Intel stracił 4 mld dol. Inwestorzy zachwyceni
Intel opublikował wyniki za pierwszy kwartał 2026 r. i - jakby to ująć elegancko - zrobił na Wall Street małe show.

Przychody sięgnęły około 13,6 mld dol., co oznacza wzrost o ok. 7 proc. rok do roku i wyraźne przebicie konsensusu analityków, który kręcił się w okolicach 12,4 mld dol. Jeszcze ciekawiej wygląda zysk na akcję w ujęciu „oczyszczonym” (non‑GAAP): 0,29 dol. przy oczekiwaniu… 0,01 dol. To nie jest „lekka poprawa”, to jest przeskok o rząd wielkości.
Rynek zareagował jak na długo wyczekiwany powrót dawnego idola - kurs Intela w handlu posesyjnym wystrzelił o ok. 20-24 proc., a akcje są już ponad 80 proc. na plusie od początku roku. Wielki comeback podupadłego giganta, AMD Nvidia i Qualcomm mają znowu problem? Spokojnie. Pod spodem wciąż jest sporo gruzu.
Czytaj też:
Intel rośnie… i jednocześnie traci miliardy
Zacznijmy od zimnego prysznica. W ujęciu księgowym (GAAP) Intel nadal jest pod kreską. Spółka zanotowała stratę netto rzędu 3,7-4,3 mld dol., czyli ok. 0,73 dol. straty na akcję, wobec ok. 0,19 dol. straty rok wcześniej. To nie jest firma, która drukuje gotówkę jak Nvidia. To firma, która jednocześnie próbuje nadgonić technologiczne zapóźnienia, buduje ekstremalnie drogie faby i restrukturyzuje się po latach „inwestowania za dużo, za wcześnie”, jak sam Intel przyznał w prasowym komentarzu.
Dlatego mamy ciekawy paradoks: operacyjnie widać poprawę, marże brutto rosną (non‑GAAP do ok. 41 proc. z ok. 39 proc. rok wcześniej), a jednocześnie w rachunku wyników wciąż straszą wielkie koszty, odpisy i efekty restrukturyzacji. Dla inwestorów ważniejsze jest jednak to, że trend wreszcie odwrócił się z ciągłych rozczarowań na ciągłe przebijanie oczekiwań - to już szósty kwartał z rzędu, w którym przychody są wyższe, niż zakładał sam Intel.
CPU wraca do gry w świecie AI. I to jest sedno tej historii
Najciekawszy fragment raportu nie dotyczy wcale liczby miliardów, tylko tego skąd one się biorą. Intel wreszcie pokazuje coś, co można nazwać „AI story”, ale po intelowemu - nie przez kopiowanie Nvidii, tylko przez próbę redefinicji roli CPU.
Segment data center i AI urósł o 22 proc., do ok. 5,1 mld dol. przychodów.
To nie jest jeszcze poziom, który mógłby przestraszyć Nvidię, ale to już nie jest też stagnacja, do której przyzwyczaił nas Intel w ostatnich latach. Wzrost napędza rosnący popyt na CPU w infrastrukturze AI - nie tylko jako „towarzysza” GPU, ale jako element, który przejmuje część obciążeń, zwłaszcza w tzw. agentic workloads, czyli bardziej złożonych, wieloetapowych zadaniach, gdzie CPU ma co robić poza podawaniem danych do GPU.
CEO Intela, Lip‑Bu Tan, powiedział: „CPU na nowo staje się niezbędnym fundamentem ery AI”. I dodał, że to nie jest pobożne życzenie, tylko feedback od klientów. Czy to faktycznie utrzymujący się trend? To już inna historia. Ale przynajmniej jest to jakaś spójna wizja, a nie tylko gonienie Nvidii z opóźnieniem.
Foundry, 18A i 14A: Intel chce być TSMC… i trochę czymś innym
Drugi filar nowego Intela to foundry - czyli produkcja chipów nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Przychody z działalności foundry wzrosły o ok. 16 proc., do ok. 5,4 mld dol. Na razie większość tego biznesu to wciąż produkcja własnych układów, ale Intel bardzo agresywnie próbuje wejść w buty TSMC. Kluczowe są tu dwa procesy technologiczne:
- 18A - już w działaniu, na nim powstają m.in. nowe Core Ultra Series 3 dla PC i Xeon 6+ dla serwerów, wytwarzane w nowej fabryce w Arizonie;
- 14A - kolejny krok, planowany na okolice 2028 r. i później, który Intel jeszcze niedawno chciał uruchamiać dopiero gdy pojawi się duży klient. Teraz Tan mówi, że firma „idzie na grubo” w 14A, mimo że technologia wciąż jest w rozwoju.
Problem? Intel ma za sobą lata opóźnień na wcześniejszych węzłach, a 18A wciąż boryka się z kwestiami wydajności produkcji (yieldów). Część wafli ma defekty, co obniża liczbę użytecznych chipów na sztukę.
Dla klientów przyzwyczajonych do TSMC to nie jest drobny szczegół, tylko powód, by zostać tam, gdzie jest przewidywalnie. Intel musi więc nie tylko dogonić technologią, ale też udowodnić, że potrafi dostarczać w sposób stabilny i w dużej skali.
Musk, Terafab i 14A: najbardziej „internetowy” fragment raportu
Jeśli szukasz w tej historii elementu rodem z Twittera (przepraszam, z X), to jest nim Elon Musk. Intel ogłosił, że dołącza do kompleksu Terafab w Austin w Teksasie - gigantycznego projektu, który ma projektować, produkować i pakować ultra‑wydajne chipy dla SpaceX, xAI i Tesli.
Musk podczas wyników Tesli stwierdził, że firma planuje korzystać z procesu 14A Intela w Terafabie, gdy ten będzie gotowy. Według niego, gdy fabryka się rozkręci to 14A powinien być już „dojrzały” i gotowy do masowej produkcji. Cóż, dużo wizji, mało konkretów. Ale jeśli Intel faktycznie stanie się kluczowym partnerem dla Muska w produkcji chipów do samochodów, robotów i orbitalnych data center, to będzie to nie tylko prestiż, ale i realny wolumen.
Z drugiej strony, to też ryzyko: uzależnienie się od jednego, bardzo specyficznego klienta, który słynie z tego, że potrafi zmienić zdanie szybciej niż cykl życia procesora.
W tle całej historii jest jeszcze jeden, bardzo nietypowy element: rząd Stanów Zjednoczonych. Administracja Donalda Trumpa (w tej kadencji) zainwestowała w Intela tak mocno, że państwo stało się największym akcjonariuszem spółki.
Do tego dochodzą miliardy od Nvidii i SoftBanku. Intel przestaje być tylko firmą z Doliny Krzemowej, a staje się czymś w rodzaju infrastruktury krytycznej - narzędziem w geopolitycznej walce o to, gdzie będą powstawały chipy dla AI, samochodów, wojska i całej reszty.
A co z PC‑tami? Core Ultra i reszta „nudnej” części biznesu
Dla czytelników Spider’s Web naturalne pytanie brzmi: a co z tym, co nas dotyka bezpośrednio - z procesorami do laptopów i desktopów?
Intel raportuje, że segment PC poradził sobie lepiej, niż zakładano, mimo problemów z dostępnością pamięci, które podbiły ceny. W styczniu na rynek trafiły procesory Core Ultra Series 3, a w marcu - serwerowe Xeon 6+.

To właśnie te układy mają być wizytówką nowego procesu 18A i dowodem, że Intel potrafi dostarczyć nowoczesne, energooszczędne CPU z sensowną wydajnością w AI (przynajmniej w zastosowaniach klienckich i serwerowych, gdzie CPU ma sens).
Na razie trudno mówić o rewolucji - to raczej konsekwentne odrabianie strat wobec AMD i próba wciśnięcia się w hype na „AI PC”. Ale w liczbach widać, że ten biznes przestał ciągnąć firmę w dół i zaczyna znowu być solidnym filarem.
Co dalej? Prognozy na Q2 i długą drogę do „normalności”
Intel prognozuje, że w drugim kwartale przychody wyniosą między 13,8 a 14,8 mld dol., a zysk na akcję (non‑GAAP) sięgnie ok. 0,20 dol. - wyraźnie powyżej oczekiwań rynku. Firma liczy na powrót do zyskowności w ujęciu GAAP po raz pierwszy od sześciu kwartałów.
Czy to wszystko wystarczy, żeby dogonić Nvidię i TSMC? Raczej nie, w ujęciu krótkoterminowym. Ale wystarczy, żeby przestać mówić o Intelu jak o „dinozaurze, który nie rozumie AI” - i zacząć traktować go znowu jako poważnego gracza, który może namieszać w łańcuchu dostaw i w tym, jakie procesory i układy trafią do naszych komputerów, serwerów i gadżetów w kolejnych latach.
A to już samo w sobie jest dobrą wiadomością dla każdego, kto lubi mieć wybór - nie chce żyć w świecie, w którym cała przyszłość elektroniki użytkowej zależy od dwóch czy trzech firm na krzyż. Intel sam przez dekady na mniej lub bardziej etyczne sposoby blokował konkurencję na rynku. To nas nauczyło, że teraz nie opłaca się nie kibicować Intelowi.



















