Zapłacisz więcej za smartfon przez opłatę reprograficzną? Rząd tłumaczy
Opłata reprograficzna przestaje być tematem, którego odkurza się raz na jakiś czas, a powoli staje się konkretem. To zaś budzi emocje. Ministra tonuje nastroje.

Na przestrzeni lat kwestię opłaty reprograficznej wyciągano z szafy, ale tylko po to, żeby za chwilę z powrotem ją schować. Robił się raban, a do konkretów nie dochodziło. Teraz ma być jednak inaczej. Jak informowaliśmy niedawno, ministra kultury Marta Cienkowska podpisała dokument aktualizujący katalog urządzeń objętych opłatą reprograficzną.
Opłatą zostaną objęte m.in.: smartfony i telefony komórkowe z wbudowaną pamięcią, tablety z pamięcią od 32 GB, komputery stacjonarne i laptopy, telewizory, dekodery oraz odtwarzacze audio i audio‑wideo z pamięcią lub funkcją nagrywania.
Opłata ma rekompensować twórcom możliwość legalnego kopiowania utworów na własny użytek. W zdecydowanej większości przypadków wyniesie 1 proc. ceny netto urządzenia. Jak wyliczał Maciej Gajewski, 1 proc. ceny netto oznacza, że przy telefonie za 4000 zł mowa będzie o ok. 40 zł.
Kto za to zapłaci? Konsument?
Niekoniecznie. W swoim tekście Maciek zaznaczał, że producenci mogą wliczyć opłatę w cenę produktu, ale wcale nie muszą tego robić.
Podkreśla to również ministra kultury Marta Cienkowska w rozmowie z "Rzeczpospolitą".
Z doświadczeń państw europejskich, które wprowadziły nowelizację rozporządzenia już kilkanaście lat temu, wynika, że opłata reprograficzna nie wpływa na ceny sprzętu. Po pierwsze: producenci azjatyccy na przykład wprowadzają jedną cenę na całą Europę. Po drugie: opłata reprograficzna funkcjonuje w całej Unii, lista czystych nośników jest w państwach UE aktualna, a urządzenia są tam często tańsze niż w Polsce - zaznaczyła.
Piotr Jędrzejowski, rzecznik prasowy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w rozmowie z agencją Newseria podał przykład Niemiec, gdzie pensja jest "dużo wyższa niż w Polsce, a urządzenia cyfrowe, w tym smartfony, są tańsze".
- Jest to związane chociażby z tym, że bardzo duża część importerów, producentów szacuje ceny na dany obszar rynkowy, w naszym przypadku Unii Europejskiej, a nie na poszczególne rynki krajowe - przekonuje Piotr Jędrzejowski.
Opłata reprograficzna: czas na XXI w. w przepisach
Marta Cienkowska, ministra kultury, w rozmowie z "Rzeczpospolitą" dodała również, że opłata nie jest nowym podatkiem, a "aktualizacją już obowiązującego prawa" i wprowadzeniem przepisów w XXI w.
Wyjaśniła, że wpływy z opłaty - szacuje się, że może to być nawet 200 mln zł rocznie - trafią do organizacji zbiorowego zarządzania, czyli "de facto do artystów".
- Chcemy, żeby dystrybuowanie środków uzyskanych z reprografii dla artystów było możliwie transparentne - zapewnia Cienkowska.
Uspokojeni? Dobra wiadomość jest taka, że ceny z powodu opłaty reprograficznej nie wzrosną - a przynajmniej tak obiecuje rząd.
Zła: na podwyżki wpływ mają inne rzeczy. Czego dobitnym przykładem jest Nintendo Switch 2, za którego trzeba będzie zapłacić więcej wcale nie ze względu na nasze opłaty. Nawet 1 proc. przy tego typu podwyżkach to pikuś.
Zdjęcie główne wygenerowane przez AI.
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.