Tech  / Felieton

Współczesny Mikołaj ma lekko wczorajszy oddech i żółto-czerwony polarek DHL

To był dla mnie naprawdę udany rok i do zrealizowania został mi już tylko jeden cel - dowiedzieć się, gdzie jest ta magia Świąt. Zgubiłem ją z 10 lat temu, ale - choć szukam - znaleźć jej się już nie udało. Jeśli nie w 2017, to kiedy? - pomyślałem. I wiecie co? Chyba ją mam. 

Oczywiście to bardzo ważne, że Pan Jezus się rodzi. I nie będę ukrywał, że stopniowa laicyzacja społeczeństwa, zamieniająca Boże Narodzenie tylko w Narodzenie, coś tam wyrywa z tej magii Świąt. Poczułem jej namiastkę w 2013 roku, kiedy pojechałem na Święta na zabitą dziurami wiochę do rodziny (no, kiedyś była zabita, teraz cała wygląda jak z teledysku Dilemma, a tam gdzie każdy miał oborę, teraz ma boisko do koszykówki). I tam w tym kościele, z tymi starszymi paniami z chustami na głowach, z lekko dziabniętym organistą, na Pasterce, która wyjątkowo nie jest spędzana na Św. Orlenie... Faktycznie, tam było troszkę metafizycznie. Jakby przez moment przypomniało się o co w tym wszystkim chodzi.

Gdzie jest ta magia Świąt?

Nie przesadzajmy jednak z poglądem, że w magii Świąt Pan Jezus odgrywa decydującą rolę. Oczywiście tak mówimy, żeby babci i Tomaszowi Terlikowskiemu nie było przykro, ale chyba nikt z nas nie myśli tak naprawdę. Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę nikogo obrazić. Ale gdy wspominacie najlepsze Święta ze swojego dzieciństwa, to naprawdę ktoś z Was myśli „1994. Zdecydowanie. Ksiądz wygłosił takie kazanie, że aż miałem ciarki?”.

Myślę, że magia Świąt znika też nieco z topniejącym śniegiem, topionym naturalnie lub podstępnie przez Ala Gore'a. Generalnie ostatnie białe Święta, jakie przychodzą mi do głowy, to bodajże Wielkanoc 2013. Pamiętacie te wszystkie wstawki z TeleExpressu o ludziach, którzy obchodzili Boże Narodzenie na pustyni, które nas wtedy bawiły, jako totalna egzotyka i wariactwo, a teraz trochę jedziemy na tym samym koniu?

Brakuje też w tym wszystkim telewizji, która zawsze robiła klimat. Świąteczne dżingle, prezenterzy na Jedynce, którym się udzielała atmosfera, a ramówka i wszystkie inne audycje starannie, już od samego początku grudnia wprowadzały w problematykę tego jak Polacy spędzają Święta, co to dla nas oznacza, ile wydamy, co zmieni to w naszych sercach, skąd jest Święty Mikołaj, jaki rower chciałby dostać Błażej itd.. Nie, dziś Boże Narodzenie jest medialnie tematem marginalnym. Mnie osobiście, z tej perspektywy, trochę nawet wkurza, bo ruch na stronach internetowych na dobre trzy dni spada o połowę.

Nie da się ukryć, że w kraju lat dziecinnych, w tamtych Świętach, najfajniejsze były prezenty. Pomijam już nawet fakt, że od kilku lat w wydatkach świątecznych lecę raczej na stracie - podejrzewam, że ten etap utrzyma się teraz z 40 lat - ale najbardziej wkurza mnie, że z góry wiem, co dostanę. I że nie mam potrzeb. Że o ile nie jest to apartament w warszawskim Cosmopolitan, to już od dawna, jak coś chcę, to po prostu to kupuję. Dlatego pod choinką najbardziej cieszą małe, ale niespodziewane rzeczy. Symboliczne drobiazgi.

Ale czasem ta magia Świąt wraca

Odnajduję ją od czasu do czasu, choć to może się dziać w czerwcu albo październiku. Mniej w tle dzwonków i WHAM, ale to jest w dużej mierze to właśnie uczucie. Oczekiwania na coś fajnego. Oczekiwanie na kuriera z przesyłką ekstra.

Jak w liście do Świętego Mikołaja. Niby wiemy, co przyślą. Ale to jest takie ekstra. Nie ma kalendarzyka adwentowego, wprawdzie, ale jest za to tracking na stronie DHL-u. "Czemu ci idioci cofają przesyłkę z Warszawy do Wrocławia?!". Takie okrzyki przypominają klasyczne dylematy na temat tego czy Mikołaj istniej, czy też nie. I rozważania na temat tego jakim cudem w ciągu jednej nocy jest w stanie zaliczyć te wszystkie kominy i balkony.

Drugie skojarzenie to czekanie na pizzę. Ale ponieważ jesteśmy na blogu technologicznym, niech to jednak będzie kurier z nowym laptopem czy smartfonem. Nigdy nie zapomnę jak w 2007 kupiłem swojego pierwszego (za swoje pierwsze własnoręcznie zarobione pieniądze) laptopa w życiu. Agito słało mi go chyba przez biegun północny, a kurier przez trzy dni, codziennie rano, zapowiadał się z dostawą.

Całe trzy dni nie zmrużyłem oka, podekscytowany wierzyłem, że przyjdzie nawet późnym wieczorem. A nad ranem bałem się iść spać, bo może zapuka do drzwi. Przyniósł laptopa trzeciego dnia, koło godziny 21.00. Zasnąłem z nim na kolanach, nawet nie ujrzawszy pulpitu, jak jeszcze Vista doinstalowywała niezbędne pliki.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst