REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. technologie
  3. Technologie
  4. Gry

Jakie to wielkie! Steam Deck - pierwsze wrażenia

Jest ogromny, jest przedziwny, jest abstrakcyjny – uwielbiam go. Właśnie odebrałem przesyłkę od Valve i choć bliżej mamy do Wielkanocy, to czuję się, jakby Gwiazdka przyszła wcześniej. Steam Deck robi bardzo ciekawe pierwsze wrażenie.

Steam Deck - pierwsze wrażenia. Jest naprawdę ogromny
REKLAMA

Po długich miesiącach oczekiwania i niecierpliwym przebieraniu nogami przez ostatnie tygodnie – w końcu jest. Kurier dostarczył mi przesyłkę jadącą aż z Niderlandów i przez ostatnie dwie godziny zdążyłem wyjąć nowy sprzęt z pudełka, przyjrzeć się jego jakości wykonania i pobrać kilka gier z biblioteki, żeby zobaczyć, jak to śmiga. Ten tekst to pierwsze wrażenia spisane na gorąco, tuż po wyjęciu Steam Decka z opakowania. W niedalekiej przyszłości opublikujemy o nim znacznie więcej.

REKLAMA

Tymczasem przyjrzyjmy się, co znajdziemy w pudełku z nową konsolą (komputerem przenośnym?) od Valve i jakie Steam Deck robi pierwsze wrażenie.

Steam Deck w pierwszym kontakcie? Olaboga, jakie to wielkie!

Valve pakuje Decka w bardzo standardowy karton. Żadnego fikuśnie zaprojektowanego pudełka, które mogłoby niepotrzebnie podnosić koszt zakupu; ot, zwykły karton. Po otwarciu wita nas mały achtung informujący o tym, że do pierwszego uruchomienia urządzenia konieczne jest podłączenie go do prądu i faktycznie tak jest – zignorowałem tę informację i próbowałem uruchomić konsolę od razu, ale ta nie reagowała. Dopiero po podłączeniu dołączonej do zestawu ładowarki rozpoczął się proces konfiguracji.

Zawartość opakowania również jest dość standardowa. Odrobina wymaganej prawnie papierologii, malutka ładowarka USB-C o mocy 45W i wielkie, ale naprawdę wielkie etui, które zwiastuje, z jakim monstrum mamy do czynienia.

Zatrzymajmy się jednak na moment przy etui, bo jest to najlepiej wykonany futerał do sprzętu elektronicznego, z jakim miałem do czynienia. Jest sztywne, twarde, bardzo solidne i sprawia wrażenie premium – od materiału wykończeniowego po płynność suwaka. Valve przewidział chyba, że tak wielkie etui trudno wcisnąć do plecaka czy walizki, więc z tyłu etui znajdziemy… elastyczny pasek do zaczepienia pokrowca o rączkę twardej walizki.

O dziwo, choć etui jest wielkie, w środku nie ma miejsca na ładowarkę. Wnętrze pozbawione jest też jakichkolwiek przegródek czy choćby siatki na przewody, więc choć jest ono wykonane znakomicie, to z punktu widzenia ergonomii jest słabiutko.

Przejdźmy jednak do samego Steam Decka i pierwsze, co wyrywa się z gardła, to olaboga, jakie to wielkie (that’s what she said). Nim przyjechał do mnie egzemplarz obejrzałem wszystkie recenzje na YouTubie i zaprawdę powiadam wam – żadna nie oddaje tego, jak wielki jest Steam Deck. 298 x 117 x 49 mm i 669 gram na papierze nie wydają się jakieś przesadnie wyjątkowe, do momentu, w którym położymy przy Steam Decku dowolny smartfon lub np. PS Vitę Slim, która ma rozmiar zbliżony do Nintendo Switcha Lite. Steam Deck to Behemot, który z ledwością zmieścił mi się do torby-listonoszki, do której bez trudu wciskam 13-calowy laptop.

Gdy jednak przymkniemy oko na rozmiar (nie da się tego zrobić, ale rozumiecie, o co mi chodzi) patrzymy na sprzęt zaskakująco dobrze wykonany. Nie ma tu choćby grama tandety, jak w przypadku Nintendo Switch OLED – plastik jest bardzo wysokiej jakości, a konstrukcja jest zwarta i doskonale spasowana; nic nie trzeszczy, nie skrzypi, nie wydaje z siebie niepożądanych odgłosów. Moje wątpliwości budzi tylko nieco chropowata faktura, którą pokryty jest front urządzenia i dotykowe pady. Nie mam za to cienia wątpliwości, że krzyżak, gałki analogowe, przyciski i spusty są na równie wysokim poziomie, co np. pad od Xboxa Series.

Chropowatość plastiku na froncie wynika po części z pragmatyzmu; dzięki temu konsola nie zbiera odcisków palców. Plecki urządzenia, które mają inną, bardziej gładką fakturę, bardzo szybko zaczynają wyglądać… cóż, nieelegancko.

Słowo należy się też wyświetlaczowi o przekątnej 7” i rozdzielczości 1280 x 800 px. Mój egzemplarz to wariant 256 GB, a więc pozbawiony matowej powłoki antyodblaskowej i to niestety widać – w jasno oświetlonym pomieszczeniu trzeba bardzo uważać, by nie odbijać się w wyświetlaczu. Jeśli jednak chodzi o samą jakość panelu, to nie mam większych zastrzeżeń.

Nie zdobędzie on żadnych nagród i z pewnością nie przystaje on do panelu OLED w nowej konsoli Nintendo, jednak wyprzedza o lata świetlne ekran z oryginalnego Switcha. Kolory nie są sprane, choć nie są też tak żywe, jak np. laptopach gamingowych z pełnym pokryciem przestrzeni barw sRGB lub DCI-P3. Kąty widzenia są akceptowalne a kontrast dostatecznie wysoki. Po pierwszych godzinach zabawy nie mam większych uwag, może prócz tego, że punkt bieli jest nieco zbyt chłodny na mój gust, ale być może da się to zmienić w ustawieniach – nie omieszkam tego sprawdzić przed pełną recenzją.

Steam Deck – pierwsze uruchomienie.

Proces pierwszego uruchomienia Steam Decka zajmuje chwilę, ale jest prosty i intuicyjny. Zaczynamy standardowo – od wyboru języka, regionu i strefy czasowej. Następnie łączymy się z Wi-Fi i logujemy na konto Steam.

Tu muszę ogromnie pochwalić Valve za jakość klawiatury wirtualnej i responsywność ekranu dotykowego – czułem się tak, jakbym wklepywał literki na wysokiej klasy smartfonie.

Po zalogowaniu na konto Steam konsola sprawdzi dostępne aktualizacje. W moim przypadku proces instalacji pierwszej aktualizacji potrwał około 10 minut, a zaraz po uruchomieniu konieczna była kolejna, aktualizująca firmware urządzenia, która zajęła kolejne 15 minut. Potem jednak konsola była w pełni gotowa do zabawy.

Gdy już Steam Deck zaktualizuje co musi, wita nas ekran powitalny, tłumaczący układ interfejsu i sterowania. Co bardzo cieszy, wszystko jest elegancko przetłumaczone na język polski i nie znalazłem póki co żadnych kwiatków w translacji.

Na dzień dobry wita nas klasyczny układ ostatnio uruchamianych gier, znany każdemu pececiarzowi. Gdy jednak przejdziemy do biblioteki, domyślnym panelem jest sekcja „świetne na Decku”, w której widzimy listę gier z naszej biblioteki, które zostały w pełni zoptymalizowane pod kątem konsoli Valve. W moim przypadku na 65 gier zoptymalizowanych było 10. Osoby z większą biblioteką (osobiście więcej gram na GoG i Epicu) z pewnością będą miały tych gier więcej.

Większość gier z mojej biblioteki ma status niezweryfikowanych, ale grywalnych. Znalazłem też co najmniej 3 tytuły, które według interfejsu są niegrywalne na Decku, ale po pobraniu udało mi się chwilą pobawić i nie napotkałem na żadne problemy (tak było np. w przypadku Dragon Ball Z: Kakarot)

Interfejs urządzenia jest bardzo prosty i – co bardzo miłe – niemal wszystko można obsługiwać na kilka sposobów. Możemy nawigować po interfejsie analogami, krzyżakiem lub zaskakująco responsywnymi, dotykowymi padami. Możemy też po prostu dotykać wyświetlacza i w ten sposób przechodzić do kolejnych sekcji.

Projekt UI już na pierwszy rzut oka bardzo przypadł mi do gustu i po kilku chwilach doskonale wiedziałem, czego dotknąć i co przycisnąć, by dostać się do interesującej mnie sekcji. Najważniejsze dane Steam Deck wyświetla też w prawym górnym rogu – tam mamy informacje o stanie akumulatora, godzinie, powiadomieniach i statusie pobierania gier.

Gramy!

Na początek zacznijmy od odpowiedzi na pytanie – ile miejsca na gry zostaje na konsoli? Mój egzemplarz, wyposażony w SSD o pojemności 256 GB, miał niespełna 220 GB dostępnych na gry. W moim przypadku wystarczyło to na pobranie 10 produkcji, z czego 4 to duże kobyły zajmujące po kilkadziesiąt GB, a reszta to malutkie gry, zajmujące od 2 do 13 GB. Aktualnie mam jeszcze 50 GB wolnego miejsca, toteż podtrzymuję opinię, iż wariant 256 GB to najbardziej opłacalna wersja. 512 GB zostawmy tym, którzy koniecznie chcą nosić ze sobą pół biblioteki (lub zależy im na powłoce antyrefleksyjnej), zaś 64 GB nada się raczej wyłącznie dla fanów gier niezależnych.

O tym, jak się gra na Steam Decku, napiszę jeszcze osobny tekst (pewnie więcej niż jeden), ale muszę powiedzieć, że jestem pod ogromnym wrażeniem po pierwszych kilkunastu minutach zabawy. Każda z gier, którą sprawdziłem, działa bez zająknięcia i wygląda… zupełnie w porządku.

Wiedźmin 3, który np. na Nintendo Switchu wygląda na żywcem wyjętego z 2003 r., na Steam Decku prezentuje się wspaniale. Może nie na poziomie next genów czy dopasionego PC z RTX 3080, ale na tak malutkim ekranie przełęcz nad Kaer Morhen robi przeogromne wrażenie. Starsze gry, takie jak Gothic 2 czy Persona 4 Golden wyglądają tak, jak na gry w ich wieku przystało, ale działają bez zarzutu.

Bardzo podoba mi się to, że Valve nie traktuje nabywców Decka jak idiotów i udostępnia im bardzo rozbudowany panel konfiguracji. Opcji jest tu tak wiele, że pewnie spędzę kilka wieczorów na ich eksplorowaniu. Podoba mi się również możliwość uruchomienia mniej lub bardziej zaawansowanej diagnostyki; nakładka wydajności może pokazywać albo sam licznik FPS-ów, albo szczegółową rozpiskę pracy poszczególnych rdzeni APU od AMD. Jest też szereg ustawień ograniczających zużycie energii, ale to temat na zupełnie odrębny materiał.

Osobny materiał należy się też ergonomii Steam Decka, ale już teraz mogę powiedzieć, że jak na tak olbrzymi sprzęt jest… zaskakująco wygodnie. Przyznam, że byłem pełen obaw, bo osobiście nie cierpię pełnowymiarowego Nintendo Switcha; o wiele lepiej czuję się grając na małym Switchu Lite czy PS Vicie, które mają bardziej zwartą konstrukcję. Tymczasem Steam Deck jest jeszcze szerszy od Switcha, toteż obawiałem się, że będzie mi niewygodnie, a jednak – jest wprost przeciwnie. Uchwyty są mięsiste i dają bardzo pewny chwyt, a dziwacznie rozlokowany krzyżak i przyciski okazują się być w idealnej pozycji. Nie przesadzę mówiąc, że na Steam Decku gra mi się wygodniej niż na padzie od Xboxa, choć przyznam szczerze, że działają mi na nerwy dodatkowe przyciski na odwrocie obudowy, do których jeszcze nie przywykłem.

Muszę też nadmienić, że Steam Deck zdecydowanie nie jest konsolą przeznaczoną dla dzieci. Kontrolery ewidentnie zostały zaprojektowane z myślą o osobach dorosłych; drobne dziecięce dłonie zwyczajnie nie dadzą rady wygodnie objąć uchwytów i sięgać do przycisków, a już na pewno nie sięgną do dotykowych płytek.

Kończąc tę sekcję muszę wspomnieć jeszcze o dwóch zaskoczeniach: pozytywnym i negatywnym. Pozytywnie zaskoczyły mnie głośniki, które są bardzo głośne, grają w miarę szczegółowo i z zaskakującą ilością basu, a przesterowują dopiero na absolutnie najwyższym natężeniu. Zaskoczeniem negatywnym są natomiast wibracje, które z jednej strony są bardzo przyjemne pod płytkami dotykowymi, a z drugiej strony są drętwe i aż nazbyt intensywne na poziomie uchwytów. O ile mi jednak wiadomo, Valve jeszcze pracuje nad odpowiednim „strojeniem” haptyki, więc może kolejne aktualizacje poprawią ten stan rzeczy.

Byłbym zapomniał – słowo uznania należy się też za błyskawiczne wybudzanie urządzenia. Pograłem chwilę w Wiedźmina, wygasiłem ekran i wyszedłem na spacer z psem. Pół godziny później wróciłem, wcisnąłem przycisk uruchamiania i Steam Deck momentalnie się wybudził i znów stałem na placu w Kaer Morhen. Konsolowcy pewnie przewracają teraz oczami, ale dla pececiarzy to zupełna nowość – na tego typu natychmiastowe wybudzenie nie ma co liczyć na żadnym komputerze osobistym.

Jakieś problemy?

Wszyscy recenzenci, którzy dostali Steam Decka przed premierą, zwracają uwagę na trapiące go bolączki wieku dziecięcego i ja również dostrzegłem kilka już w pierwszych minutach zabawy.

Przede wszystkim dziwne jest zachowanie karty sieciowej, która nie osiąga prędkości, jakich bym się spodziewał po urządzeniu tego kalibru, a też czasami bez przyczyny restartuje połączenie WiFi.

Z niewiadomych względów nie udało mi się też pobrać God of War. Steam Deck rozpoczyna pobieranie tej gry, a następnie przerywa i nie udaje się go wznowić, choć GoW ma certyfikat „Świetny na Decku”. Nie pomogła reinstalacja; przy każdej próbie pobrania kończy się tak samo. Spróbuję jeszcze przywrócić urządzenie do ustawień fabrycznych po nowej aktualizacji firmware’u, może to rozwiąże ten problem.

Największy problem, jaki mam z konsolą Valve, nie jest jednak wadą, a cechą urządzenia i raczej nie zniknie. Chodzi o szum wiatraków. Jak to zgrabnie ujęła moja żona – „twój komputer gotuje wodę na kawę? Bo brzmi jak czajnik z dziubkiem”. Po czym wręcz zatkało ją, gdy powiedziałem, że to nie odgłos gamingowego laptopa na biurku, lecz właśnie Steam Decka. Wiatrak nie jest może przesadnie głośny; mieści się w górnej granicy szumu wiatraków cienkich i lekkich maszyn z Windowsem, lecz jego odgłos jest dość nieprzyjemny – bardzo wysoki i świszczący.

Mimo tego, że świetne głośniki są w stanie zagłuszyć ten świst, raczej polecam grać na Steam Decku wykorzystując słuchawki – tym bardziej, że w przeciwieństwie do konsol Nintendo tutaj możemy podłączyć dowolne słuchawki Bluetooth i działa to znakomicie.

Zaczynamy zabawę!

Ten tekst do raptem pierwsze wrażenia po kilkudziesięciu minutach zabawy ze Steam Deckiem. Prawdziwa zabawa zacznie się dopiero teraz, gdy będę miał czas na spokojnie testować urządzenie i poświęcić kilka wieczorów na rozgrywkę w kilkunastu tytułach.

REKLAMA

Nie wiem, jakie będą moje odczucia odnośnie Steam Decka za kilka dni lub tygodni, ale po kilku godzinach wiem jedno – jaram się. Jaram się tak, jak nie jarałem się żadnym sprzętem elektronicznym od lat. Bo choć sama koncepcja Steam Decka nie jest niczym nowym (patrz: Aya Neo, GPD Win), tak po raz pierwszy koncepcja przenośnego peceta, zamkniętego w relatywnie kompaktowej obudowie ma szansę wypalić. Po raz pierwszy, jako pececiarz, mogę zabrać swoją bibliotekę gier ze Steama gdziekolwiek, choćby na kanapę i grać w innym miejscu niż biurko, przy którym i tak spędzam zbyt wiele czasu każdego dnia.

Zaczynamy testy! Jeśli macie jakieś pytania i chcecie, żebyśmy sprawdzili coś konkretnego – dawajcie znać w komentarzach.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA