Nauka  / Felieton

Apple ma równie dobre patenty na technologie co na… podatki

Powszechnie wiadomo, że Apple zatrudnia światową czołówkę inżynierów i designerów, a w dziedzinie technologii z pasją kolekcjonuje patenty. W ostatnich dniach opinia publiczna dowiedziała się także, iż spora część owych inżynierów studiowała finanse i rachunkowość.

Każdy przedsiębiorca wie, że sam dobry produkt czy usługa nie gwarantuje sukcesu. Ważna jest też strona księgowa, co staje się szczególnie istotne, gdy firma jest notowana na giełdzie, a wgląd w jej księgi finansowe jest publiczny. Ponadto Apple jest spółką, która działa na wielu kontynentach, co wymaga szczególnej optymalizacji podatkowej i zatrudnienia inżynierów finansowych oraz zastępu księgowych i prawników.

W kręgach finansowych struktura bilansu Apple od dawna budziła pytania,

gdyż spółka trzyma na kontach miliardy dolarów, które z punktu widzenia biznesowego marnują się: nie są wykorzystane na nowe inwestycje, akcjonariusze nie otrzymywali ich w formie dywidendy, a dodatkowo ograniczają użycie tarczy podatkowej. Powstawały nawet liczne spekulacje co do tego nad jakim nowym projektem pracuje firma, a mowa była o telewizji, samochodach czy nowej siedzibie.

W ostatnich dniach struktura finansów Apple trafiła na pierwsze strony gazet. Wcześniej firma ogłosiła, że wykupi część własnych akcji z giełdy, na co w przeciągu dwóch lat wyda 100 miliardów dolarów. Co ważne, pomimo że Apple ma znacznie więcej pieniędzy w gotówce na swoich kontach to jednak postanowiła finansować się długiem, emitując pierwszy raz od 1996 roku obligacje. Szybko pojawiły się pytania, jaki jest sens pożyczać pieniądze skoro konto pęka w szwach. Diabeł jak zawsze czai się w szczegółach: spośród 145 miliardów dolarów, które Apple ma na swoim rachunku, aż 102 miliardy umiejscowione są w tzw. rajach podatkowych. W efekcie, gdyby spółka chciała skorzystać z tych pieniędzy do wykupu własnych akcji musiałaby zapłacić w USA 35% podatek. Oznacza to w uproszczeniu, że na wykup wyda nie 17 miliardów tylko 26 miliardów, z czego 9 trafi do amerykańskiego urzędu podatkowego.

corporate taxes

Obok takiej sumy obojętnie nie mogą przejść ani władze spółki, ani amerykańscy podatnicy, którzy w kolejnym roku kryzysu zaciskają pasa, szukając wszędzie oszczędności. Co więcej, amerykański Internal Revenue Service, czyli podmiot zajmujący się m.in. ściąganiem podatków, wyliczył, że Apple pomiędzy 2009 a 2012 r. uniknęło zapłaty daniny w USA na kwotę co najmniej 74 mld USD. W ubiegłym roku firma zapłaciła w Stanach 6 miliardów dolarów, co już uczyniło ją jednym z największych płatników korporacyjnych w tym kraju.

Obecnie szef firmy, Tim Cook, broni spółki przed Kongresem USA i nie chodzi tutaj tylko o ogromne pieniądze.

Praktyka stosowana przez Apple jest powszechnie wykorzystywana przez innych światowych gigantów, spośród których wystarczy wymienić Google, Microsoft, Amazon czy Facebook. I choć optymalizacja jest powszechnie stosowana w świecie finansów to fakt, że amerykańska firma nie płaci zdecydowanej większości podatków u siebie zaczyna coraz bardziej angażować lokalne społeczeństwo. Co ważne, Tim Cook w Kongresie postawił na transparentność, wprost przyznając, że prowadzą optymalizację podatkową, robią to w pełni legalnie i w granicach prawa, bez używania „księgowych sztuczek”. CEO argumentuje, że wysoka stawka podatkowa w USA, która wynosi 35%, wobec choćby 12,5% w Irlandii, czyni amerykańskie spółki, które chcą działać na arenie międzynarodowej, mniej konkurencyjnymi i w zasadzie zmusza je do szukania drogi do optymalizacji tak, aby nadal mogły utrzymać pozycje lidera. Ponadto w samym 2012 roku międzynarodowe operacje stanowiły ponad 60 procent całkowitych przychodów firmy. Z dotychczasowego dochodzenia wynika, że część z zagranicznych spółek zależnych Apple nie zatrudniało pracowników i służyło jedynie do celów podatkowych. Mówiąc wprost, firma płaci podatki tam, gdzie są dla niej korzystniejsze, co dla samych akcjonariuszy jest pozytywnym sygnałem.

