Pirackie kasety z lat 90. były okropne. A i tak mają więcej uroku niż sterylny streaming
Brzydkie, pełne błędów, dalekie od wizji artysty, a jednak jest na czym zawiesić oko.

Dla każdego kolekcjonera najcenniejsze zbiory to zapewne białe kruki, wydania, które ukazały się w skromnych liczbach albo z błędem czy inną wadą, wyróżniającą egzemplarz od innych, normalnych. Niby trudno zachwycać się produktem masowym, jakim była nieoficjalna - albo piracka - kaseta wypuszczona na polski rynek w latach 90. A jednak jestem pod wrażeniem.
Na jednym z serwisów znalazłem trzy kasety mojego ulubionego artysty. Udało mi się nawet wytargować lepszą cenę. Eksponaty są wyjątkowe, bo ze zmienionymi okładkami i własnym graficznym stylem. Lepiej, żeby osoby projektujące oryginał nie wiedziały o istnieniu tych dzieł. Motyw przewodni, znany z pierwowzoru, potraktowany został jako coś, co trzeba odbębnić, dodać z musu, bo tak wypada. Nie okładka jest tu najważniejsza, ona ma się po prostu dopasować do stylu wydawnictwa.
Doceniam praktyczność kasety "Kill Uncle". Jedna czwarta okładki to informacje o wydawcy, artyście i samym albumie. To nic, że ta sama nazwa i tak jest na oryginalnym plakacie - projektant polskiego kasetowego wydania uznał, że kolekcjonerowi wygodniej będzie odszukać dane nagranie np. w szufladzie, jeśli najważniejsze informacje znajdą się wyżej i będą nieco bardziej czytelne.

Polskie wydanie kontra zagraniczne, kupione w irlandzkim lumpeksie
Jeśli narzekacie, że w dobie AI wszystko jest do siebie podobne i w jednym stylu, to możecie pocieszać się, że to nawiązanie do szalonych lat 90. Pamiętam, że większość kaset tak właśnie wyglądała - ten sam graficzny styl, kolorystyka, oryginalna okładka pomniejszona i ledwo widoczna.

Tego samego napisu używano pewnie do kaset disco-polo, produkcji dla dzieci, wschodzących polskich gwiazd pop czy metalowych kapel. Być może na taśmie nagrane są mroczne ballady, ale i tak będzie można odnieść wrażenie, że to album country. Sami przyznajcie - nie kojarzy się to z kowbojskimi klimatami?

Ciekawe, o guście jak wielu osób zadecydowała ta jednorodna stylistyka. Ktoś myślał, że to na pewno kolejna kaseta z piosenkami disco-polo albo śląskimi szlagierami - w końcu czerwone i żółte napisy kojarzą się biesiadą - a w domu nagle poznawał, czym jest britpop.
Naprawdę urocze są drobne błędy, literówki
Nagle zapomniano o jednym "s" w nazwisku. "The Harsh Truth of the Camera Eye" to w moim kasetowym wydaniu "The Marsh Truth of the Camera Eye". Błędny tytuł wydrukowano we wkładce, jak i nalepce na kasecie. To był bajer, bo dwie inne kasety takich precyzyjnych informacji już nie mają. Może się zresztą okazać, że w środku wcale nie ma tam Morrisseya.

"Your Arsenal" ma pomieszaną kolejność utworów, podobnie jak "Vauxhall And I". Widocznie przegrywający uznał, że wie lepiej, jak powinna brzmieć płyta i dokonał autorskiej modyfikacji.
Dziś można się z tego śmiać, ale to naprawdę był dziki zachód. Paweł Kowalewicz w tekście opublikowanym na łamach portalu Legalna Kultura pisał, że nieoficjalne kasety magnetofonowe osiągnęły swój szczyt w latach 1990-1993. Były dostępne niemal wszędzie, a "ich dystrybucją zajmowały się wydawnictwa korzystające z braku regulacji prawno-autorskich".
Oczywiście, katalogi tych "wydawnictw" były eksploatowane bez uprzedniego załatwienia licencji, natomiast należy również podnieść, iż do 1994 r. - czyli do wprowadzenia do polskiego obrotu prawnego pojęcia "praw autorskich" - nikt takimi licencjami się nie przejmował, a rodzimi przedsiębiorcy zgarniali ogromne pieniądze. Wystarczyło zaopatrzyć się w "czyste" nośniki, ogarnąć poligrafię (ubogie, amotorsko projektowane okładki, o wkładkach z tekstami czy zdjęciach należy zapomnieć), a następnie piracki produkt przekazać do dystrybucji. Proste? - mogliśmy przeczytać.
Błędy, literówki, charakterystyczny styl graficzny - to wszystko po latach wydaje się zabawne i urocze, a chodziło przecież o to, aby towar jak najszybciej wypuścić na rynek i na nim zarobić. Wizja artysty, dostęp do informacji? To schodziło na dalszy plan. Niech się ludzie cieszą, że mogą posłuchać muzyki.
Ciekawe, czy za 20 czy 30 lat z takim samym rozrzewnieniem będziemy podchodzili np. do piosenek generowanych przez sztuczną inteligencję. Dziś wydaje się to zmorą i poważnym problemem, ale może w przyszłości wyda się to absurdalną, ale jednak zabawną fanaberią.
Albo wszystkie te grafiki pełne błędów, artefaktów w postaci dłoni z siedmioma palcami - i one będą miały podobny urok, co nieoficjalna kaseta z lat 90.?
Zdjęcie główne wygenerowane przy pomocy SI.



















