersiach tłem, podczas gdy inni nerwowo wiercili się w fotelach. Do której grupy się zaliczasz?

Od odpowiedzi na to pytanie zależy, czy spodobają się ci pierwsze godziny z Red Dead Redemption 2.

Rockstar nigdzie się nie spieszy. Nie ma ku temu powodu. Nie ma żadnej potrzeby. Od samego początku czuć, że producenci GTA chcieli stworzyć taką grę, na jaką sami mieli ochotę. Bez uwzględniania najnowszych trendów w branży gier. Bez zbędnych ułatwiaczy. Bez spłycania rozgrywki. Bez natychmiastowej akcji. Dlatego Red Dead Redemption 2 może się wydawać bardzo mozolne. Powolne. Ospałe wręcz.

Przez 60 - 75 proc. aktywności w grze po prostu podziwiam widoki. Nie mam innej możliwości, gdy większość czasu muszę spędzić na przedzieraniu się przez trudny teren. Zarówno główny bohater, jak i jego klacz bardzo wolno poruszają się w wysokim śniegu. Trójwymiarowe postaci wszystko robią powoli, dokładnie i realistycznie. Świetnie widać to po zakończeniu walki. Przeszukiwanie ciał wrogów w Red Dead Redemption 2 to chyba najdłuższa procedura tego typu w grach akcji z ostatnich lat.

Nasz kowboj nie spieszy się ze zmianą broni. Potrzebuje czasu, żeby wrzucić na zad konia ustrzelonego jelenia. Aż dziw, że przeładowanie strzelby trwa zaskakująco krótko. Bohater jest do bólu ludzki. No i to jest kapitalne. Arthur marznie. Głodnieje. Nie wychyla się zza osłony z prędkością Flasha ani nie chowa się za nią niczym Marcus Fenix z Gears of War. W Red Dead Redemption 2 wszystko jest cudownie ciężkie. Fizyczne. Kontaktowe. Niemal czuć te wszystkie lata, jakie odcisnęły się piętnem na bohaterze. Zarówno pod względem charakteru, jak również sprawności fizycznej.

Rockstar stawia sprawę jasno: delektujesz się smaczkami Red Dead Redemption 2, albo do widzenia.

Podczas pierwszych misji czujesz się jak bohater Nienawistnej Ósemki Tarantino. Wszechobecny ziąb i mróz sprawia, że masz ochotę pobiec do szafy i wyjąć koc. Na każdym kroku walczysz z naturą, przeciwnościami losu oraz własnymi ograniczeniami. To doświadczenie, które w grach wideo pojawia się coraz rzadziej. Deweloperzy nie dają już sobie takiego luksusu prowadzenia narracji. Teraz musi być akcja. Muszą być wybuchy. Błyszczące skrzynki z nowymi broniami i poczucie natychmiastowej progresji. Rockstar śmieje się tym trendom w twarz.

Gracz preferujący dynamiczną akcję może się czuć kompletnie zbity z tropu. Fani Call of Duty, Assassin’s Creed czy nawet Grand Theft Auto muszą się przygotować, że RDR2 jest właśnie jak ta filmowa Zjawa z DiCaprio. Pierwsze godziny w grze są piękne, klimatyczne, zapierające dech w piersiach, ale nie każdemu się spodobają. Osobiście jestem w raju. Jeśli jednak liczysz na natychmiastową rozwałkę, wybuchające beczki i konne pościgi - będziesz zaskoczony. Nie ma żadnego trzęsienia ziemi na otwarcie. Żadnego napadu na bank czy ucieczki przed szeryfem.

Dlatego nie dziwi mnie, że zachodni recenzenci nazywają pierwszą połowę gry „nudną“.

Red Dead Redemption 2 faktycznie może się takie wydawać dla kogoś, kto dzień w dzień katuje współczesne gry akcji. Dla mnie surowy początek tej produkcji to nie słabość, ale pokaz siły. Rockstar pokazuje, że nic nie musi. Stawia na zawartość, która ocieka doskonałym klimatem. Początek nowego hitu Rockstara jest jak deser. Nie można go wcinać na pusty żołądek. Trzeba się nim delektować. Doceniać go. Celebrować w pewien sposób.

Dlatego współczuję tym recenzentom, którzy przechodzą grę na złamanie karku. Byle tylko wystawić finalną notę. Na Spider’s Web to nie przejdzie. Ten tytuł wydaje się zbyt dopieszczony, zbyt ciekawy i zbyt klimatyczny, żebym niszczył swoją przygodę dla kilku tysięcy dodatkowych wyświetleń. Mam zamiar się delektować, grając wieczorami, kiedy domownicy już śpią. Ze słuchawkami na uszach, cyfrowym dźwiękiem przestrzennym i czymś rozgrzewającym w szklaneczce. Gra aż się prosi o takie podejście.

W jednym z poprzednich tekstów pytaliście, kiedy recenzja Red Dead Redemption 2 na Spider’s Web. Odpowiadam: nieprędko. O ile w ogóle. Wolę z odpowiednim namaszczeniem i odpowiednią uwagą opisywać poszczególne elementy gry. Dlatego jeśli szukacie oceny w formie prostej cyfry - polecam Metacritic lub inny bezduszny agregator. Za to jeśli podobała się wam pierwsza odsłona, jeśli lubicie chłonąć wirtualny świat i cieszyć się każdym drobiazgowym mechanizmem gry - ależ czeka was wspaniała przygoda.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst