Media  / Artykuł

Nic tak nie przeszkadza w pracy jak Internet, czyli jak się pisze kryminały, kiedy można przeglądać 9gaga. Rozmawiamy z Bartoszem Szczygielskim

125 interakcji
dołącz do dyskusji

Nie jest łatwo być twórcą w 2018 roku. Szczególnie w dziedzinie, która wymaga stałego, wielogodzinnego skupienia i odcięcia się od wszystkich rozpraszaczy, jakimi karmi nas Internet i media społecznościowe. Bartosz Szczygielski opowiedział nam o tym, jak się pracuje, kiedy obok kusi 9gag i Bored Panda.

Jak napisać 400+ stron dobrej opowieści, kiedy obok jest Facebook i Instagram? I czy w ogóle jest sens pisać, skoro nikt w Polsce nie czyta?

Na te tematy (i nie tylko) porozmawiałem z Bartoszem Szczygielskim, pisarzem, felietonistą, autorem serii kryminałów o Gabrielu Bysiu. Jeśli w ostatnim czasie wszedłeś do księgarni lub kiosku, z pewnością widziałeś „Krew” lub „Aortę” – dwie części cyklu mrocznych, rasowych kryminałów hard-boiled, od których osobiście nie mogłem się oderwać, gdy już zacząłem je czytać.

Akcja nie pędzi w nich na złamanie karku, głównego bohatera trudno polubić, a Pruszków, w którym dzieje się większość wydarzeń, wprost lepi się od brudnego klimatu. Mimo to zarówno „Krew” jak i „Aorta” zostały bardzo ciepło przyjęte przez czytelników i krytykę literacką.

Bartosz niedawno pochwalił się fanom na Facebooku, że ukończył trzecią część historii i już tej jesieni poznamy jej wielki finał. Korzystając z okazji podpytałem go, jak pracuje współczesny autor kryminałów, jakich narzędzi używa do pracy i jak bardzo przeszkadzają w niej media społecznościowe.

Łukasz Kotkowski, Spider's Web: Skoro już zdradziłeś, że trzecia książka gotowa - poproszę o więcej. Starając się nie spoilować, w co tym razem wpakował się Gabriel Byś?

Bartosz Szczygielski: Doszedłem ostatnio do wniosku, że chyba podświadomie nienawidzę swojego głównego bohatera.

Facet sporo wycierpiał w „Aorcie” oraz „Krwi”, ale wszystko to miało swój cel. Od początku zakładałem, że powstanie trylogia kryminalna, która będzie czymś na kształt serialu. Przynajmniej ja tak lubię o tej fabule myśleć. Jako czytelnik nie przepadałem nigdy za tego typu tasiemcami, gdzie dostajemy niemal całe sagi z tym samym protagonistą, który w każdym tomie ma do rozwiązania konkretną zagadkę. W tle majaczyło jakieś życie prywatne, problemy i tak dalej, ale dostawaliśmy książkę „od stempla”, gdzie zmieniała się tylko zbrodnia. Ja chciałem czegoś innego.

Wprawdzie każdą z moich powieści da się czytać niezależnie od siebie, to najlepiej jest robić to po kolei. Ostatni tom, który ma wyjść w październiku, będzie zamykał historię. Gabriel Byś dostanie od życia pewien prezent, choć nie będzie z niego do końca zadowolony.

Druga książka zostawiła mnóstwo wątków pootwieranych. Udało się wszystkie domknąć w trzeciej części, czy niektóre elementy zostawiłeś „na później”?

Owszem, wszystko powinno być już pozamykane. Mam jednak taką dziwną przypadłość, że nie lubię dawać odpowiedzi wprost. Najważniejsze kwestie są oczywiście wytłumaczone w każdej z części cyklu, choć nie zawsze w sposób, do którego zdążył przyzwyczaić się już czytelnik.

Poznanie całości i wszystkich wątków wymaga połączenia porozrzucanych w książkach fragmentów i poznania zależności między bohaterami. Dlaczego ktoś zrobił to i tamto da się zrozumieć, jeżeli bliżej przyjrzymy się jego zachowaniom lub zachowaniom osób go otaczających.

