Gry  / Artykuł

Wychodzi masa świetnych gier, a ja nie mogę się oderwać od MMO Final Fantasy XIV. WoW tak nie wciągnął

Control. Wreckfest. Nowe Age of Wonders. Astral Chain. Erica - wychodzi teraz wiele świetnych gier, a ja nie mogę się oderwać od MMORPG z 2013. Gdyby tego było mało, w Final Fantasy XIV gram nie na PC, ale na PS4. Co jest takiego w tej grze, że marnuję dziesiątki godzin na wbijaniu poziomów? Zupełnie szczera odpowiedź: nie mam bladego pojęcia. Muszę to sobie rozpisać.

Testowałem sporo gier MMO. Lords of the Rings Online, Star Wars: The Old Republic, TERA, Neverwinter Online, Guild Wars, Guild Wars 2, The Elder Scrolls Online - w każdym z tych tytułów zostawiłem dziesiątki godzin swojego życia. Jednak żadna, absolutnie żadna produkcja MMO nie przykuła mnie do ekranu na tak długo co Final Fantasy XIV. Nawet World of Warcraft - obiektywnie świetny, magiczny wręcz - nie zniewolił mnie tak bardzo co egzotyczne FFXIV. Co więcej, grane na konsoli.

Pierwsze chwile, pierwsze godziny z Final Fantasy XIV to koszmar na jawie.

Okej, nie ma co kłamać - początek przygody z FFXIV jest fatalny. Proces logowania i rejestracji na konsoli to traumatyczne przeżycie. Wpisywanie wartości systemową klawiaturą PlayStation, sterowanie kursorem za pomocą analoga, odwiedzanie witryny WWW wyświetlanej na konsoli - to wszystko koszmar. Absolutny koszmar. Żeby było śmieszniej, miesięcznej subskrypcji nie mogę kupić z poziomu PS Store. Muszę odpalać laptopa i spisywać numery karty debetowej. Słowem: mordęga. Mordęga po stokroć.

Pierwsze kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin wewnątrz samej gry również nie zachwyca. Zawartość nagiej podstawki - A Realm Reborn - znacząco odstaje od dzisiejszych standardów na rynku MMORPG. Zadania fabularne to w 80 proc. statyczne rozmowy. Od czasu do czasu zdarzy się filmowa scena na silniku gry. Scenki są jednak tak nudne, że będziecie chcieli czym prędzej je przełączać. Sama fabuła należy z kolei do tych naiwnych i banalnych.

Nie robię Final Fantasy XIV dobrej reklamy, co? Nic jednak nie poradzę na to, że etap między 1 i 50 poziomem doświadczenia jest nudny, monotonny i powtarzalny. Sytuację ratują jedynie dungeony - aktywności dla grupy 4 lub 8 graczy, w które wplata się unikalne mechaniki. Na przykład walcząc z wielkim krakenem trzeba uważać na jego macki. Odnóża mogą miotać awatarami graczy jak szmacianymi lalkami. Albo walka z demonem, która polega na ucieczkach międzywymiarowymi drzwiami. Jeśli nie załapiemy mechaniki, cała drużyna pada od potężnego ciosu obszarowego.

Samo Square Enix jest świadome, że zawartość A Realm Reborn jest do kitu. Chcą to zmienić.

Twórcy gry zakomunikowali, że rozważają skrócenie, odchudzenie i uatrakcyjnienie zawartości podstawowej wersji gry. Kompletnie mnie to nie dziwi. Gdy nowy gracz wchodzi do świata Final Fantasy XIV, spotyka się z nudą i powtarzalnością. Dlatego wątpię, aby mało wytrwały łucznik, miecznik czy mag przedłużał abonament. Nawet jeśli gracz czyta w mediach, że zawartość trzech wielkich rozszerzeń - Heavensward, Stormblood i Shadowbringers - jest kapitalna, i tak musi przedrzeć się przez 50 poziomów A Realm Reborn.

Dla wielu to zadanie ponad ich możliwości. Spędzić kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt godzin na tępym grindzie, bo w przyszłości będzie lepiej? Wielu graczy nie idzie na taki układ. Ma za mało czasu albo na horyzoncie majaczy zbyt wiele innych, bardziej emocjonujących gier. Stąd doskonale rozumiem potrzebę uatrakcyjnienia przygody dla nowych graczy, jaka kiełkuje w Square Enix. Ba, ja się pytam: dlaczego dopiero teraz?!

Kiedy jednak wbijesz ten 50 poziom, kiedy pokażesz Imperium, gdzie raki zimują, zaczyna się magia.

Wielu recenzentów i krytyków pisze, że prawdziwie dobre, prawdziwie unikalne Final Fantasy XIV zaczyna się wraz z pierwszym wielkim rozszerzeniem. Sam twierdzę, że zaczyna się znacznie szybciej. Nowy wątek fabularny wprowadzony w aktualizacjach 2.1 - 2.5 (gdzie 2.0 to podstawowa wersja gry) to jakościowy skok odczuwalny gołym okiem. Jak gdyby za grę wziął się zupełnie inny zespół. Kompletnie inne podejście do rozgrywki.

Na 50 poziomie doświadczenia nagle okazuje się, że misje potrafią być ciekawe. Liczba przerywników filmowych radykalnie wzrasta. Na nich widzimy z kolei efektowne walki, humorystyczne wstawki i dobrze wyreżyserowane dialogi. Bohaterowie poboczni stali się żywsi i bardziej naturalni. Co więcej, część z nich po raz pierwszy zyskała na charakterze. NPC, którzy w A Realm Reborn zlewali mi się w jedno, nagle zyskali na wyrazistości. Zacząłem rozpoznawać konkretnych bohaterów. Rozumieć ich agendę. Kibicować im. Lubić ich.

Zmiana jakościowa jest niesamowita. Absolutnie niesamowita. Zadania przestają być nudnymi rozmowami. Po stronie deweloperów pojawiają się pierwsze próby różnicowania. Dochodzi do eksperymentów z takimi mechanikami jak skradanie, retrospekcje, wykorzystanie maszyn czy przesłuchiwanie. Zdaję sobie sprawę, że z perspektywy niektórych niesamowitych misji z World of Warcraft brzmi to jak ponury żart. Jednak z perspektywy punktu startowego dla FFXIV to prawdziwy przełom.

Najlepsze jest to, że świat Final Fantasy XIV stale, pięknie i permanentnie ewoluuje.

Tak archaiczna w niektórych obszarach gra jak FFXIV ma zaskakująco elastyczny silnik. Ten pozwala wprowadzać zmiany z jednej misji na drugą. Opustoszałe zamczysko nagle staje się tętniącą życiem warownią. Na szlakach pozbawionych patroli pojawiają się żołnierze organizacji, do stworzenia której sami przyłożyliśmy rękę. Pod wpływem wykonanych misji NPC zmieniają swoje położenie. Wciąż są przyspawani do ziemi, ale i tak daje to ułudę żyjącej społeczności.

Te kilka aktualizacji między wersją 2.1 oraz 3.0 daje grze więcej, niż cała gigantyczna kampania A Realm Reborn razem wzięta. Nie przesadzam. Świat, dungeony, zadania - wszystko to ewoluuje do poziomu oczekiwanego po współczesnej grze MMORPG. Następnie ten poziom przerasta. Wielu dziwi się, jakim cudem Final Fantasy XIV broni się w 2019 r. ze swoim bezwzględnym, drogim modelem abonamentowym. To wszakże jedyne poza World of Warcraft i EVE Online MMO, które pozostało przy modelu comiesięcznego haraczu. Nie brakuje graczy skłonnych płacić tę daninę. Sam do nich przecież należę, tak samo jak kilka milionów innych osób.

Do tego społeczność… ta przerażająco miła społeczność graczy.

Jak wspomniałem na początku, miałem styczność z wieloma MMORPG. Jednak w żadnym nie spotkałem się z tak miłą społecznością. Tak życzliwą. Tak przyjazną. Jak gdyby w drużynowym czacie uczestniczyła awangarda dobrze wychowanych graczy. Powiem wam: co abonament, to abonament. Comiesięczny podatek jest świetnym sitem. Subskrypcja oddziela zaangażowanych graczy kochających swoje MMO od szarańczy liczącej na darmową rozgrywkę. Aż mi się przypomniały czasy LOTR Online. Tam również panowała kultura. Do momentu przejścia gry na model Free2Play. Chamstwo wyrosło jak Uruk-hai z błotnych dołów Sarumana.

Wiem, wiem… możecie napisać, że oto dokonuję podziału graczy na lepszych i gorszych w oparciu o grubość portfela. Nic jednak nie poradzę na fakt, że w FFXIV od razu poczułem się jak w domu. Dominuje przyjazne nastawienie i chęć pomocy. W oknie czatu próżno szukać internetowej nowomowy typu „OMG noob”. Nikt tutaj nie chwali się, że spał z moją matką ani nikt nie żebrze o 100k gold. Nawet poszukiwania graczy do drużyny są artykułowane pełnymi zdaniami. Można się zachwycić.

Zawartość Shadowbringers dopiero przede mną. Już nie mogę się doczekać.

Przede mną jeszcze wiele zadań i wiele poziomów, nim dotrę do najnowszego rozszerzenia wydanego przed kilkunastoma dniami. Recenzje pokazują, że dodatek jest wybitny. Być może nawet lepszy niż wszystkie dotychczasowe rozszerzenia. Ależ jestem ciekaw, jak jeszcze może się rozwinąć Final Fantasy XIV. Już teraz jestem bardzo zadowolony z poziomu rozgrywki. Skoro ma być jeszcze lepiej, to nie pozostaje mi nic jak chwycić za pada i znaleźć dodatkowe kilkadziesiąt godzin wolnego.

Gdy jeden z dziennikarzy zapytał Square Enix, kiedy pojawi się nowe MMO w świecie Final Fantasy, wydawca stwierdził, że nieprędko. Zdaniem twórców FFXIV jest w dobrej kondycji i żaden nowy tytuł nie jest potrzebny. Patrząc, ile frajdy dała mi ta produkcja, jestem skłonny w to uwierzyć. Nigdy bym nie przypuszczał, że moje ulubione MMORPG będzie egzotycznym wytworem na konsoli PlayStation 4. Wsiąkłem jednak bez reszty i bawię się lepiej niż mógłbym przypuszczać. Final Fantasy XIV na pewno nie jest grą dla każdego, ale już się nie dziwię, skąd tytuł ma tak wierną rzeszę subskrybentów.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst