REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Tech

Kilka słów o biografii Steve'a Jobsa autorstwa Waltera Isaacsona

REKLAMA
REKLAMA

Dzisiaj ma miejsce polska premiera oficjalnej, bo zamówionej przez samego zainteresowanego, biografii Steve’a Jobsa autorstwa Waltera Isaacsona. Ja swój egzemplarz zdobyłem w wersji oryginalnej na lotnisku Heathrow kilka dni po światowej premierze. Już jestem po lekturze tej przepastnej, ponad sześćset stronicowej książki i mogę z pełną stanowczością powiedzieć – to rewelacyjnie napisana opowieść ze szczerą historią bardzo trudnego człowieka, który odcisnął swoje piętno na otaczającym świecie w sposób bezwzględnie bezkompromisowy.

Isaacson i sam Jobs zrobili kawał niesamowitej roboty. Ten pierwszy dlatego, że nie napisał tej biografii w pozycji klęczącej; ba, czasami można odnieść wrażenie, że jest w swoich słowach brutalnie surowy dla opisywanej postaci. Ten drugi dlatego, że mimo swojej słynnej (i bardzo szeroko opisywanej w samej biografii) manii kontroli wszystkich i wszystkiego do najdrobniejszego szczegółu dał Isaacsonowi wolną rękę. I nawet nie chodzi o to, że był to wymóg samego autora, który początkowo nie chciał się zgodzić na prośbę Jobsa by opisać jego życie (można z dużą dozą pewności założyć, że „pole zakrzywienia rzeczywistości” Steve’a Jobsa dałoby radę oporowi Isaacsona), lecz to, że Jobs – zapewne doskonale zdając sobie sprawę z tego jak szerokim echem odbije się książka Isaacsona po wydaniu – w ostatnim dziele swojego życia postanowił przemóc swoją gigantyczną manię kontroli i dać światu (i swoim dzieciom, jak twierdził Jobs) możliwie obiektywną historię swojego życia.

A życie to było takie, że kilka hollywoodzkich scenariuszy można by na nim oprzeć – od niezwykle zawiłego dramatu psychologicznego związanego z nadzwyczaj skomplikowaną sytuacją rodzinną Steve’a Jobsa, przez melodramat związany z relacjami Jobsa z ludźmi, nośną sensację na temat wewnętrznych i zewnętrznych walk Steve’a Jobsa w Apple oraz komedią opartą na prześmiesznych wadach charakteru wybitnie narcystycznej postaci, aż po sagę wychwalającą amerykański sen o potędze siły woli. W każdym z tych elementów Steve Jobs opisany jest w sposób, który go nie gloryfikuje ani nie wynosi na piedestał. Isaacson w doskonały sposób oddaje bardzo skomplikowany charakter tej postaci, w wielu miejscach nie znajdując ani odpowiedzi ani wytłumaczenia dla absurdalnych decyzji, czy zachowań Jobsa, pozostawiając czytelnikowi sposobność do ich oceny. Założyciel Apple’a został tu przedstawiony jako zarówno maniakalny geniusz z wielką charyzmą, dzięki której potrafił zawładnąć kim chciał i czym chciał w totalny sposób, ale także wybitnie trudny człowiek, który z bezwzględną stanowczością był do bólu szczery w stosunku do kogokolwiek kto stanął na jego drodze. Ta szczerość była jedną z jego najpotężniejszych broni.

Historia Steve’a Jobsa i Apple’a w większości przypadków była znana i szeroko komentowana już wcześniej, przed wydaniem biografii, dlatego nie to jest największą siłą dzieła Isaacsona. Największe wrażenie robi właśnie portret psychologiczny niezwykle kontrowersyjnej postaci, jaki nakreśla, ale nie ocenia ani pozytywnie, ani negatywnie Isaacson. A emocje to było to, co napędzało całe życie Steve’a Jobsa. Był bezwzględnie pochłonięty działaniem emocjonalnym i zawsze targały nim emocje z natury tych biegunowych – albo coś było „totalnie do dupy” (<= to cytat), albo „kurewsko wybitne” (<= to również cytat). Nie było pośrednich stanów, i tyczyło się to zarówno życia osobistego Jobsa (albo kochał bezwzględnie, albo nienawidził bezwzględnie), jak i zawodowego (albo coś było najlepszą rzeczą na świecie, a ktoś największym geniuszem, jaki kiedykolwiek się urodził, albo coś było największym chłamem w historii ludzkości, a ktoś największym baranem, jaki kiedykolwiek pojawił się na świecie). Jeśli Jobs coś robił, to robił to na maksa swoich maksów, oczekując i egzekwując zarazem tego samego od każdego, kto znajdował się w jego pobliżu.

Nigdy nie ukrywał emocji, bo nie miał nad nimi do końca kontroli. Co zrobiło na mnie chyba największe wrażenie to to, jak często Jobs bez skrępowania wybuchał płaczem w najbardziej ekstremalnych dla siebie sytuacjach: gdy ojciec Steve’a Wozniaka zażądał od Jobsa by ten dał jemu synowi większe udziały w firmie Apple, bo uznał, że Jobs robi dużo mniej od Woza, gdy odmówiono mu miana pracownika numer 1 w Apple (nr 1 zrobiono Woza, więc Jobs zażądał dla siebie nr 0), gdy wyrzucali go z Apple, gdy toczył niezwykle trudne negocjacje z Disneyem jako właściciel studia Pixar, gdy magazyn „Time” zamiast jego wybrał na człowieka roku komputer Mac, gdy zobaczył słynną reklamę 1984 po raz pierwszy, i w końcu gdy opowiadał Isaacsonowi o tym, jak wspaniałym dziełem był pierwszy iMac. Te niezwykłe, zaskakujące dla wszystkich wokół niego wybuchy płaczu były niczym notoryczne katharsis dla Jobsa, który wracał po nich z jeszcze większą ambicją udowodnienia wszystkim swoich racji.

Drugim zaskakującym elementem w biografii Jobsa jest to, jak ważnym aspektem w jego życiu był… spacer. Większość negocjacji, naborów kluczowych pracowników, zwolnień ważnych pracowników, ustaleń strategii, akceptacji kluczowych działań marketingowych, i tysiące innych spraw Jobs załatwiał podczas spacerów: samotnych lub z kimś. Steve Jobs przemierzył zapewne niezliczone kilometry wokół Cupertino, w trakcie których zapadały najważniejsze decyzje w historii Apple’a, jak i jego osobistego życia. „Let’s take a walk” było jak mantra, która znamionowała nieuchronność czegoś bardzo ważnego, często ostatecznego.

Wraz z niezwykle intensywnymi emocjami, które targały życiem Jobsa na wszystkie możliwe sposoby, praktycznie przez całe jego życie pojawia się motyw „pola zakrzywienia rzeczywistości” (z ang. reality distortion field), którym Jobs wpływał na kogo chciał i kiedy chciał. O tym niezwykłym zjawisku mówili dosłownie wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli z nim styczność – Woźniak, którego Jobs owinął sobie wokół małego palca wyczuwając wrodzoną naiwność, zespół tworzący pierwszego Maka, których pobudził do tak wytężonej pracy, że nigdy wcześniej ani nigdy później w swoich życiach nie przeżywali podobnych emocji, John Sculley, który doświadczył obu ekstremalnych stanów emocjonalnych Steve’a Jobsa w sposób najbardziej bezwzględny – od bezgranicznej miłości i uwielbienia po najgorszy typ wyniszczającej walki, Bill Gates, który mimo spektakularnych zwycięstw rynkowych przeciwko Steve’owi Jobsowi nigdy nie wyzbył się piętna tego drugiego, który na dodatek skopiował dzieło życia tego pierwszego, zastępy kobiet, które przez krótszą, czy dłuższą chwilę miały sposobność dzielić życie z Jobsem, jego dzieci, dla których potrafił być raz najczulszym ojcem, a drugi raz bezwzględnym tyranem, czy nawet Isaacson, który z pola rażenia Jobsa mógł się wydostać dopiero kilka dni po tym, jak skończyła się kolejna długa sesja wywiadu.

Steve Jobs „zakrzywiał rzeczywistość” wszystkich i wszystkiego, co trafiało w pole jego pole rażenia. I zdecydowana większość osób, wśród nich nawet te, które zranił, porzucił, czy zniszczył w bezwzględny sposób, wspominają czas, w którym mogli być gdzieś koło niego, uczestniczyć w jego projektach, czy po prostu z nim rozmawiać, podkreślając, że były to dla nich najbardziej inspirujące chwile w życiu. Steve Jobs zakrzywiał także własną rzeczywistość. Czytając książkę Isaacsona można dojść do wniosku, że świat, w którym żył Jobs był kreowany przez jego wizje, wyobraźnię i emocje. To nie Jobs dostosowywał się do otaczającego świata, lecz świat dostosowywał się do niego.

I taka właśnie jest ta książka – o człowieku, który zakrzywiał rzeczywistość: swoją i innych. Naprawdę warto przeczytać, nawet (a może nawet przede wszystkim) jeśli nigdy nie było się fanem Steve’a Jobsa i jego Apple.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: przedwczoraj
Aktualizacja: 3 dni temu
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA