USA zużyły ogromną część kluczowej amunicji. Polska szuka planu B
Siedem tygodni - zaledwie tyle wystarczyło, aby amerykańska machina wojenna dostała poważnej zadyszki. Intensywny konflikt z Iranem obnażył brutalną prawdę o potędze militarnej Stanów Zjednoczonych. Najnowocześniejsza broń kończy się w zastraszającym tempie. Dlatego europejskie kraje, w tym Polska, zaczynają szukać alternatyw.

Z najnowszych, niepokojących analiz wynika, że Pentagon zużył tak ogromne ilości precyzyjnej amunicji, że w perspektywie najbliższych lat USA mogą stanąć przed widmem pustych magazynów. Z perspektywy globalnego bezpieczeństwa to prawdziwy koszmar.
O ile na utrzymanie w szachu Teheranu rakiet jeszcze wystarczy, o tyle w przypadku ewentualnego starcia z potęgą pokroju Chin, Waszyngton ma dziś potężny problem.
Matematyka zniszczenia. Arsenał znika w oczach
Zestawienie strat w amerykańskim asortymencie uderzeniowym i obronnym przyprawia o zawrót głowy. Z analiz przeprowadzonych przez ekspertów z Center for Strategic and International Studies (CSIS), które w pełni pokrywać mają się z niejawnymi danymi amerykańskiego Departamentu Obrony, wyłania się obraz głębokiej wyrwy w systemie bezpieczeństwa.
Zaledwie w ciągu kilkudziesięciu dni wojny amerykańskie wojsko zdołało wystrzelać niemal połowę swoich zapasów najnowocześniejszych rakiet przechwytujących systemu Patriot oraz systemów THAAD, zaprojektowanych do niszczenia pocisków balistycznych w najwyższych partiach atmosfery. To kluczowe technologie, które chronią wojska i infrastrukturę przed atakami z powietrza.
Jakby tego było mało, z magazynów zniknęło co najmniej 45 proc. precyzyjnych pocisków uderzeniowych (Precision Strike Missiles). Oberwało się także broni dalekiego zasięgu, będącej dotąd dumą amerykańskiej marynarki i sił powietrznych.
Z dymem poszło około 30 proc. potężnych Tomahawków, a zapasy rakiet powietrze-ziemia JASSM oraz zaawansowanych pocisków SM-3 i SM-6 skurczyły się o jedną piątą.
Problem w tym, że tej broni nie da się kupić z półki w supermarkecie. Mimo podpisania na początku roku serii lukratywnych kontraktów mających na celu potężne rozkręcenie linii produkcyjnych, fabryki zbrojeniowe potrzebują czasu. Według specjalistów CSIS i źródeł zbliżonych do Pentagonu, odtworzenie tych konkretnych systemów uzbrojenia zajmie od trzech do nawet pięciu lat.
Cykl produkcyjny rakiet nośnych Mk 72 i silnika głównego Mk 104 do pocisków przeciwlotniczych SM-6 wynosi 33 miesiące, a cykl produkcyjny systemu naprowadzania wynosi obecnie 36 miesięcy.To tylko jeden z przykładów.
To pokazuje, ze nawet jeśli teraz firmy zbrojeniowe wrzucą najwyższy bieg, rakiety nie wyjadą prędko z fabryk.
Pacyfik drży, a Pekin uważnie notuje braki
Analitycy biją na alarm, bo chociaż w ujęciu krótkoterminowym Waszyngton wciąż posiada wystarczającą siłę ognia, by kontynuować operacje bojowe przeciwko Iranowi, zwłaszcza jeśli obecny, niezwykle kruchy rozejm legnie w gruzach, to strategiczna pozycja USA na świecie uległa osłabieniu.
Raport CSIS nie pozostawia złudzeń. Obecne zasoby krytycznej amunicji przestały być wystarczające do podjęcia równorzędnej walki z tak zwanym przeciwnikiem niemal dorównującym (near-peer adversary), na przykład z Chinami.
Mark Cancian, emerytowany pułkownik amerykańskiej piechoty morskiej i współautor opracowania, powiedział, że "tak gigantyczne zużycie amunicji stworzyło niezwykle niebezpieczne okno podatności na ataki w zachodniej części Oceanu Spokojnego. Powrót do stanu sprzed wojny i rozbudowa arsenału do bezpiecznego poziomu to kwestia wielu lat wyrzeczeń".
Sytuacja ta budzi ogromne zaniepokojenie na Kapitolu. Przedstawiciele Partii Demokratycznej głośno kwestionują tempo zużywania najdroższej amerykańskiej technologii w obliczu specyfiki irańskiego zagrożenia.
Senator Mark Kelly z Arizony w rozmowie z CNN nazwł obecną sytuację brutalnym problemem matematycznym. Iran posiada ogromne rezerwy tanich dronów z rodziny Shahed oraz pocisków balistycznych krótkiego i średniego zasięgu. W pewnym momencie wojna na wyczerpanie staje się nierentowną wymianą ciosów, w której brakuje odpowiedzi na kluczowe pytanie: skąd wziąć kolejne pociski do obrony przeciwlotniczej, gdy niebo zasypią roje tanich bezzałogowców - mówi senator.
Więcej na Spider's Web:
Oficjalny optymizm i ciche błaganie o miliardy
Tymczasem narracja płynąca z oficjalnych kanałów rządowych mocno kontrastuje z chłodnymi wyliczeniami analityków i obawami wojskowych. Główny rzecznik Pentagonu, Sean Parnell, w oświadczeniach dla mediów zachowuje stoicki spokój, przekonując, że armia dysponuje głębokim arsenałem i posiada wszystko, co niezbędne do wykonania każdego rozkazu prezydenta.
Ten urzędowy optymizm jest jednak trudny do obrony w zderzeniu z faktami i zakulisowymi ruchami administracji.
Jeszcze przed wybuchem konfliktu najwyżsi dowódcy wojskowi, w tym generał Dan Caine, pełniący funkcję Przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, lojalnie ostrzegali prezydenta Donalda Trumpa. Wskazywali jasno, że przedłużająca się kampania zbrojna dramatycznie uszczupli strategiczne zapasy państwa, co w konsekwencji może bezpośrednio uderzyć w militarne wsparcie udzielane sojusznikom, takim jak Izrael czy Ukraina.
Sam Donald Trump w swoim stylu odpiera zarzuty o kurczących się zasobach, twierdząc, że Ameryka z najwyższej klasy uzbrojeniem nie ma problemu i stara się je oszczędzać. Słowa te padają jednak w tym samym momencie, w którym Biały Dom prosi o potężne, dodatkowe fundusze na produkcję rakiet, tłumacząc to niewielką ceną za utrzymanie absolutnej dominacji militarnej na świecie.
Z perspektywy podatnika i obserwatorów geopolitycznej szachownicy, ta niewielka cena oznacza w rzeczywistości wyścig z czasem, którego Stany Zjednoczone mogą nie wygrać, jeśli globalny konflikt wybuchnie wcześniej, niż fabryki zbrojeniowe zdążą nadrobić wieloletnie zaległości.
Amerykańska zadyszka zmusza Warszawę do działania
Co to wszystko oznacza dla Polski? Mówiać wprost, powinniśmy szukać alternatywy. I to w przyspieczonym trynie. Nasz kraj stawia w tej sprawie pierwsze kroki zerkając na Francję. Zorganizowany 20 kwietnia pierwszy Dzień Przyjaźni Polsko-Francuskiej, będący bezpośrednim efektem ubiegłorocznego traktatu o współpracy, przyniósł znacznie więcej niż tylko dyplomatyczne uściski dłoni w blasku fleszy.
Choć w oficjalnych komunikatach przewijały się tematy gospodarki czy kultury, to analitycy zbrojeniowi natychmiast wyłapali z pomeczowej deklaracji jeden, niezwykle istotny szczegół. Dokument kładzie gigantyczny nacisk na wspólną "obronę powietrzną i przeciwrakietową". W obliczu globalnych zawirowań, to zdanie brzmi jak zapowiedź małego trzęsienia ziemi w polskiej armii.
Nie jest tajemnicą, że budowa wielowarstwowej tarczy chroniącej polskie niebo opiera się w głównej mierze na amerykańskich systemach Patriot. Problem w tym, że Stany Zjednoczone, zaangażowane w uzupełnianie własnych, drastycznie kurczących się zapasów oraz wspieranie sojuszników na innych kontynentach, łapią produkcyjną zadyszkę.
Opóźnienia w realizacji kontraktów stają się faktem, a Polska nie ma luksusu czekania latami na domknięcie swojego systemu obrony. Wyróżnienie kwestii obrony przeciwrakietowej na gdańskim szczycie rodzi więc w pełni uzasadnione pytanie, czy rząd w Warszawie właśnie rozpoczął poszukiwania potężnej alternatywy, która załata ewentualne dziury i uzupełni amerykański sprzęt?
Jeśli Polska faktycznie rozgląda się za systemem, który mógłby stanąć ramię w ramię z Patriotami, wybór na Starym Kontynencie jest niezwykle mocno ograniczony. Właściwie jedyną sensowną, w pełni europejską opcją o odpowiednich parametrach jest francusko-włoski system SAMP/T.

To niezwykle zaawansowana technologicznie broń, sprawdzona już w warunkach bojowych, która doskonale wpisuje się w plany budowania niezależnych, europejskich zdolności obronnych. Francja od dawna lobbuje za tym rozwiązaniem, a teraz, przy zacieśniających się relacjach na linii Warszawa-Paryż, francuskie rakiety mają realną szansę trafić nad Wisłę.
Co więcej, ewentualne zamówienia na ten sprzęt nie musiałyby drastycznie drenować krajowego budżetu, eksperci wskazują, że zakupy mogłyby zostać sfinansowane z wykorzystaniem unijnych środków w ramach funduszu SAFE. To argument, obok którego trudno przejść obojętnie.
Wciągnięcie francuskiego przemysłu zbrojeniowego do modernizacji polskiej armii, chociażby poprzez ewentualny zakup baterii SAMP/T, byłoby nie tylko ruchem czysto militarnym, ale potężnym sojuszem politycznym. Zabezpieczyłoby to polskie niebo w momencie amerykańskich problemów z podażą, jednocześnie cementując pozycję Warszawy jako jednego z najważniejszych filarów obronnych zjednoczonej Europy.



