Sposobów na obniżenie wysokości daniny płaconej do urzędów skarbowych jest wiele, a nad poprawnością i legalnością tego typu operacji czuwają liczne działy księgowe, finansowe i prawne. W Europie trafny przykład takich operacji daje Starbucks. W minionym roku Wielka Brytania zorientowała się, że pomimo ogromnej popularności tej kawiarni na Wyspach, firma przez 13 lat wykazywała tam stratę. Jak podliczyła agencja Reuters, Starbucks od 1998 r. zapłacił w Wielkiej Brytanii tylko 8,6 mln funtów, podczas gdy sprzedał kawę za… 3,1 miliarda funtów. Choć firma próbowała się tłumaczyć m.in. wysokimi kosztami najmu, to głębsza analiza struktury finansów pokazała, że Starbucks kupuje kawę w Lozannie, malowniczym mieście nad brzegiem Jeziora Genewskiego w Szwajcarii, gdzie efektywna stawka podatkowa na handel kawą sięga nawet 5 procent. Tamtejszy oddział obciążał wyniki finansowe spółki na blisko 20 procent, z kolei 6 procent płynęło na konta w Holandii, gdzie europejska siedziba pobiera 6 procent za użycie marki Starbucks. Dobrym przykładem podobnych działań jest też Google, który w 2011 r. przy zarobkach na poziomie 3,4 miliarda funtów zapłacił raptem 3,4 miliona podatku w Wielkiej Brytanii.

Na te informacje silnie zareagowała brytyjska opinia publiczna,

deklarując nawet ograniczenie zakupów w Starbucksie na korzyść lokalnych firm płacących podatki w  UK. O ile na Oxford Street  znajdują się dziesiątki kawiarni, to jednak świat ma do zaoferowania tylko jednego producenta iPhonów, jedną przeglądarkę Google, czy jeden system Windows. Osobom, które w zakupach posługują się szczytną ideą patriotyzmu konsumenckiego może być bardzo trudno znaleźć alternatywę, stąd waga obecnego dochodzenia w sprawie Apple przed Kongresem. Firma wraz z innymi międzynarodowymi gigantami od lat lobbuje za tym, aby obniżyć stawki podatkowe w Ameryce, deklarując przy tym chęć przelania do kraju zagranicznych funduszy. Z rajami podatkowymi chce także walczyć Unia Europejska, która pracuje właśnie nad czarną listą takich miejsc, określając zjawisko optymalizacji podatkowej przez te państwa mianem katastrofalnym w skutkach.

W całym tym sporze ostatecznie może ucierpieć konsument, na którego prawdopodobnie zostaną przeniesione wyższe koszty firm w sytuacji, gdy poszczególnym państwom uda się wymóc wyższe podatki. Miejmy nadzieję, że jednak klient okaże się droższy, czemu przykład dała spora część polskich kawiarni. Od 1 kwietnia b.r. VAT na kawy z mlekiem został podniesiony z 8 proc. do 23 proc., a mimo to większość sieciówek pozostawiła cenę brutto latte, cappuccino i macchiato na dotychczasowym poziomie.

Przemysław Gerschmann - Redaktor naczelny Equity Magazine, analityk inwestycyjny w globalnym banku. Absolwent studiów podyplomowych z zakresu wyceny spółek w Szkole Głównej Handlowej oraz magisterskich z finansów i rachunkowości. Pasjonat rynków finansowych i procesów ekonomicznych.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst