Sprzęt  / Recenzja

Małe, czarne pudełeczko, które sprawi, że już nigdy nie zgubisz niczego

Malutkie, niepozorne, czarne, plastikowe pudełeczko. Mniejsze niż pudełko zapałek i wielokrotnie od niego droższe. A jednak w wielu sytuacjach dużo bardziej przydatne. Poznajcie Beenode.

Co to jest?

Nie bawiąc się w rozciągłe opisy - niesamowicie kompaktowe urządzenie do pilnowania naszych rzeczy i... naszego telefonu.

Zasada działania jest banalnie prosta i dobrze wszystkim znana - parujemy sprzęt z telefonem i dedykowaną aplikacją, po czym jeśli połączenie zostanie utracone (czyli wyjdziemy poza zasięg Bluetooth, wykorzystywany przez Beenode), na telefonie wyświetli się odpowiednie powiadomienie.

W kwestii budowy zewnętrznej nie ma wiele do opisywania. Plastikowe pudełko zamykane jest na zatrzask - otwieramy je jednak tylko raz na 6 miesięcy, żeby wymienić bateryjkę. Poza tym mamy na obudowie jeden duży przycisk i otwór na przeciągnięcie np. breloczka od kluczy.

Do czego to może się przydać?

Biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary Beenode'a, jego niewielką masę oraz oczko do przyczepiania np. do kluczy czy plecaka - może się przydać do monitorowania niemal wszystkich wartościowych dla nas przedmiotów. Tylko od nas zależy, do jakiego sprzętu czy np. części garderoby go przymocujemy.

Naprawdę jest taki mały i lekki?

Tak, Beenode jest wręcz mikroskopijny, a jego masa całkowicie pomijalna (10 g). Jest mniejszy i lżejszy od zwykłego kluczyka samochodowego i z łatwością wrzucimy go do każdej, nawet najmniejszej kieszonki plecaka, torby, spodni czy torebki.

I nawet nie będziemy wiedzieć, że jest przy nas. Dopóki oczywiście nie oddalimy się od tak oznaczonego przedmiotu na wystarczającą odległość.

I co wtedy się dzieje?

Otrzymujemy powiadomienie na telefon, o ile znajdziemy się poza zasięgiem Beenode przez więcej niż 2 minuty (można wyłączyć w ogóle powiadamianie o rozłączeniu, jeśli mamy na to ochotę).

Dlaczego akurat 2 minuty (i tego ustawienia nie można zmienić)? Prawdopodobnie po to, żeby uniknąć nadmiaru fałszywych informacji o zerwaniu łączności, które dotykały np. polskiego Wooleta. Przy czym ma to swoje wady i zalety. Beenode faktycznie nie zasypuje nas niepotrzebnymi powiadomieniami, ale z drugiej strony, kiedy szybko wychodzimy z domu, możemy wsiąść do samochodu i odjechać np. bez portfela (tak, tam też się zmieści) czy torby, dopiero po chwili otrzymując powiadomienie. To samo np. w trakcie biegania - po 2 minutach możemy być już sporo od naszego zgubionego sprzętu.

A jeśli już zgubimy sprzęt i odbierzemy powiadomienie?

Wtedy zobaczymy na mapie ostatnią zapisaną pozycję, w której utrzymane było połączenie. I z moich testów wynika, że w większości sytuacji zapisywane jest ono poprawnie.

A jak faktycznie znaleźć zgubiony sprzęt przypięty do Beenode?

Rozwiązania mamy trzy.

Możemy skorzystać z mapy, ale jeśli Beenode'a nie przypięliśmy do czegoś dużego, to może to nie wystarczyć.

Możemy też skorzystać z radaru - tj. tych trzech zielonych kropek widocznych na powyższym zdjęciu, które symbolizują naszą odległość od przedmiotu. Ciekawe, choć wyświetlane w ten sposób informacje sprawdzają się tylko w części przypadków - czasem wyświetlane są 4 kropki, nawet wtedy, kiedy jesteśmy daleko od urządzenia, by po krótkiej chwili zmienić wskazania na 1 kropkę. Aczkolwiek, przy dużej dozie cierpliwości i determinacji (a chyba tak będzie, jeśli zgubimy coś wartościowego), może to nas naprowadzić w pobliże...

A to oznacza, że możemy skorzystać z trzeciego, najskuteczniejszego sposobu.

Ten głośnik!

Trudno mi stwierdzić, jak zostało to zrobione, ale jedno jest pewne - głośniczek zaszyty w tym małym urządzeniu jest naprawdę potężny. Czy szukałem Beenode'a na dworze, czy wewnątrz domu, zawsze udawało się go usłyszeć bez większych problemów. W pobliżu ruchliwej ulicy bywało trochę gorzej, ale i tak donośne pikanie całkiem skutecznie przebijało się przez gwar.

Dodatkowo, jeśli szukamy zagubionego sprzętu w nocy, Beenode będzie nas wspomagał malutką, kolorową diodą. Tyle tylko, że na otwartej przestrzeni raczej na niewiele się ona zda - natomiast w pomieszczeniach być może ułatwi znalezienie zguby pod stertą brudnych rzeczy.

No dobra, a to po co ten guzik?

Zastosowania są dwa.

Po pierwsze, dłuższe przytrzymanie pozwoli nam odnaleźć telefon - po prostu aktywując na nim dzwonek. Przy czym w przypadku iOS, jeśli wyciszmy urządzenie, Beenode za każdym przyciśnięciem wydobędzie z niego niestety wyłącznie pojedynczą wibrację - trzeba się więc naklikać albo nie wyciszać telefonu.

Drugie zastosowanie? Zdalne wyzwalanie migawki w aparacie telefonu. Przyznaję się - skorzystałem z tego tylko po to, żeby przetestować czy działa. I działa. I być może komuś się kiedyś przyda.

A jak sprzętowo? Bluetooth trzyma?

Zaskakująco dobrze. To jedno z pierwszych urządzeń z Bluetooth, które mogę spokojnie zostawić poza domem, w ogródku, przejść się na piętro do biura, a łączność i tak zostanie utrzymana.

Co z jednej strony jest zaletą, z drugiej może być też wadą - jeśli faktycznie zapomnimy czegoś zabrać, zostaniemy o tym powiadomieni po przejściu naprawdę sporego dystansu.

A aplikacja jak? Daje radę?

Daje. Jest nawet przetłumaczona na język polski, choć miejscami... w najlepszym wypadku nieco koślawo.

Jest też, ujmijmy to delikatnie, dość minimalistyczna od strony wizualnej. Nie wiem, czy tej kwestii nie poświęcono zbyt wiele czasu, czy poświęcono go tyle, że uznano, że taka prosta forma będzie najlepsza. W każdym razie - wodotrysków wizualnych się nie spodziewajcie.

Jeśli natomiast chodzi o funkcjonalność, to też do dyspozycji mamy tylko podstawowe opcje - dodawanie i usuwanie urządzenia, zmianę jego nazwy i aktywację/dezaktywację powiadomień, a także te wspomniane już wcześniej - mapkę, włączanie dzwonka, wyzwalanie migawki i radar.

Dużo? Mało? Absolutnie wystarczająco. Aplikacja dzięki takiej oszczędności nie jest może najpiękniejsza, ale za to działa błyskawicznie, nie zawiesza się, a jej obsługa jest intuicyjna - w tych menu po prostu nie da się zgubić, a status każdego z podłączonych urządzeń widać na pierwszy rzut oka.

A jak akumulator?

W Beenode akumulatora oczywiście nie ma - jest mała, płaska bateryjka, którą dostaniecie w każdym sklepie. Wymiana, według producenta, przypada na 6 miesięcy. Szkoda tylko, że informacji o stanie naładowania nie znajdziemy w aplikacji - jeśli sprzęt się rozładuje (a nie mam go na tyle długo, żeby doszło do tej sytuacji), po prostu rozłączy się z telefonem.

Co ciekawe, wpływ działania aplikacji na zużycie energii w naszym telefonie jest stosunkowo niewielki. Na tyle niewielki, że ani razu nie bałem się, nawet wychodząc z domu na cały dzień, że przez utrzymywanie połączenia nie uda mi się dotrwać do wieczora bez konieczności ładowania smartfona.

A odporność obudowy? Np. wodoodporność?

O tym niestety producent nie wspomina, więc nie róbcie sobie wielkiej nadziei, ale też... nie panikujcie. Kilka razy wychodząc z domu z Beenode na wierzchu, złapał mnie lekki deszcz. I sprzętowi nic się nie stało. O kompletnym zamoczeniu go czy pływaniu z nim lepiej jednak zapomnijcie.

Ta obudowa jest brzydka!

Ale i nie rzuca się przesadnie w oczy, więc lepiej sprawdzi się jako dyskretne urządzenie do monitorowania naszych dóbr. Możemy też wybrać inne wersje kolorystyczne lub dokupić od producenta specjalne naklejki, żeby zawieszka ładniej wyglądała np. przy kluczach.

Ma GPS?

Nie.

Do czegoś ci się faktycznie to przydało?

Tak. Jednym z zastosowań było zostawianie Beenode w samochodzie, żeby... wiedzieć, gdzie zaparkowałem w obcym mieście (wtedy też wyłączałem powiadomienia o rozłączeniu, bo raczej trudno zgubić samochód przypadkiem...). Trafił też do jednej z moich toreb podczas wyjazdy i spisał się dokładnie tak, jak od niego oczekiwałem. A potężny głośniczek, nawet przywalony górą ciuchów, potrafił dać o sobie odpowiednio znać.

To ile to kosztuje i czy warto?

Tanie, z pozoru - jak na kawałeczek plastiku - to to nie jest. Ale też nie ma rozboju w biały dzień. Pojedyncza sztuka kosztuje nas 25 euro - trochę mniej, jeśli zdecydujemy się zamawiać w pakietach, co zresztą ma sens - w końcu przeważnie rzeczy do monitorowania mamy kilka.

Oczywiście Beenode ma swoje wady. 2 minuty pomiędzy rozłączeniem a powiadomieniem, brak wodoodpornej obudowy czy niezbyt piękna aplikacja to jednak zdecydowanie nie powody, żeby całkowicie odrzucić ten sprzęt z listy poszukiwań, jeśli akurat czegoś takiego potrzebujemy. Jeśli przymknąć na to oko otrzymamy malutki i leciutki tracker, z potężnym głośnikiem, skuteczną aplikacją, 6-miesięcznym czasem pracy na baterii, opcją odnajdywania zagubionego telefonu, który... po prostu działa.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst