Gry  / Recenzja

Lecę na Księżyc po odpady recyklingu, a tam wiele dobrych pomysłów. Destiny 2 Shadowkeep - recenzja

Podczas gdy żołnierze mojego ukochanego klanu zdobywają ponad 950 poziomów światła, sam dopiero buduję Tytana na zupełnie nowy rajd. Ten niestety nie rozwikłuje wielkiej niewiadomej, jaka zawisła nad fanami po ukończeniu wątku fabularnego Destiny 2 Shadowkeep. Jeśli bowiem finalna animacja zapowiada to, co wydaje mi się, że zapowiada, świat Destiny stanie na głowie.

Destiny 2 Shadowkeep można oceniać z przynajmniej trzech perspektyw. Po pierwsze, jako klasyczne rozszerzenie do gry z 2017 r. Po drugie, jako owoc samodzielnych starań Bungie, już bez Activision w roli sponsora, wydawcy i marketingowca. Po trzecie, jako wylewka pod fundamenty zupełnie nowej ery dla Destiny 2. Nowego otwarcia, które wstrząśnie całym uniwersum i postawi na głowie wszystko, co o nim wiedzieliśmy. Oczywiście ta ostatnia perspektywa wydaje się najciekawsza.

World of Warcraft wprowadził podział na Przymierze i Hordę. A gdyby tak…

A gdyby tak Destiny 2 również doczekało się odpowiednika Hordy? Aktualnie gracze nie mają żadnego wyboru. Chcą czy nie, muszą stanąć po stronie Światła. Stają się Strażnikami - wskrzeszonymi, niemal nieśmiertelnymi bojownikami chroniącymi Układ Słoneczny oraz Drogę Mleczną przed zakusami kilku wrogich ras. Wrogowie ludzkości dają się z kolei kusić podszeptom Mroku. Ten, będący naturalną przeciwwagą Światła, wydaje się być oczywistym „złym” całego uniwersum.

Czy aby jednak na pewno?

Deweloperzy gier sieciowych coraz częściej eksperymentują z niecodziennym podejściem do motywu Światło kontra Ciemność. Doskonałym tego przykładem jest Final Fantasy XIV z wybitnym rozszerzeniem Shadowbringers. Tam mrok może okazać się jedyną nadzieją dla ludzkości. Ludzkości, której interesy wbrew pozorom nie zawsze są tożsame z siłami światłości. Podobne podejrzenia co do Światłości już od wielu lat krążą w społeczności Destiny. Bo chociaż Światło doprowadziło do rozkwitu Złotej Ery w historii człowieka, to ma także mroczniejsze epizody na kartach kosmicznej historii.

Destiny 2 Shadowkeep otwiera Pudełko Pandory. Niestety, robi to kilka sekund przed napisami końcowymi.

Jeśli poprawnie interpretuję enigmatyczne zakończenie, Bungie buduje fundamenty pod najbardziej epicką konfrontację w historii uniwersum. Oczywiście nie mam zamiaru zdradzać wam fabularnych detali. Jestem za to wściekły, że najciekawszy wątek zostaje urwany w tak brutalny sposób. Destiny 2 Shadowkeep to typowy cliffhanger, którym Bungie chce przygotować fanów na kolejne sezony, rozszerzenia a być może nawet Destiny 3. Kasa kasa kasa.

Będąc przy kasie, Shadowkeep wprowadza kilka nowych mechanizmów wyłudzania pieniędzy od graczy. Pojawia się na przykład przepustka sezonowa z nagrodami, znana z takich gier jak Fortnite. Sklep Eververse został kompletnie przebudowany, wzbogacając się o nowe kategorie produktów: animacje kończące wrogów. Z drugiej strony trzeba pochwalić Bungie za oddanie podstawowego Destiny 2 wraz z pierwszymi DLC kompletnie za darmo. Od teraz każdy gracz - na PC i konsoli - może zagrać w D2 bez opłat, na własnej skórze doświadczając cudownego modelu ostrzału. Do tego wszystkie zakupy w grze są kosmetyczne.

Bałem się, że powrót na Księżyc będzie bezczelnym recyklingiem.

Wszakże to lokacja, która pojawiła się w pierwszym Destiny. I chociaż kampania często jest rozgrywana na tych samych obszarach, te uległy znacznej modyfikacji. Pamiętacie rozszerzenie Kataklizm, które zmieniało topografię świata World of Warcraft? Shadowkeep to taki Cataclysm w skali mikro, zmieniający wygląd Księżyca. Spod ziemi wyrasta bowiem złowroga Czerwona Forteca, która wygląda jak jedna z czołowych atrakcji turystycznych Mordoru. Gdy pierwszy raz staje się przed bramami fortecy, widok czerwonych murów i wież zapiera dech w piersiach. Wygląda to kapitalnie.

Przez kilka ostatnich lat Księżyc znacznie się zmienił. Widać to zarówno na powierzchni, jak i w ciemnych grotach oraz zniszczonych statkach. Wrak krążownika Skolasa to jedna z najprzyjemniejszych sentymentalnych wycieczek jakie zapewniło mi Bungie. Dawniej korytarze statku pełne były świecących się kontrolek. Dzisiaj płyty kadłuba odpadają i łuszczą się. Dla fana Destiny samo porównywanie lokacji z D1 oraz D2 będzie przyjemnością. Bungie umiejętnie gra na sentymentach, organizując podróż w przeszłość, do 2014 r.

Niestety, można mieć wrażenie, że twórcy zbyt mocno polegają na pomysłach z poprzednich lat. Koszmary - nowi wrogowie do ubicia - to bowiem nic innego jak mroczne wersje już pokonanych wrogów z przeszłości. Skolas, Crota, nawet Ghaul - wszyscy oni w pewnym sensie powracają, aby ponownie znaleźć się na naszych celownikach. Ile jeszcze razy mamy dawać ci tę lekcję Crota? Ile razy?! Teoretycznie mamy do czynienia z nowymi rodzajami przeciwników, ale to wciąż tylko wariacje maszkar znanych od 2014 r. Mamy więc recykling planety, recykling lokacji oraz recykling przeciwników. Kiepsko to wygląda. Na szczęście…

Destiny 2 Shadowkeep to kilka nowych, świetnych pomysłów.

Bardzo podoba mi się, że Bungie znowu stawia na większą różnorodność statystyk i modyfikatorów. Pancerze są teraz rozpisane przez pryzmat ośmiu właściwości, co by wspomnieć o mobilności, szybkości regeneracji czy sile. Bronie dostały kompletnie nowe modyfikatory. Cały system ulepszeń uległ kompletnemu przemodelowaniu. Gracze mają większe możliwości dostosowania giwer do własnego stylu gry bądź konkretnych wyzwań. Pole do popisu jest gigantyczne, co doceni te 5 proc. graczy, którzy spędzą miesiące na min-maxowaniu swoich buildów. Ruch w kierunku cRPG to bardzo dobre posunięcie.

Wraz z wielką różnorodnością idzie w parze szczodrość RNGesusa (losowe mechanizmy przyznawania nagród). Fioletowe engramy sypią się na lewo i prawo. Dzięki temu gracz ma większą szansę na wyłowienie dokładnie tej broni na której mu zależy, z dokładnie tymi modyfikatorami na których mu zależy. Oczywiście to wciąż wymaga czasu (i szczęścia). Proces nie przypomina jednak żmudnej orki znanej z poprzednich lat. Do 910 poziomu Światła ciągle czuję się rozpieszczany, nawet wykonując podstawowe aktywności. Godzina po godzinie, coś lepszego nieustannie wpada do ekwipunku. Aż chce się grać.

Wbrew pozorom dodatki skopiowane z gier w stylu Fortnite również nie są złe. Dzięki nim co poziom doświadczenia możemy liczyć na ciekawe bonusy. Nawet podwójne, o ile wykupimy Battle Pass. Nowe butki, nowy barwnik, nowa skórka, nowa emotka, surowce do wykorzystania - nagrody są zróżnicowane i po raz pierwszy od kiedy pamiętam wbicie kolejnego poziomu wiąże się z ekscytacją. Od razu wchodzę do menu i odbieram ciekawą, czasem bardzo unikalną nagrodę.

Na osobną wzmiankę zasługują nowe bronie. Te pochodzące z Księżyca są absolutnie kapitalne. Unikalne. Dzikie. W moje ręce wpadł na przykład karabin snajperski, który krzyczy po każdym oddanym strzale. KRZYCZY. Nie sądziłem, że Bungie może mieć jeszcze jakieś ciekawe pomysły po przygotowaniu tylu legendarnych oraz egzotycznych modeli broni. Okazuje się jednak, że kreatywni producenci wciąż się nie wypalili, zaskakując cudownym arsenałem w pięć lat po takich perłach jak Hawkmoon czy Thorn.

Paradoks: To najlepszy moment żeby zagrać w Destiny 2, ale Shadowkeep nie jest najlepszym dodatkiem.

Z perspektywy rozszerzenia uatrakcyjniającego zawartość dla przeciętnego gracza, Destiny 2 Shadowkeep plasuje się poniżej takich dodatków The Taken King czy Forsaken. Zwyczajny Kowalski przejdzie główną oś fabularną w kilka godzin, nacieszy się chwilę kapitalnymi księżycowymi broniami, nawet nie rozpozna nowych aren PvP, a następnie pójdzie grać w coś innego. Dla niego Destiny 2 Shadowkeep będzie niewiele lepsze od DLC pokroju Curse of Osiris. Mam jednak wrażenie, że to nie z myślą o Kowalskim powstał Shadowkeep.

Przeciętny gracz ma się zająć darmową zawartością Destiny 2 wraz z wcześniejszymi DLC. Z tej perspektywy to naprawdę dobry moment, aby dać tej serii szansę. Dostaje się bowiem dostęp do masy zawartości PvP oraz PvE dla siebie oraz znajomych. Z kolei sam Shadowkeep to inauguracja placu budowy. Koparki już wjechały. Doły zaczynają być wykopywane. Nie wiadomo jeszcze, co powstanie w tym miejscu. Sądząc jednak po rozmiarach sprowadzonych maszyn oraz wykopanej ziemi, będzie to coś gigantycznego. Coś, co na stałe zmieni krajobraz całego Destiny i będzie punktem zwrotnym w historii uniwersum.

Tymczasem Bungie dostaje klapsa za okropny cliffhanger. Bardziej karcącego, ale też trochę na zachętę.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst