Nauka  / News

Wszyscy będziemy czerpać energię z kosmosu

Energia jest nadal droga, trudna z pozyskiwaniu a na dodatek jej wykorzystywanie i zdobywanie wzbudza kontrowersje wśród ekologów. A wszystko to na planecie orbitującej wokół praktycznie nieskończonego źródła energii, największego w promieniu milionów kilometrów.

Pozyskiwanie energii słonecznej to nie jest świeży, czy nowy pomysł. Zapewne macie gdzieś w swoim biurku „napędzany światłem” kalkulator, widzieliście też pewnie nieraz panele słoneczne. Problem w tym, że pozyskiwanie tej energii jest dość nieefektywne i niewystarczające, biorąc pod uwagę nasze potrzeby. Ziemia ma przecież atmosferę czy chmury, które blokują przekazywanie energii słonecznej. Nie bez znaczenia jest również ułomność samych paneli słonecznych czy fakt istnienia czegoś takiego, jak… noc.

A co gdyby, w myśl pomysłu Isaaka Asimova, pozbyć się tych ograniczeń i umieścić słoneczna elektrownię na geosynchronicznej orbicie? Jak informuje CNN, to przestaje być wyłącznie pomysłem w głowie pisarzy science-fiction. Jest on całkiem poważnie traktowany i rozwijany zarówno w Stanach Zjednoczonych, ale też i w Japonii, Chinach czy Indiach.

Wyobraźmy sobie wielkie stacje kosmiczne, składające się wyłącznie z paneli słonecznych, które następnie bezprzewodowo, za pomocą mikrofal, przesyłają energię na Ziemię. Energię czystą, odnawialną i bezpieczną.

To czemu jeszcze nikt tego nie zrobił?

Problemem, jak zawsze, są pieniądze. Taka kosmiczna elektrownia byłaby w stanie, przy dzisiejszym naszym poziomie wiedzy inżynieryjnej, zapewnić gigawat energii odbiornikom na Ziemi, a więc dostateczną ilość energii, by zaspokoić duże miasto. Brzmi pięknie, ale biorąc pod uwagę przelicznik kosztowy typowych misji kosmicznych, zaczynają się problemy. Za kilogram towaru wyniesionego na orbitę trzeba zapłacić, średnio, 40 tysięcy dolarów. Elektrownia kosztowałaby zatem 20 miliardów dolarów i to tylko biorąc pod uwagę koszty jej wyniesienia. Nie mówimy tu o koszcie projektu czy utrzymania.

spsalpha-space-power-concept-2011

To zbyt duża kwota, by większość z nas pojęła ogrom tej inwestycji. Uprośćmy więc to do podstawowych pojęć. Praktycznie żaden kraj nie jest w stanie ponieść tego typu kosztów z pieniędzy publicznych. To byłoby możliwe dla największych koncernów energetycznych, ale co ze zwrotem inwestycji? Korporacje planują inwestycje z bardzo dużym wyprzedzeniem, często przez długie lata ponosząc straty, by wreszcie się odkuć i zacząć zarabiać. Żadna jednak nie jest gotowa na to, by zainwestować w projekt, który zwróci się dopiero wnukom inwestorów. A ropa naftowa to łatwy zysk.

Innymi słowy, wiemy jak to zrobić. Mamy technologię, by uwolnić nas od jarzma elektrowni atomowych czy paliw kopalnych, przynajmniej częściowo. Jednak nas na to nie stać, z uwagi na abstrakcyjne pojęcie, na którym opiera się większość ziemskich cywilizacji. Z uwagi na ekonomię.

To skąd wziął się tytuł tej notki, że „tak będzie”?

Bo fundowane z publicznych pieniędzy agencje i uniwersytety się nie poddają. Pracują niezmiennie nad optymalizacją kosztów i zwiększeniem sprawności paneli fotowoltaicznych a także nad minimalizacją strat energii przy przesyle bezprzewodowym. Równolegle, inne komórki naukowe pracują nad zmniejszeniem kosztów wypraw kosmicznych, wynajdując coraz to sprawniejsze pojazdy czy rakiety wielokrotnego użytku, na czym koncentruje się Elon Musk i jego SpaceX.

W pewnym momencie bariera ekonomiczna zostanie przekroczona a budowa takich elektrowni stanie się przedsięwzięciem oczywistym do popełnienia. To z kolei zrodzi bardzo ciekawe konsekwencje w sytuacji międzynarodowej. Wiele krajów opiera swoją gospodarkę na konwencjonalnych źródłach energii a zarazem nie jest w stanie podjąć się tak skomplikowanego i zaawansowanego projektu, jakim jest kosmiczna elektrownia. Geopolityczny układ sił ulegnie diametralnej zmianie. Obyśmy tylko to przetrwali, bez wywoływania wojny światowej…

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst