Ekologia  / Artykuł

Porozumienie paryskie to za mało - gwałtowna zmiana w polityce Stanów Zjednoczonych

Picture of the author

John Kerry, specjalny wysłannik prezydenta ds. Klimatu, powiedział w niedzielę, że obecne cele wynikające z porozumienia klimatycznego z Paryża nie wystarczą, aby zrealizować misję ograniczenia temperatury Ziemi.

— Dotychczasowe cele były nieadekwatne … Cel, jakim jest osiągnięcie ograniczenia wzrostu temperatury na Ziemi o 1,5˚ (C), jest absolutnie właściwym celem, ale obecne obietnice państw w porozumieniu paryskim są niewystarczające, aby to osiągnąć - powiedział John Kerry w wywiadzie dla CNN.

Stany Zjednoczone nie będą już klimatycznym denialistą

Okres rządów Donalda Trumpa zaowocował wieloma kontrowersyjnymi decyzjami w sprawie ochrony środowiska. Najważniejszą z nich było ogłoszenie wycofania się Stanów Zjednoczonych z tzw. Porozumienia Paryskiego. Trump zresztą tego zamiaru nigdy nie ukrywał - zamiar opuszczenia Porozumienia został ogłoszony w połowie 2017 r.

Nie była to jedyna decyzja w sprawie zaniechania starań dotyczących ochrony środowiska. Przez cały okres sprawowania urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych nazywał on ekologów prorokami zagłady, a wszelkie ostrzeżenia przed globalnym ociepleniem określał mianem bzdur czy też po prostu chińskiej mistyfikacji.

Do tego w trakcie zeszłorocznej kampanii były już prezydent USA zapowiadał na przykład, że po wygranej zlikwiduje ustawę Clean Power Act uchwaloną jeszcze za czasów Baracka Obamy. Jej celem było ograniczenie zanieczyszczenia powietrza (chodziło głównie o smog) o 25 proc. dzięki zastosowaniu nowych technologii w elektrowniach.

Na jednym z wieców wyborczych Trump całkiem poważnie stwierdził również, że nie ma sensu utrzymywać Agencji Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency) i że po wyborach trzeba będzie ją zlikwidować. Razem ze wszystkimi ustanowionymi przez nią normami i przepisami dotyczącymi ekologii. Brzmi jak absurd, ale to prawda. Naukowcy i aktywiści ostrzegali, że zrealizowanie tego scenariusza oznaczałoby na przykład ponowne zalegalizowanie metod utylizacji związków chemicznych zawierających rtęć polegających na beztroskim spuszczaniu ich do rzek i zbiorników wodnych.

Nowy Prezydent USA na szczęście w globalne ocieplenie wierzy

Joe Biden jeszcze podczas swojej kampanii prezydenckiej w 2020 r. twierdził, że poprze chociażby wprowadzenie podatku węglowego jako opcję walki z kryzysem klimatycznym. Kandydat demokratów nie ukrywał również, że jego program dotyczący energetyki zakłada stopniowe odejście od paliw kopalnych, zwiększenie inwestycji w odnawialne źródła energii i osiągnięcie neutralności klimatycznej. Biden jest zresztą pionierem, jeśli chodzi o polityków przejmujących się klimatem - już w 1986 r., kiedy był jeszcze kongresmenem, proponował on pierwszy pakiet regulacji dla klimatu.

Teraz najważniejszym elementem strategii prezydenckiej Bidena jest program o nazwie Clean Energy Revolution, który opiera się na wieloletnich inwestycjach, które według założeń mają osiągnąć wartość prawie 7 bilionów dolarów. Pieniądze te mają zostać zainwestowane przede wszystkim w odnawialne źródła energii, którymi prezydent chce w pełni zastąpić produkcję prądu z paliw kopalnych. W Clean Energy Revolution pojawiają się również wzmianki o wodorze, który mógłby stać się zieloną alternatywą dla gazu wydobywanego z łupków.

Jeśli chodzi o atom, to intencje nowego prezydenta są nieco trudne do odczytania – o tego rodzaju energii wspominał on tylko w kontekście zabezpieczenia dostaw energii do kluczowych sektorów amerykańskiej gospodarki i doprecyzowania kwestii odpadów z tego rodzaju elektrowni. Być może Biden poprze oficjalnie budowę małych reaktorów, które są o wiele mniej problematyczne w obsłudze niż duże elektrownie jądrowe. Tego jednak na razie nie wiemy.

Tak samo jak nie wiemy, ile z tych deklaracji padło tylko w ramach wyścigu o fotel prezydencki, a ile z nich zostanie realnie zrealizowanych. Na pewno podczas oficjalnych wystąpień Bidena nie będziemy już słyszeć o chińskich mistyfikacjach w sprawie zmian klimatycznych ani o nazywaniu ekologów prorokami zagłady. To bardzo dobrze, że prezydent najpotężniejszego supermocarstwa na świecie wierzy w naukę i przejmuje się przyszłością naszej planety. Stany Zjednoczone mają bowiem realny wpływ na politykę wielu krajów. W tym również na politykę klimatyczną.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst