Tech  / Felieton

W całym tym bogactwie mam wrażenie, że nie posiadam niczego

Na różnych urządzeniach i w chmurze mam dziesiątki tysięcy plików. Są wśród nich zdjęcia, książki czy dokumenty. W całym tym bogactwie miewam poczucie, że nie posiadam niczego.

W serii książek “Długa Ziemia” Terry’ego Pratchetta i Stephena Baxtera spotykamy Lobsanga. To sztuczna inteligencja, która wyrokiem sądu otrzymała prawa człowieka, bo udowodniła, że jest reinkarnacją tybetańskiego mechanika. Lobsang miał niezliczone kopie zapasowe w wielu centrach danych. W powieści “Długi Mars” zażartował, że zastanawia się nad stworzeniem nieelektronicznej kopii rezerwowej. Zapytany na czym miałaby polegać, odpowiedział: “Och, parę setek mnichów w jakimś skryptorium, nieskończenie przepisujących moje myśli z jednego papierowego tomu do drugiego. Skryptorium może na Księżycu.

W przypadku Lobsanga od licznych kopii zapasowych zależało jego być albo nie być. Nas ten problem nie dotyczy w tak dużym stopniu, ale jest głęboka prawda w stwierdzeniu tego fikcyjnego bohatera literackiego, że nie ma czegoś takiego jak nadmiarowy backup.

Wiele lat temu, gdzieś u zarania fotografii cyfrowej, straciłem kilka gigabajtów zdjęć z dłuższego okresu.

Próbowałem je odzyskać, nie udało się. Oczywiście całkowicie ponoszę winę za ten stan rzeczy. Od tamtego czasu dbam o kopie zapasowe.

Zdjęcia zrobione smartfonem automatycznie przesyłane są do chmury. Te z lustrzanki wysyłam do niej po dokonaniu selekcji. Robię też kopię lokalną na podstawowym komputerze oraz dysku przenośnym.

Kiedyś zdjęcia zapisywałem również na płytach. Od jakiegoś czasu tego nie robię. Po pierwsze dlatego, że nie urodziłem się z żyłką archiwisty i później mam problemy ze zlokalizowaniem plików na konkretnej płycie. Po drugie, ważniejsze, w domu mam jedno urządzenie z odpowiednim napędem. Mój następny komputer zapewne będzie go pozbawiony.

Czy mam poczucie bezpieczeństwa? Jako takie.

Jest co najmniej kilka miejsc, w których znajdę swoje pliki w razie awarii któregoś z nośników. Fakt, że znalazły się w chmurze teoretycznie gwarantuje dostęp do nich w przypadku jakiejś lokalnej katastrofy, na przykład pożaru domu czy zniszczenia całego sprzętu, kradzieży itp. Mimo to czuję się trochę nieswojo, gdy myślę, co kiedyś z nimi się stanie.

Kilka miesięcy temu odnalazłem w domu rodzinnym sporą liczbę zdjęć. Części nigdy nie widziałem. Przedstawiają dziadków, pradziadków. Są skarbem domowego archiwum. Istnieją w materialnej formie. Można ich dotknąć. Rozpływam się nad tą fizycznością, bo chyba dla każdego człowieka oprócz przedmiotu istnieje też jego kontekst, otoczka. Sam fakt, że zdjęć tych dotykali moi dziadkowie, ma dla mnie znaczenie. Dlaczego? Bo nie dane mi było ich poznać. Umarli, zanim się urodziłem.

Metafizyka i (lub) psychologia sprawiają, że z naszymi rzeczami czujemy więź

To dlatego, tak często możemy obserwować spór między wybierającymi czytniki, a czytającymi w “analogu”. Sam coraz rzadziej sięgam po tradycyjne książki, dlatego z trudnością trafiają do mnie argumenty drugiej strony sporu. Wiem jednak, że mają sens.

Mam kilkaset ebooków. Kupuję te książki, o których wiem, że je przeczytam. Nie tworzę kolekcji, ale robię w dwóch chmurach backup plików "na wszelki wypadek". Książki papierowe nie mieszczą mi się już na półkach. Wybór jest więc wypadkową możliwości przechowywania nowych pozycji i wygody.

Na Kindle'u po prostu czyta mi się lepiej. Znam ludzi, którzy swoją fizyczną biblioteczkę otaczają pewnym kultem. Patrzą z zachwytem na równo poukładane rzędy. Być może też towarzysko funkcjonują na zasadzie "pokaż mi swoje książki, a powiem ci kim jesteś"? Oprócz treści liczy się dla nich też forma. Nie satysfakcjonuje ich świadomość, że to samo mogą mieć na urządzeniach i serwerach bez zajmowania miejsca w domu.

Gdy zastanawiam się, co stanie się kiedyś z moimi cyfrowymi książkami nie mam złudzeń, że przepadną w otchłani cyfrowego świata. Nie sądzę również, by przetrwały zdjęcia z takim pietyzmem wysyłane do chmury. Cóż z tego, że liczne backupy dają spore poczucie bezpieczeństwa, skoro pliki będące strumieniem bitów nie istnieją bez urządzeń, na których można je zobaczyć czy przeczytać?

O ile z łatwością potrafię wyobrazić sobie rodzinę przeglądającą po mojej śmierci analogowe archiwa, ciężko przychodzi mi wizja potomnych, przeklikujących się przez tysiące fotografii z cudownie zachowanego dysku przenośnego lub uratowanego, zapisanym na strzępie papieru hasłem do chmury (jeżeli ta przetrwa dziesięciolecia). Najstarsze zdjęcia, które znalazłem w domu, mają 100 lat.

Nie wierzę, że moje cyfrowe archiwum przetrwa tyle. Lub inaczej, precyzyjniej: nie wierzę, że moi bliscy będą mieli do niego dostęp lub będą mogli z niego korzystać.

*Cytat wykorzystany w tekście pochodzi z książki "Długi Mars" Terry'ego Pratchetta i Stephena Baxtera. Przetłumaczył ją Piotr W. Cholewa, a wydało wydawnictwo Prószyński i Spółka.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst