Potrzebujesz alternatywy dla streamingu. Najlepiej na twojej ulicy
Powrót do płyt DVD, CD czy winyli to już fakt, ale jeśli faktycznie chcemy odrodzenia po rozczarowaniu streamingami, to potrzeba czegoś więcej.

Na polskim Reddicie jedna z użytkowniczek zadała pytanie, czy "ruch fizycznych nośników dotarł do Polski?". Dywagacja jest nieprzypadkowa, bowiem renesans można zaobserwować gołym okiem. Niedawno Maciej Gajewski pisał, że na świecie kupuje się coraz więcej filmów na płytach. Powód jest prosty: ludzie mają dość streamingu. Według najnowszego raportu Digital Entertainment Group sprzedaż UHD Blu‑ray w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 12 proc. rok do roku.
Próba zastanowienia się, czy wiatr zmian dotarł też do Polski, jest teoretycznie jak najbardziej na miejscu, ale mnie pytanie jednak nieco obruszyło. W końcu nie może dotrzeć coś, co wcale nas nie opuściło. No dobra, dawne kolekcje przeniesione zostały do piwnic czy strychów, być może to my wyruszyliśmy w drogę, ale one ciągle tu były. Nigdzie się nie wyniosły, więc i nie mają skąd wracać.
Moja perspektywa może być krótkowzroczna, bo kończąca się na moim nosie. Dalej kupuję płyty (winyle i CD), a nawet kasety. Z powodów kolekcjonerskich mam też kilka wydań VHS. I choć pewnie nie jestem w większości, to tę bliską obecność nośników podświadomie czuję. I nawet ostatnio dostałem dowód. Znajomy chciał odświeżyć sobie film, ale uznał, że na platformach streamingowych na pewno go nie znajdzie. Przypomniał sobie jednak, że przecież lata temu kupił go na DVD. Wystarczy tylko odszukać torbę, w której płyta się znajduje i po problemie. No właśnie – czyli potrzebny jest ten symboliczny krok wstecz, powrót do nośników leżących gdzieś w kącie czy cieniu, odkurzenie grubej warstwy kurzu.
To oczywiście jednak jest perspektywa bardzo krótkowzroczna, bo trzeba mieć dokąd wrócić. Trzeba było załapać się na moment, kiedy tworzyło się własną kolekcję, a jeśli nawet się ją porzuciło, to odstawiając wcześniej w bezpiecznym miejscu, prywatnej kapsule czasu.
Nadrobienie zaległości jest trudne i łatwe jednocześnie
Łatwe, bo na portalach z ogłoszeniami można za czasami za grosze kupić wydania CD, DVD czy nawet VHS, o ile nie jest to żaden biały kruk. Trudne, bo więksi gracze wyczuli, skąd wieje wiatr, i rozumieją, że sentymentalnie nastawieni klienci gotowi są zapłacić sporo za kolekcjonerskie wydanie, reedycję z dodatkowym utworem albo innym bonusem. Nie krytykuję, nie oceniam, sam przykładam do tego rękę, zamawiając jeden album w trzech wydaniach (winyl, CD, kaseta, z czego te dwie ostatnie z alternatywną okładką, więc sami rozumiecie!). A w zasadzie to czterech, bo jeszcze cyfrowa, z dwoma utworami, które na nośnikach ani streamingach – jeszcze – nie ma. A jak wyjdzie edycja deluxe, zawierająca właśnie te dwa numery, to rzecz jasna też ją kupię. Na fanatyzm nie ma leków.
Powrót do nośników, będący dla wielu wciąż dziwnym zachowaniem małych i nielicznych baniek, argumentowany jest lepszą jakością i przede wszystkim stabilnością. Owszem, płyta może się zepsuć, porysować i zapodziać, ale jeśli się o nią dba, to będzie. A film, serial czy album jednego dnia w sieci jest, drugiego go nie ma i pisz pan na Berdyczów.
Kuszące jest też wyjście z cyfrowej bańki, przebicie się przez stosy proponowanych i sugerowanych rzeczy, otwarcie się na pewną losowość i nieprzewidywalność. Jak często zdarza wam się dziś posłuchać coś lub obejrzeć zupełnym przypadkiem, niekoniecznie z polecenia, ale dlatego, że spodobał wam się opis, okładka czy plakat?
Żeby jednak móc uwolnić się od algorytmów, trzeba mieć gdzie się ukryć. Ktoś musi nas przygarnąć. Fundamenty swojej filmowej kolekcji – a poniekąd również swojego gustu – postawiłem dzięki sprzedawcom, którzy handlowali płytami w nieistniejących już przejściach podziemnych w centrum Łodzi. Na turystycznych stolikach, tuż obok stoisk z pończochami i butami, wystawiali filmy, które wcześniej dodawane były do gazet. Taki film kosztował 5 zł, więc zawsze wracałem z Łodzi z 2-3 nowymi tytułami. Nie były to może specjalnie kolekcjonerskie wydania, ale były. I choć dzisiaj są gdzieś na strychu w rodzinnym domu, to wiem, że przynajmniej w teorii mogę wrócić do produkcji, których na streamingach nie ma.
Z tych zakupów najbardziej zapamiętałem jednak fakt, że nie wiedziałem, co wezmę. Oczywiście sugerowałem się nazwiskami reżyserów, których wypadałoby znać, ale mimo wszystko to był skok w nieznane. Nie wiedziałem, czy film będzie dobry, czy nie – ryzykowałem.
Problem w tym, że powtórzenie tego jest dzisiaj niemożliwe. Możesz chcieć postawić na fizyczne wydania, ale gdzie ich szukać?
Na palcach jednej ręki można policzyć dzisiaj sklepy z płytami z muzyką. W Łodzi to głównie antykwariaty, koncentrujące się na używanych wydaniach. Znam tylko jedną sieciówkę, która sprzedaje muzykę stacjonarnie (filmów już raczej nie ma), ale od ręki dostępne są tylko największe gwiazdy albo najpopularniejsze tytuły. Resztę trzeba zamówić przez internet, na życzenie. Wybór jest faktycznie ogromny, ale to nie tak, że wejdę, podejdę do półek i zachłysnę się możliwościami.
Z doświadczenia wiem, że w innych polskich miastach jeśli jest lepiej, to tylko niewiele. Nie ma sklepów koncentrujących się na danym gatunku, na specyficznych nowościach, których nie ma nigdzie indziej. I nawet jeśli nigdy tak nie było, to czy - przynajmniej w teorii - nie otwiera się okno nowych możliwości?
Wizja, że coraz więcej osób będzie wracało do fizycznych nośników, jest bardzo sympatyczna, ale pomija bardzo istotną rzecz. Koncentruje się na rozproszonych jednostkach, które zamawiają sobie płyty w sieci i budują prywatne kolekcje.
Jeżeli ten powrót do nośników ma mieć prawdziwie odświeżający wymiar, powinien skoncentrować się na (od)budowie lokalnych społeczności, małych sklepików, których właściciele ściągają różne tytuły i prowadzą coś na wzór działalności kuratorskiej. To powinna być prawdziwa odpowiedź na rozczarowanie się erą streamingu, która wprawdzie oczarowała bogactwem wyboru, ale szybko okazało się, że w dużej mierze zachwycamy się iluzją wyboru, potencjalnością, a nie samymi treściami. Nie chodzi wyłącznie o to, co konsumujemy, ale też jak.
Tak jak kiedyś królowały wypożyczalnie kaset i płyt, tak teraz powinni wyłonić się ich następcy
Jednym z moich ulubionych momentów bycia w nieznanym mi mieście to wkroczenie do sklepu z płytami i przeglądanie pudełek czy szuflad z muzyką lokalną, historyczną, ale i współczesną. W zagranicznych miastach takich sklepów wciąż jest wiele, u nas ciągle ich brakuje. Nie muszę niczego kupować, wystarczy mi, że przez chwilę będę wodził wzrokiem po obcych nazwach. Już samo to jest bardzo odświeżające. Pewnie też dlatego, że rzadko mam ku temu okazję.
Nie wiem, czy powstanie podobnych miejsc jest możliwe. Pewnie nie, nawet przy trwającym renesansie fizycznych nośników. W polskich miastach obserwujemy przecież coś odwrotnego: zanik drobnych usług, w miejscu których powstają punkty dużych sieci.
Wydaje mi się, że dziś powinniśmy pytać nie o to, czy ruch fizycznych nośników do Polski wróci, ale co – i czy w ogóle – może coś zmienić. W idealnym świecie rozczarowanie algorytmami i streamingiem doprowadziłoby to rozkwitu miejsc, w których przewodnikiem jest druga osoba, a nie system rekomendacji. Obawiam się, że do niczego takiego nie dojdzie i dalej zostaną nam internetowe duże serwisy z ogłoszeniami i sieciówki. Wymkniemy się jednym gigantom, żeby wpaść w objęcia drugich. Ale przynajmniej będziemy mieli swoje płyty.
Zdjęcie główne: Steven Starr Photography / Shutterstock



