Chciałem, żeby czytelnik mógł sam pomyśleć i wysnuwać swoje własne wnioski. Po premierze „Aorty” kilka osób napisało do mnie i miało zupełnie inne interpretacje zakończenia oraz motywów głównych bohaterów. Niesamowite jest to, że każda z tych interpretacji była tak samo prawdziwa. W życiu nie ma prostych, zerojedynkowych decyzji i każda niesie za sobą jakieś konsekwencje.

Najmocniej o nich będzie opowiadała książka zamykająca cykl, dlatego zachęcam do przeczytania wcześniej dwóch poprzednich. Oczywiście da się ją czytać niezależnie, ale jestem w końcu autorem, nic innego powiedzieć nie mogłem.

Aorta została bardzo ciepło przyjęta przez krytyków. Krew zbiera jeszcze lepsze recenzje i punkty np. na Lubimy Czytać. Twoje książki stoją w witrynach największych księgarni, na lotniskach, w sklepach wielkopowierzchniowych. Wielu młodych twórców marzy o takim osiągnięciu, a jak ty się z nim czujesz? Już sukces, czy wciąż praca u podstaw?

Masz rację, obie moje książki zostały doskonale przyjęte, a za „Aortę” dostałem nawet Nagrodę Specjalną im. Janiny Paradowskiej na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. To cholernie potrafi podbudować autora. Potem wchodzę jednak na wspomniany portal i widzę teksty, gdzie ktoś ocenia książkę po przeczytaniu połowy. Bez rozwiązania wątków, zrozumienia całości.

Zdaję sobie sprawę z tego, że tak to teraz działa, ale staram się nie traktować Lubimy czytać jako wyznacznika. Dobrze obrazuje to sytuacja, która miała miejsce zaraz po premierze „Czerwonego Pająka” Katarzyny Bondy. Nawet ci, którzy nie czytają, zapewne o pozycji słyszeli, bo marketing zrobił swoje. No i ludziom się to chyba nie spodobało, bo zaczęły sypać się 1, a w kontrze 10.

Dziwnym trafem, zazwyczaj obie te skrajne oceny pochodziły z kont świeżo założonych. Sam więc rozumiesz. Pamiętam, jak wszedłem do Empiku po raz pierwszy i zobaczyłem swoją książkę na półce. Trudno opisać takie uczucie, bo przed jakieś półtora roku, to co robiłem, było wielką niewiadomą. Pisałem książkę i nie miałem żadnej pewności, że ktokolwiek będzie chciał ją wydać. Zamiast więc odpoczywać po pracy czy w weekendy, siedziałem i pisałem licząc się z tym, że to wszystko może pójść na marne.

Widząc „Aortę” na półce to był dla mnie sukces. Dalej niedowierzam w to, co się stało. To, że jeżdżę na targi książki w różne części Polski i ktoś chce ze mną tam pogadać oraz przybić piątkę. Dalej jednak uważam, że do prawdziwego sukcesu, jeszcze mi daleko.

Pracuję na to, by kiedyś utrzymywać się tylko z pisania książek. Nie wiem, czy to będzie można określić mianem „sukcesu”, ale dla mnie tak będzie. Rynek wydawniczy jest ciężki, a przebicie się to mieszanka szczęścia oraz dobrego marketingu.

Raport o stanie czytelnictwa AD 2017 nie pozostawia złudzeń, że rynek jest w opłakanym stanie. Książek przybywa, czytelników ubywa, nakłady maleją, a e-booki nadal stanowią promil całości sprzedaży. Przejmujesz się tym choć trochę? Bo mnie się wydaje, że z roku na rok ten raport wnosi coraz mniej, nie uwzględnia zmieniających się trendów, a do tego wciąż trąci starym dziadkiem pytającym wnuczka "a czo to są te internety".

Raport co roku pokazuje to samo. Mało czytamy, ale żeby to wiedzieć, nie potrzeba badań. Dalej jednak książki są wydawane, a na targi przychodzą tłumy, więc nie jest jednak tragicznie. Książka to najlepszy prezent i to dla każdego, dlatego sam raport traktuję z przymrużeniem oka.

Robi się go na małej próbie i jest w nim tyle pytań, że gdybym ja miał na nie odpowiadać, gadałbym byle co, żeby tylko szybciej się skończyło. Zresztą w takich badaniach każdy chce wyjść na inteligenta i powie to, co uważa za mądrzejsze lub co gorsza, powie coś, co uważa za zabawne. Mało czytamy, ale czytamy. Przykre jest to, że faktycznie wydawanych jest za dużo książek i często są one tragiczne. Wystarczy spojrzeć na „topki” w popularnych księgarniach. Czasem mi wstyd, kiedy widzę, co króluje w danym gatunku. Odnoszę wrażenie, że popularność kryminału stworzyła więcej problemów, bo wszystko, co ma w sobie trupa, podpinane jest przez działy marketingu pod ten właśnie rodzaj literatury. Czytelnik, który potem sięga po coś, co faktycznie jest kryminałem, a nie zabarwioną sensacją, jest zdziwiony i nic nie rozumie. Akcja za wolna, za mało twistów i tak dalej.

Wydawcy dalej jednak będą wypuszczali na rynek szmiry, bo to się sprzedaje najlepiej. Czytasz, nie myślisz, zapominasz.

Osobiście jestem zdania, że żyjemy w najlepszej erze dla pisarzy w dziejach, ale... niekoniecznie dla pisarzy książek. O wiele bardziej intratnym zajęciem jest dziś pisanie scenariuszy, np. do filmów czy gier. Wiem też, że sam jesteś graczem. Rozważałeś tę ścieżkę kariery?

Wydaje mi się, że nad scenariuszem masz mniejszą władzę, niż nad książką. Tworząc film czy serial, jesteś częścią ogromnej machiny i czasem to może mieć pozytywny wpływ na twoją pracę, a czasem kończy się tym, że do kin trafia kolejna komedia o dwójce młodych ludzi, którzy na początku się nie lubią, a pod koniec całują w deszczu i wszyscy wokół klaszczą.

Książka to twoje dziecko od początku do końca o ile wiesz co robisz. Scenariusza nie próbowałem jeszcze pisać, bo wbrew pozorom, to zupełnie inna bajka, niż pisanie powieści. Inaczej muszą być rozkładane akcenty, punkty zwrotne i napięcie. Dlatego też uważam, że wszelkie adaptacje książek na filmy czy seriale powinny być robione przez profesjonalistów, bo pisarz podchodzi do tego zbyt osobiście.

Próbowałem za to wejść dawno temu do świata gier, a nawet byłem na rozmowie w Techlandzie. Miałem napisać krótkie zadanie, ale chyba się nie spodobało. To było zanim jeszcze wydałem pierwszą książkę, więc inaczej też do tego podchodziłem. Gry dają ogromne możliwości i podobnie jak w przypadku filmów, to dzieło zbiorowe.

Nie powiem, chętnie bym kiedyś spróbował, bo widząc niektóre rozwiązania fabularne w wysokobudżetowych produkcjach, łapię się za głowę. Mocno wybijały mnie z klimatu dialogi w „Horizon Zero Dawn”, które w połączeniu z tym, jak je zagrano, kompletnie odbierało mi przyjemność z gry i po prostu je przeskakiwałem.

Obecnie przechodzę w końcu „God of War”, gdzie nie mam tego problemu, ale tam Santa Monica Studio postawiło na inny rodzaj emocji. Wiadomo, budowanie relacji między ojcem i synem działa inaczej na gracza, niż samotna podróż. Tak samo zagrało zresztą Naughty Dog w „The Last of Us”.

Opowiedz mi o swoim dniu w trakcie pisania książki. Masz jakiś system, czy może pracujesz gdy najdzie cię mityczna "wena"?

Nie ma czegoś takiego, jak „wena”. Są lepsze i gorsze dni, ale swoje po prostu trzeba wysiedzieć. Zabierając się do pisania, mam już częściowy plan w głowie. Na początku znacznie odbiega on od tego, co finalnie pojawia się na księgarskich półkach.

Pisanie wymaga czasu, a kiedy tworzę książkę, staram się wyłapać każdą godzinę. W ostatnich tygodniach przed terminem oddania powieści do wydawcy, siedziałem od popołudnia do późnych godzin wieczornych plus weekendy.

Dzień zaczynałem od czytania tego, co napisałem wcześniej, a potem powstawały kolejne strony. Czasem też wracałem do początków książki, by dopisać dwa, trzy zdania, które lepiej podbijały mi późniejsze wydarzenia.

Co najbardziej przeszkadza ci w pracy?

To, że widzę przed oczami daną scenę, a później próbując ją „przepisać”, nie dostaję tego, co chcę. Potrafię więc siedzieć i dopieszczać ją tak długo, aż w końcu będę zadowolony, a to zupełnie rozwala mi harmonogram prac.

Zamiast napisać w ciągu jednego dnia powiedzmy 3 strony, kończę na jednej. Czasem mam też tak, że przeszkadza mi każdy dźwięk, więc zakładam słuchawki i staram się wyciszyć. Nic jednak tak nie przeszkadza w pracy, jak Internet. Facebook, Instagram i mój odwieczny wróg, czyli 9gag i Bored Panda, strony zabijające czas. Czas, którego nie mam podczas pisania.

Rozmawialiśmy ostatnio o tym, jak angażujące dla pisarza są media społecznościowe czy choćby bycie w kontakcie z fanami. Tego się nie widzi, ale pochłania to sporo czasu i również odciąga od właściwej pracy. Jak sobie z tym radzisz?

Uwielbiam to, bo kontakt z czytelnikami to coś niesamowitego. Mało jednak publikuję treści i ograniczam się głównie do Facebooka oraz Instagrama. Staram się nie promować treści, a jedynie łapać zasięgi organicznie, ale to może błąd z mojej strony.

To diabelnie angażujące zadanie, ale niesamowicie przyjemne. Kiedy kończyłem ostatnią powieść i wrzuciłem jakieś zdjęcie, mogłem zapomnieć o dalszej pracy. Odpowiedzi na komentarze staram się dawać każdemu, a w przypadku „chodliwych” treści, zajmuje to sporo czasu. Jednak takiego, którego nie zamieniłbym na nic innego.

Od strony czysto technicznej - jak wygląda workflow Bartosza Szczygielskiego? Z jakich narzędzi korzystasz do pisania, bez jakich programów nie możesz się obejść? Mac czy PC? ;)

PC, ale to dlatego, że na Maca mnie nie stać ;) Doceniam ekosystem Apple’a, ale nie muszę mieć aż takiego połączenia między smartfonem, a laptopem. Korzystam z tego, co oferuje mi Google i ich aplikacje, czyli głównie ze Zdjęć i Dokumentów. Sama książka powstaje tradycyjnie w Wordzie, choć poważnie się zastanawiam nad tym, czy nie zamienić go na coś, co odetnie mnie od wspomnianego Internetu.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że w moim przypadku niewiele to zmieni. To kwestia samodyscypliny. Te mniej nowoczesne narzędzia to oczywiście notatnik, który zawsze gdzieś wala się po biurku i mam go w plecaku, jeżeli gdzieś się wybieram. Pisanie odręczne uruchamia inne obszary mózgu, a tak stworzone treści służą mi do dalszego rozbudowywania scen.

Na ile istotny w twojej pracy jest smartfon?

Smartfon idealnie nadaje się do dokumentacji miejsc, które odwiedzam. Zdjęcia nie muszą być idealnie, bo nigdzie później nie są publikowane. Nie wszystko da się zapamiętać, a ja w szczególności mam z tym problemy. Wystarczy więc szybkie przejrzenie galerii podczas pisania i mam problem z głowy.

Dodajmy do tego dyktafon, który w rozmowach jest nieodzowny. Ja korzystam jeszcze z Notatnika, gdzie w punktach zapisuje to, co akurat przychodzi mi do głowy, jak np. jestem w drodze. Z aplikacji mam pod kontrolą stale Instagram czy Facebook. Ten doprowadza mnie do szału, jeżeli chodzi o obsługę strony autorskiej, bo dalej nie mogę się przekonać do zainstalowania Menadżera.

Wystarczyło mi to, że musiałem doinstalować Messengera, kiedy postanowiono go rozdzielić z podstawową aplikacją. Do tego oczywiście dochodzi zestaw aplikacji Google’a. Smartfony są pomocne, choć dałbym radę i bez niego. Tylko po co utrudniać sobie życie?

Co byś powiedział młodemu twórcy, który chciałby związać swoje życie z pisaniem?

Znajdź bogatego partnera, który będzie cię utrzymywał, jak już przepijesz całą zaliczkę.

* Zdjęcia: Maksymilian Rigamonti dla Wydawnictwa W.A.B.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst