USA budzi się po szoku. Wybrali te drony zamiast drogich rakiet
Ta amunicja krążąca mieści się w przenośnym zestawie, sama szuka celu i ma uderzać w czołgi oraz ciężki pancerz z odległości, z której zwykła broń przeciwpancerna już dawno odpada z gry.

Armia USA wytypowała amunicję Switchblade 400 firmy AeroVironment do programu LASSO. Żołnierz ma dostać własną latającą broń precyzyjną, zdolną do uderzenia w pojazd opancerzony bez czekania na artylerię, śmigłowiec albo samolot.
To nie jest kolejny mały dron zwiadowczy, który ma tylko zajrzeć za wzgórze i wrócić z obrazem. Switchblade 400 jest amunicją krążącą, czyli czymś pomiędzy dronem a pociskiem. Najpierw leci, obserwuje i szuka celu. Potem może uderzyć jak jednorazowa broń precyzyjna. W tym przypadku chodzi o cele ciężkie: czołgi, bojowe wozy piechoty i inne pojazdy, których nie załatwia się pierwszym lepszym ładunkiem zrzucanym z quadcoptera.
AeroVironment nazywa ten sprzęt lekkim niszczycielem czołgów i nie ma w tym cienia przesady. Definicja tej broni uległa brutalnej weryfikacji. Dziś niszczyciel czołgów to nie jest ciężki wóz na gąsienicach z wielką armatą. To kompaktowy system wyciągany z plecaka piechura, który wylatuje z wyrzutni, zanim wróg w ogóle zorientuje się, skąd padł cios.
65 km to dystans, który zmienia rozmowę
Przy Switchblade 400 liczy się przede wszystkim 65 kilometrów zasięgu. Tą bronią nie walczy się w środowisku miejskim ani nie używa jej jako ostatniej deski ratunku przed nacierającym pancerzem. To narzędzie do polowania z dystansu, które pozwala rozbić wrogie zgrupowanie jeszcze na zapleczu, z dala od własnych pozycji.
W klasycznej walce przeciwpancernej żołnierz musi znaleźć się stosunkowo blisko celu. Nawet jeśli ma nowoczesny pocisk, nadal działa w określonym korytarzu odległości, widoczności i ryzyka. W przypadku Switchblade 400 działa to całkowicie odwrotnie. Wróg może być dziesiątki kilometrów dalej, kluczyć i chować się za budynkami czy w lesie. Ten dron nie musi od razu trafiać w punkt – potrafi wisieć w powietrzu, cierpliwie śledzić ofiarę i zaatakować dokładnie w tym momencie, w którym cel najbardziej się odsłoni.
To będzie dosłownie koszmar dla wojsk pancernych, bo nie chodzi już tylko o pojedynczy pocisk lecący po przewidywalnej trajektorii. Chodzi o broń, która sama wchodzi w rejon celu, ogląda sytuację i dopiero potem zamienia się w uderzenie. Czołg nie walczy wtedy z jednym żołnierzem za murem. Walczy z całym wydłużonym zmysłem oddziału.
Dron nie tylko leci. On ma pomagać rozpoznać cel
Switchblade 400 ma korzystać ze wspomaganego rozpoznawania celów. Operator amunicji patrzy na obraz z sensora często w stresie, w ograniczonym czasie, przy słabej widoczności i w środowisku, w którym przeciwnik maskuje pojazdy, wystawia makiety i próbuje zakłócać łączność.
System ma pomagać w wykrywaniu, klasyfikowaniu i śledzeniu obiektów. Nie oznacza to, że maszyna sama dostaje wolną rękę do zabijania. Zamiast tracić czas na wpatrywanie się w ekran i analizowanie rozmazanych kształtów, żołnierz dostaje gotowe rozwiązanie. System odwala po prostu za niego całą analityczną robotę: błyskawicznie wyłapuje cel z chaosu i podaje go na tacy. Operatorowi zostaje tylko jedno – podjąć decyzję o uderzeniu.
Zobacz także:
W takich systemach tak naprawdę każda sekunda ma znaczenie. Czołg nie stoi przecież grzecznie na środku pola. Pojazd wyjedzie zza budynku, zmieni pozycję, schowa się w lesie albo zniknie pod maskowaniem. Jeśli operator musi ręcznie analizować wszystko od zera, traci czas. Jeśli system pomaga mu złapać cel i utrzymać śledzenie, rośnie szansa na trafienie.



















