Foto  / Felieton

Piotr Lipiński: OBIEKTYW FORMUŁY 1, czyli świadkowie historii

Niemal pięćdziesiąt tysięcy złotych spoczywało w niewielkiej walizeczce. Niestety - nie w gotówce, ale w postaci rury ze szkłem. Co było tym bardziej intrygujące.

Uniosłem wieko i chwilę później zrobiłem zdjęcie najdroższym obiektywem, jaki kiedykolwiek miałem w ręku. W walizce bowiem spoczywał znakomity Canon 200-400 światło 4 z wbudowanym telekonwerterem 1.4. Właśnie zdobył nagrodę TIPA w kategorii najlepszych profesjonalnych „szkieł”. A te cyferki tworzą obiekt pożądania, wyceniany przez sklepy na około 46,5 tys. złotych. Walizeczka gratis!

Od razu jednak dodam, że zdjęcie, które wykonałem tym obiektywem, należy do przerażająco przeciętnych. Ale gdyby fotografia zależała tylko od pieniędzy, to World Press Photo regularnie zdobywaliby szejkowie arabscy.

Z przykrością bowiem informuję, że podczas mojego półgodzinnego obcowania z tym niezwykłym obiektywem nie napatoczył się żaden lew, nie przeleciał nad głową żaden kondor ani nawet w powietrze nie wzbił się Kamil Stoch. A do fotografowania takich właśnie tematów predystynowany jest ten obiektyw.

canon obiektyw 4

Ale oprócz obiektywu potrzeba jeszcze doświadczenia. Dość ciężkie „szkło” – 3.6 kg! – usadowiłem na monopodzie i cieszyłem się, że udało mi się upolować… doniczkę z kwiatkami. Może trochę przesadzam, ale przy najdłuższej ogniskowej widać tak niewielki kawałek świata, że drobny ruch w bok i zamiast w doniczkę trafiamy w resztę kosmosu – choć oczywiście istnieją „szkła” o jeszcze dłuższych ogniskowych. A i przekręcenie pierścieniem zoomowania w tym obiektywie wymaga nieco wysiłku, lepiej więc wcześniej potrenować na siłowni.

Generalnie to jest tak, jakby ktoś przesiadł się z drogowego, nawet bardzo szybkiego auta „kompaktowego” do bolidu formuły 1. Nowy Canon 200-400 to narzędzie dla najlepszych, bo tylko oni wykorzystają w pełni jego możliwości. A i to nie zawsze.

To nie jest obiektyw, który będzie spoczywał na co dzień w torbie fotoreportera. Albo raczej w sporym plecaku, bo ze względu na gabaryty potrzebuje własnego, osobnego transportu. On tylko w specyficznych okolicznościach potwierdzi swoją wartość. Generalnie przy fotografii sportowej, przyrody i niekiedy prasowej.

canon obiektyw 2

Jedna cecha tego obiektywu zasługuje na szczególna uwagę – to wbudowany telekonwerter. Do wielu obiektywów możemy dokręcić osobne urządzenie zwane telekonwerterem. Dzięki telekonwerterowi ogniskowa rośnie 1.4 albo też 2 razy, zależy jaki przykręcimy. W przypadku obiektywu 70-200 po przykręceniu dwukrotnego telekowertera uzyskujemy 140-400 mm w przeliczeniu na pełną klatkę (przy okazji tracimy też światło, ale to pomijam).

W Canonie 200-400 niczego nie musimy dokręcać – telekonwerter 1.4 jest w nim zainstalowany na stałe!

Uruchomimy go po prostu za pomocą suwaczka czy jak tam inaczej nazwiemy odpowiedzialny za to przycisk. W rurze obiektywu przeskakuje wówczas szkiełko – konstruktor zapewne by mnie zabił za takie porównanie - i automagicznie robi nam się nawet 560 mm (przy czym światło spada do 5.6). Poezja, powiedzą fotografowie. Ale tu trzeba zastrzec, że tylko niektórzy, bowiem spora ich część pozostanie sceptyczna.

canon obiektyw 1

Wielu uzna, że ów obiektyw do niczego się nie nadaje, przecież nie zrobimy nim nawet „selfie”. A inni – już bardziej rozsądnie – powiedzą: i cóż w tym niezwykłego, skoro za znacznie mniejsze pieniądze kupimy do obiektywu zwykły zewnętrzny telekonwerter? I jeszcze zostanie nam na niewielki samochód?

Tu znowu dochodzimy do istotnego spostrzeżenia: ten obiektyw jest niezwykły właśnie dla tych, którzy potrafią wykorzystać wbudowany telekonwerter. Cała reszta nie musi wydawać fortuny.

Zastosowane rozwiązanie z radością powitają fotografowie przyrody, a już szczególnie ci jeżdżący na safari. W Afryce jest tyle pyłu, że im rzadziej odkręcamy obiektyw, tym lepiej dla czystości matrycy. Ale wbudowany telekonwerter przyda się również tym, którzy muszą pracować bardzo szybko. A tu dobrym przykładem jest fotoreporter prasowy, obsługujący duże wydarzenia.

canon obiektyw 3

I właśnie dzięki takiemu fotoreporterowi przez chwilę w nabożnej ciszy podziwiałem Canona 200-400. Wypożyczył go Sławomir Kamiński, fotograf od wielu lat pracujący dla „Gazety Wyborczej”. Kiedyś opisywałem nasze wspólne przygody z maleństwem Fuji X20 (http://www.spidersweb.pl/2013/05/piotr-lipinski-fuji-x20-czyli-nowoczesne-retro.html), a tym razem przyszła pora na zdecydowanie większy kaliber (przy okazji tego tekstu owo Fuji pojawia się na zdjęciach jako mniejszy brat Canona). W przeddzień Wielkanocy zasiedliśmy w ogródku Sławka, polując na doniczkę i kota. Można się tylko domyślić, co nasze żony pomyślały o facetach, którzy po „święconce” ekscytują się jakąś metalową rurą.

Refleksje doprowadziły mnie do cudownej myśli – na szczęście dla mojej kieszeni do niczego takiego obiektywu nie potrzebuję. Ale Sławkowi przyda się podczas dokumentowania kanonizacji Jana Pawła II. Mój kolega zabiera ów obiektyw właśnie na watykańskie weekendowe uroczystości.

Obsługa takiego wydarzenia jest specyficzna. Kilku polskich fotografów leci razem z prezydentem – oraz przedstawicielami polskich partii – rządowym samolotem. Na miejscu będą mogli dokumentować wydarzenie dzięki otrzymanej wcześniej oficjalnej akredytacji. Ale ta niestety nie pozwala, aby fotoreporter poruszał po całym terenie. Nie może szukać wszędzie interesujących kadrów. Akredytowani fotografowie pracować będą w czymś, co nazywają „kojcem”. To po prostu wydzielona przestrzeń, z dobrym widokiem na centralne miejsce obchodów. Oczywistą wadą takiego rozwiązania jest fakt, że nie mogą wynurzyć się poza „kojec” i na przykład pobuszować w sektorach z wiernymi.

canon obiektyw 6

Zawsze żartobliwie mawiano, że najlepszy zoom to nogi fotografa. Bo lepiej podejść z aparatem do fotografowanego tematu niż „zbliżać” obiektywowym zoomem. Ale właśnie tu mamy do czynienia z odwrotną sytuacją. Kiedy tkwiący w „kojcu” fotograf nie może podejść bliżej, szczególnej wagi nabiera możliwość błyskawicznej zmiany ogniskowej, czyli popularnie mówiąc: zoomowania. Długi zoom – tu dzięki wbudowanemu telekonwertorowi mamy rozpiętość od 200 do 560 mm dla pełnej klatki, a dla matrycy cropowej jeszcze więcej – jest w takim przypadku świetnym narzędziem pracy. Oczywiście trzeba też pamiętać, że to obiektyw klasyfikowany przez Canona jak „L”, czyli o bardzo dobrej jakości obrazu.

Pisząc o sprzęcie można jednak zapomnieć, do czego w praktyce służy. A przecież dokumentowanie niecodziennych wydarzeń to również niezwykłe emocje. Czasami skrywane, a czasami przedstawiane z pasją.

O pracy z Janem Pawłem II znakomicie opowiadał jego osobisty fotograf, Arturo Mari. Ale swoje opowieści o emocjonujących chwilach ma też każdy, kto spotkał papieża w Watykanie.

Przy okazji kanonizacji warto uświadomić sobie jedną rzecz. Niezależnie, czy wierzymy w Boga i w jakiego, czy jesteśmy ateistami. Czy darzymy sympatią Jana Pawła II, czy jest nam obojętny. Co do jednego jednak raczej się zgodzimy: żyliśmy w tych samych czasach, co najsłynniejszy w dziejach Polak. Jest w tym coś niesamowitego.

canon obiektyw 5

Żaden Polak nigdy w historii nie był tak popularny, jak Jan Paweł II. I nigdy tak wielu ludzi na świecie nie słyszało o Polsce. Oczywiście najczęściej nie była to jakaś pogłębiona wiedza o naszej ojczyźnie. Ale nawet drobne przejawy sympatii na drugim końcu świata wobec Polaków, rodaków papieża, były miłe, bo ludzie na świecie zwykle niewiele wiedzą o krajach, które leżą poza ich kontynentem. Tymczasem choćby wielu mieszkańców Ameryki Południowej dowiedziało się, że istnieje coś takiego jak Polska. A ilu Polaków potrafi wymienić wszystkie kraje Ameryki Południowej?

Sprzęt, którym się pasjonujemy, ma tylko o tyle znaczenie, o ile pomaga rozwijać się nam samym albo naszym emocjom. Budząc je, zapisując, przypominając. Czasami dzięki niemu możemy zarejestrować coś wielkiego. A przy okazji uczestnicząc w tak poważnych uroczystościach, jak watykańskie, możemy poczuć się malutkim, jak niewielki „kompakt” Fuji przy olbrzymim obiektywie Canona.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje naPiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst