1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Punk, anarchista, mściciel. Oto Jack Dorsey, współtwórca Twittera, który właśnie z niego odszedł

Jack Dorsey nie jest już szefem Twittera. Jeden ze współzałożycieli portalu po raz kolejny traci kluczowe stanowisko. Jeśli historia faktycznie lubi się powtarzać, możemy zacząć się zastanawiać, kiedy Dorsey wróci na tron. I na kim tym razem boleśnie się zemści.

Jack Dorsey. Kim jest współzałożyciel Twittera - sylwetka

„Kocham Twittera” – pisze 28 listopada Jack Dorsey na Twitterze. Dostaje prawie 90 tys. lajków i prawie 17,5 retweetów.

„Po 16 latach w naszej firmie zdecydowałem, że czas najwyższy, by odejść” – pisze dzień później do swoich współpracowników. Nie wiadomo, ilu z nich dałoby tej wiadomości lajka, ale wiadomo, że w firmie nie ma zaskoczenia, bo jego następcy byli szykowani na wejście do zarządu od kilku miesięcy. Komunikaty prasowe są z kolei jak zwykle spokojne i wygładzone. Twitter podaje, że w roli CEO zobaczymy związanego z firmą od 11 lat Paraga Agrawala, czyli dotychczasowego CTO (prezesa ds. technologicznych). Jack Dorsey w oficjalnym mailu do pracowników podkreśla, że wierzy w swoich następców, w cały zespół i zaznacza: „odejście to moja decyzja”.

Znając historię Twittera, jakoś trudno uwierzyć w to, że nie poprzedziły jej liczne narady, spiski, noże w plecach i sojusze, które kończą wieloletnie przyjaźnie. Poprzednie wiadomości informujące o odejściach kluczowych osób czy zmianach stanowisk również były pełne pięknych słówek. I skutecznie ukrywały falę trupów przed opinią publiczną.

45-letni dziś Jack Dorsey odchodzi jako 53. najbogatszy człowiek świata z prawie 11 miliardami dolarów na koncie. Przez 15 lat udało mu się ustawić na całe życie i stworzyć globalne, dobrze ugruntowane medium przyszłości, które potrafiło już nawet zmieniać bieg historii, jak choćby podczas Arabskiej Wiosny, gdy protestujący porozumiewali się właśnie za pomocą tego portalu.

Dorsey od początku jednak musiał walczyć o swoją pozycję. Bo od początku wiele osób w kontekście Twittera stawiało sobie jedno kluczowe pytanie.

Kto jest ojcem tego dziecka?

O projekcie, który miał po latach przerodzić się w Twittera, Jack Dorsey myślał już na początku XXI wieku. Chodziło mu o serwis, w którym każdy mógłby komunikować zmianę swojego „statusu”. Do pomysłu wrócił pewnej pijackiej nocy 2006 roku, kiedy Noah Glass szukał sposobu na to, jak uratować tonący statek o nazwie Odeo.

Była to firma zajmująca się podcastami, którą założyli Evan Williams i właśnie Glass. Ale to głównie pierwsze nazwisko rozpalało wyobraźnię fanów nowych technologii. Ev miał na swoim koncie kultowy serwis Blogger umożliwiający tworzenie autorskich blogów, który został kupiony przez Google’a. Williams w końcu miał dość pracy dla giganta i postanowił wrócić na swoje, zakładając firmę Odeo. Stała się ona przystanią nie tylko dla Williamsa i Glassa, ale też Biza Stone’a czy właśnie Jacka Dorseya – najważniejszych osób odpowiedzialnych za powstanie Twittera.

Pierwsza dekada XXI wieku musiała być szalona. Wystarczyło kręcić się po dzielnicach San Francisco (gdzie na każdym rogu wyrastały startupy), by natknąć się na swoich bogów. Właśnie tak Dorsey spotkał Williamsa, zauważając go w jednej z kawiarni. Był to znak z nieba. Od razu postanowił, że napisze do niego maila, w którym zgłosi chęć współpracy.

Wcześniej niespełna 30-letni Dorsey tworzył rozwiązania pomagające kurierom czy taksówkarzom, ale nie było to coś, czym chciał się zajmować. Mieszkając w San Francisco, dużo czasu spędzał w parkach, gdzie kreślił plany albo słuchał punkowej muzyki. Jego anarchistyczna dusza pasowała do Odeo. Williams z chęcią zatrudniał ludzi idących nieco pod prąd, mających w nosie korporacyjne podejście. Dorsey był podobny. Kiedy pracował nad oprogramowaniem do sprzedaży biletów do więzienia Alcatraz, powiedziano mu, że kolczyk w nosie nie jest odpowiedni w tym miejscu pracy. Jack nie miał zamiaru go zdejmować. Zamiast tego nakleił na nos plaster. Utrudniał mu oddychanie, ale wyszło na jego. Kolczyk nie był widoczny, system może się wypchać.

Odeo było fajnym miejscem do pracy, poza jednym mankamentem – projekt w ogóle się nie rozwijał. Jego twórcy słusznie przewidzieli modę na podcasty, ale za bardzo wyprzedzili swoje czasy. Nawet sami pracownicy, chociaż byli do tego zachęcani, nie chwytali za mikrofon, by nagrać swoje przemyślenia. Ostateczny cios wbił… Apple. Gdy na jednej z konferencji Steve Jobs zapowiedział, że rozbudowuje iTunes o funkcję dołączania podcastów, pracownicy Odeo zrozumieli natychmiast: nie mają żadnych szans jako osobna platforma. U Apple wszystko jest w jednym miejscu, więc po co korzystać z ich rozwiązania?

Ev Williams i Noah Glass szykowali się na najgorsze. Jednak nie chcieli odejść bez walki. Szczególnie Glass wypytywał pracowników o jakieś pomysły, które mogłyby popchnąć projekt w nowym kierunku. Działo się to nawet podczas zakrapianych spotkań. Jako że ekipa Odeo była ze sobą zżyta, spędzali ze sobą czas także po pracy.

I tu właśnie wracamy do wspomnianej imprezy, na której podpity Glass pyta Dorseya, czy ma w rękawie jakiegoś asa. Jack opowiada o swoim pomyśle sprzed lat – serwisie społecznościowym pozwalającym na pokazywanie swojego statusu. Glass promienieje. Następnego dnia zabierają się do roboty.

Paradoks Twittera – nie pierwszy i nie ostatni – polega na tym, że dziś korzystamy z nazwy, której autor przez lata był wręcz wymazywany z historii firmy. To właśnie Glass zaproponował, że Twitter powinien tak się nazywać. On też najbardziej zaangażował się w projekt, myśląc o nim non stop. Przeczesywał słownik w poszukiwaniu idealnego słowa. „Ćwierkanie” było strzałem w dziesiątkę; pomysłem, który od razu zaakceptowali inni. Pierwszego tweeta opublikował Dorsey. Był 21 maja 2006 roku.

Jednak Glass zachłysnął się Twitterem aż za bardzo. Kiedy serwis raczkował jeszcze w fazie testów, na jednej z imprez, w których udział brała technologiczna śmietanka San Francisco, Noah nie wytrzymał. Pochwalił się pracą nad nowym, jeszcze tajnym projektem. Zobaczyli go nie tylko pracownicy innych firm, ale też obecni blogerzy. Co więcej – Glass szybko założył im konta, żeby mogli sami przekonać się, o co w tej rewolucji chodzi.

Owszem, goście byli zachwyceni, ale koledzy – wściekli. Glass nie tylko zdradził tajemnicę, ale na dodatek nieświadomie w pijackim amoku przypisał sobie całe zasługi. Albo po prostu opacznie zrozumieli go rozmówcy. Mleko się rozlało. Kiedy pojawiły się pierwsze teksty o Twitterze, podkreślano w nich, że za portalem stoi Glass i jego zespół. A to nie była prawda. Dlatego twórcy młodziutkiego portalu musieli ustalić, jak brzmi odpowiedź na jedno kluczowe pytanie.

Kto jest szefem tych ojców?

Bo ojców było wielu. Od początku kłócili się jednak o to, jaką drogą ma podążać ich utalentowane dziecko. Jack Dorsey widział w Twitterze platformę pozwalającą wyrażać siebie, informować „co właśnie robię”. Inaczej serwis traktował Williams, mający doświadczenie w blogosferze. Dla niego Twitter był właśnie rodzajem bloga, który pozwalał opisywać to, co dzieje się „wokół mnie”. Jeszcze inny pogląd miał Glass, widzący w Twitterze panaceum na samotność. Może i dzielą nas setki lub tysiące kilometrów, ale pisząc na Twitterze, jesteśmy razem.

Tych różnic nigdy nie wyjaśniono i nie zakopano. Były fundamentem rodzącego się konfliktu. Każdy próbował ciągnąć w swoją stronę. Glass szybko z tej rywalizacji odpadł. Przyczynił się do tego Dorsey.

Jack dał do zrozumienia, że nie widzi możliwości dalszej współpracy z Glassem, który zaczął go irytować i utrudniać pracę. Nadal był jego przyjacielem, ale biznes i znajomości to dwie różne kwestie. Dorsey postawił przed Williamsem sprawę jasno: albo on, albo Glass. A że to ten pierwszy był głową operacji, Noah Glass musiał odejść z firmy. Nie wiedząc o tym, że to Jack, jego przyjaciel, postawił ultimatum.

Tym samym to właśnie Dorsey stanął na czele nowego projektu. Na początku jednak Twitter finansowany był przez Williamsa, który z własnej kieszeni wykładał na wszelkie potrzeby. Chcąc nie chcąc, Twitter powstał na gruzach Odeo. Ale Twitter nie rozwijał się zgodnie z oczekiwaniami. Problem polegał na tym, że Dorsey nie był dobrym szefem. Anarchistyczne korzenie dawały o sobie znać. Na przykład programiści – kluczowy dla funkcjonowania portalu zespół – zajmowali się swoimi sprawami, takimi jak dodatki do portalu, zamiast rozwiązywać palące problemy. Część z nich miała w pamięci także to, że Dorsey jeszcze niedawno był jednym z nich, a teraz został szefem.

Mimo wszystko Twitter się rozwijał. Ludzie zauważyli, że to potrzebny i przydatny portal. Kiedy w San Francisco doszło do lekkiego trzęsienia Ziemi, to za jego pośrednictwem przekazywano najpierw wspólne doświadczenia, a potem wszelkie informacje. I Dorsey, i Glass, i Williams mieli rację: Twitter pozwolił wyrazić swoje uczucia, opisać, co dzieje się wokół i sprawić, że nawet będąc odizolowanym od innych, w trudnej sytuacji można poczuć wspólnotę.

Twitter rósł w siłę i zaczynał znaczyć coraz więcej. Pierwsza eksperymentalna wersja przyciągnęła blisko 250 tysięcy osób. Chociaż to Dorsey stał na czele projektu, wszyscy za lidera uznawali Williamsa, pamiętając jego dokonania z Bloggerem. To z nim kontaktowano się w sprawie ewentualnego przejęcia firmy, co irytowało Dorseya. Kto jest w końcu szefem? W praktyce na pewno nie Jack, skoro propozycje nie trafiały do niego. W końcu Dorseya dopadło to, co sam kiedyś uczynił wobec Glassa.

Pierwszy akt zdrady

Dorsey uznał, że musi postawić na swoim. Udowodnić, że to on jest liderem. W mailach do pracowników, w których informował o szykowanych zmianach czy oczekiwaniach, pisał więc: „chcę”, „ja”, „mogę”. Zaczął ignorować fakt, że Twitter jest dziełem kilkudziesięciu pracowników, więc za plecami zaczęto jego zachowania postrzegać jak szaleństwa kowboja bez głowy. Albo dyktatora.

Kiedy coś nie szło po jego myśli, wpadał w furię, ale to był jedyny sposób, w jaki próbował wpływać na sytuację. Bo jednocześnie w kryzysowych momentach potrafił po prostu przysiąść cicho z boku i przyglądać się biegowi wydarzeń. Nie stawał twarzą w twarz z problemami, raczej wychodził z biura i znikał na kilka godzin. Twitter się rozwijał, zyskiwał na popularności, ale wewnątrz firmy coraz bardziej zdawano sobie sprawę, że ten statek nie ma kapitana i płynie na oślep.

Największym kłopotem było działanie Twittera. Serwis bardzo często po prostu przestawał funkcjonować. Dorsey nie umiał się tym zająć. Na dodatek jego głowę zaprzątały inne rzeczy – własne hobby. Uczęszczał na zajęcia jogi, uczył się gotować, chodził na lekcje krawiectwa – wejście do świata mody było zresztą jednym z jego marzeń. Z boku wyglądało to źle. Projekt ma kłopoty, a jego lider jest w innym świecie.

Dorsey próbował pokazać, że wszystko kontroluje za pomocą rządów silnej ręki. Zwolnił więc jednego z ważnych programistów, ale zrobił to w najgorszy możliwy sposób – kiedy ten przebywał na wakacjach. Jakby tego mało, był to człowiek z dużym doświadczeniem, znający kod Twittera od podszewki. Kiedy serwis psuł się bardziej, zabrakło osoby, która mogła temu zaradzić.

A coraz więcej osób chciało z niego korzystać, więc błędy i komunikaty o awarii były sporym rozczarowaniem dla tłumów, które sprawdzały, o co w tym wszystkim chodzi. Jeszcze w 2007 za pomocą Twittera wysyłano 400 tys. wpisów na kwartał. W 2008 roku ta liczba wzrosła do 100 mln opublikowanych wiadomości. Rok później Twitter już był trzecim najpopularniejszym portalem społecznościowym. Ale Dorsey nie mógł z czystym sumieniem otwierać z tego powodu szampana.

Tak samo jak z pracownikami, nie radził sobie bowiem z finansami. Twitter nie zarabiał (i to miało się nie zmienić przez dłuuugie lata), za to dużo wydawał. Doszło nawet do prywatnych lekcji z przedsiębiorczości, ale nauczyciel rozłożył ręce. Dorsey niewiele rozumie i potrafi – „korki” zaczynały się od absolutnych podstaw. Nad głową szefa nie pojawiły się ciemne chmury. Nad nim było już poważne tornado.

W końcu dostał od zarządu ultimatum: trzy miesiące i Twitter staje na nogi albo trzeba będzie podjąć bolesne decyzje. Dorsey wierzył, że uda mu się ugasić pożar, bo właśnie zbliżały się wybory prezydenckie w 2008 roku. To w czasie kampanii Twitter miał pokazać swoje nowoczesne oblicze, udowadniając, że jest prawdziwie społecznościowym medium dającym głos każdemu – nie tylko ekspertom i dziennikarzom. Jack nie wiedział, że jego losy są już policzone. Zakulisowe operacje dążące do odsunięcia go od władzy postępowały. Spiskowcom argumenty same wpadały w ręce. Jak wtedy, kiedy podczas jednego ze spotkań okazało się, że Twitter nie ma kopii zapasowej. W przypadku potężnej awarii dosłownie wszystko przepadnie. Jeden z dyrektorów, który do tego dopuścił, musiał zapłacić za swoje błędy głową.

Rozstanie z Dorseyem było planowane, co nie zmieniało faktu, że było niezwykle trudne. Dorsey mimo wszystko cieszył się szacunkiem współpracowników. Wśród nich był Biz Stone, jeden ze współzałożycieli. Gdyby coś poszło nie tak, zrzucenie z tronu Dorseya mogłoby wywołać lawinę. Media dowiedziałyby się o wewnętrznych problemach. Takie zamieszanie nikomu nie służy.

To Ev Williams zaproponował w 2008 r. dość pokojowe rozwiązanie. Miał zająć schedę po Dorseyu. Doskonale zdawał sobie sprawę, że będzie to jak wywołanie wojny, akt zdrady. Jack miał stracić swoje stanowisko, ale utrzymać się w zarządzie. Wprawdzie jego funkcja będzie raczej reprezentatywna, „cicha”, ale Dorsey nadal będzie zajmował wysokie stanowisko w Twitterze. Nie będzie wprawdzie miał nic do gadania, ale nie straci twarzy.

Kości zostały rzucone. Williams jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, jak fatalne konsekwencje będzie miał jego – mimo wszystko – akt łaski. Dorsey był wściekły. Zaczął więc planować.

Pierwszy akt zemsty

Zanim wbito mu nóż w plecy i zdetronizowano, Dorsey spotykał się z szefem dzisiejszej Mety (właściciela Facebooka, Instagrama i WhatsAppa) Markiem Zuckerbergiem. Tematem było ewentualne przejęcie Twittera przez rosnącego w siłę Facebooka. Fuzja miała doprowadzić do tego, że Zuck wraz z Dorseyem faktycznie zmienią świat. I zarobią nieprawdopodobne pieniądze. Zuckerberg dodawał przy tym, że jeśli się nie dogadają, Facebook stworzy konkurenta, który sprawi, że wszyscy zapomną o Twitterze. Dorseya nie trzeba było przekonywać, bo bardzo szybko zauroczył się Zuckerbergiem. Ale zmiany w Twitterze wszystko popsuły.

Ev Williams miał inną wizję Twittera. Dla niego serwis nigdy nie miał być maszynką do zarabiania pieniędzy. To nie była typowa korporacja, a projekt, który faktycznie może i powinien wpływać na świat. Nie chciał myśleć o współpracy z Facebookiem. Ani Microsoftem. Ani Ashtonem Kutcherem, który także chciał stać się głównym udziałowcem Twittera. Ten ostatni zresztą był od samego początku wielkim fanem Twittera. Młodziutki serwis mocno rozreklamowało, gdy w kwietniu 2009 roku Kutcher stanął w szranki z telewizją CNN o to, kto pierwszy zbierze okrągły milion followersów. Wygrał aktor, a do Twittera zaczęły walić kolejne sławy.

Dorsey z kolei po zamachu stanu w Twitterze miał stać się maskotką portalu. Gadającą głową. Była to „nagroda pocieszenia”, którą Jack zamienił w element wielkiego planu zemsty. Z chęcią korzystał z zaproszeń mediów i opowiadał dziennikarzom, że to on stworzył Twittera. Był głównym wynalazcą. A reszta? Nie istniała. Skutecznie wymazywał swoich dawnych przyjaciół, przypisując sobie wszystkie zasługi. Niczym lata wcześniej Noah Glass po pijaku. Rozpowiadał o zmianach, komentował podjęte decyzje, mimo że w praktyce nie miał w nich żadnego udziału ani wpływu. Nie miał nawet własnego biurka w siedzibie firmy, a kreował się na kogoś, kto pociąga za sznurki. Zarząd Twittera był wściekły. Sytuacja wymknęła im się spod kontroli.

W tym czasie Dorsey pokazał swoje polityczne zdolności. Kiedy wysłano go do Iraku, by tam wraz z grupą innych przedstawicieli branży technologicznej doradzać prezydentowi w postawieniu na cyfryzację kraju, skutecznie wykreował się na bohatera. Brytyjskie gazety pisały nawet, że „założyciel Twittera ratuje Irak”.

Wizerunkowo Dorsey triumfował, ale irytował go fakt, że o Twitterze robi się coraz głośniej. Williams był w programie Oprah Winfrey, spotkał się z premierem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem, występował na gali magazynu „Time”, gdzie zarządzających Twitterem uznano za 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Dwa obozy toczyły ze sobą trochę dziecinną gierkę, kto i gdzie lepiej wypadnie.

Gale i nagrody nie dziwiły. Z Twittera chciał korzystać każdy, nawet astronauci znajdujący się na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej – pierwszy wpis spoza Ziemi wysłany został przez T. J. Creamera w styczniu 2010 roku. To dla Twittera był wyjątkowy rok ze względu na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej odbywające się w RPA. Użytkownicy wysyłali niemal 3 tys. wpisów na sekundę. Ojcowie Twittera znowu mogliby podać sobie rękę, bo emocje kibiców pokazywały, że słusznie przewidywali, dlaczego Twitter musi odnieść sukces.

W końcu jednak to Dorsey wysunął się na prowadzenie. Nie wszyscy wiedzieli, że jego rola w Twitterze jest marginalna i chodzili do niego ze skargami, jakby faktycznie miał na coś wpływ. To dzięki temu dowiedział się, że Williams jest krytykowany. Coraz większej grupie nie podobał się fakt, że ten zatrudnia głównie ludzi, których zna.

Nick Bilton, autor książki „Twitter. Prawdziwa historia o bogactwie, władzy, przyjaźni i zdradzie”, wyliczał, że dzięki niemu pracę w Twitterze znalazła jego siostra, która jako szef kuchni zaangażowana została do prowadzenia kuchni firmowej. Z kolei żona Sara została wynajęta, aby pomóc w projektowaniu wystroju biura Twittera. Wielu specjalistów z Google’a także znalazło zatrudnienie w Twitterze. Byli to fachowcy, ale znajdowali pracę po znajomości. W korporacjach, a taką stał się Twitter, pewne rzeczy wyglądają po prostu źle i drażnią udziałowców. Udziałowców, od których tak naprawdę wszystko zależy.

Williams próbował odcisnąć swoje piętno na Twitterze. Dlatego do dziś w okienku pozwalającym wpisać tekst widzimy „Co się dzieje?”. Wcześniej widniało tam dorseyowe „Co robisz?”. Kosmetyczna zmiana dla użytkowników była podkreśleniem nowych czasów, tryumfu wizji Williamsa. Tak naprawdę w tym czasie wygrywał jednak Dorsey, który liczył szable i zdawał sobie sprawę, że jego armia staje się liczniejsza.

W międzyczasie Dorsey założył startup Square zajmujący się płatnościami mobilnymi. W rozkręceniu biznesu pomógł mu… Twitter. A raczej fakt, że Jack ciągle korzystał ze służbowej skrzynki. Za jej pomocą umawiał się z poważnymi, bogatymi ludźmi. Ci myśleli, że tematem spotkania będzie właśnie Twitter, tymczasem rozmowa skupiała się na Square. Kiedy zarząd się o tym dowiedział, był wściekły – aż ostatecznie zabronił Dorseyowi korzystać z twitterowej skrzynki.

Dorsey wyeliminował Williamsa niemal w identyczny sposób, jak on wcześniej pozbył się jego. Po cichu wykorzystał zakulisowe spotkania i pociągał za odpowiednie sznurki. Rozczarowanych Williamsem pracowników kierował do tych członków zarządu, którzy za Wiliamsem nie przepadali. Za to coraz bardziej podobał im się wizerunek Dorseya, którego powrót do Twittera opisywany był jak powrót króla.

Chociaż w konsekwencji Williamsa wcale nie zastąpił Dorsey, a Dick Costolo. Nieważne. Liczyło się to, że Dorsey wrócił do Twittera jako prezes wykonawczy. Pozwoliło mu to realizować dalszy plan zemsty, m.in. zwalniając czterech menedżerów produktu, którzy wcześniej należeli do zespołu Evana. Zemsta smakuje najlepiej po czasie.

Wraz z powrotem Dorseya do firmy powróciły stare problemy. Narzekano na jego kontakty z pracownikami czy to, że nie potrafi podejmować decyzji – często zmieniał zdanie. Jak pisał Nick Bilton, osoby, które znały Dorseya, zauważyły, że bardzo się zmienił. Stracił wszystkich przyjaciół, których wykorzystał do powrotu na swój szczyt. W swoim minimalistycznie urządzonym mieszkaniu mógł być z siebie dumny, ale droga, jaką przeszedł, budzi kontrowersje.

Po trupach do celu

Powrót był jednak efektowny. Dorsey po wcześniejszym odejściu z Twittera zapatrzył się w Steve’a Jobsa. Naśladował niemal każdy jego ruch, stając się Jobsem 2.0. Przemiana była widoczna, bo właśnie tak nazywały go później media. Dorsey cytował Jobsa w trakcie konferencji, tak jak i on zafascynował się Indiami czy Beatlesami. Oprócz tego budował swój wizerunek gwiazdy, nie unikając imprez czy kontaktów z celebrytami. Jakby przypomniał sobie dawne, punkowe czasy, kiedy szalał na koncertach w irokezie czy z kolczykiem w nosie. Tyle że teraz to inni chcieli bawić się z nim – to on był na szczycie.

Odszedł też od dawnej polityki Twittera, która miała polegać na tym, że Twitter zawsze stoi pośrodku – jest neutralny i nie angażuje się w spory. Zmieniło się to, gdy Dorsey był moderatorem debaty, w której udział brał Barack Obama. Dawnych współpracowników zwyczajnie zasmucił fakt, że Twitter stał się jakby platformą dla konkretnego polityka. Niby nic wielkiego, zwykły wywiad, którego wcześniej udzielił Zuckerberg. Ale skoro zaproszono Obamę, który wystąpił tam jako pierwszy prezydent w historii, mogło wyglądać to tak, jakby Twitter stał po jego stronie. Dla mediów to normalne, że rozmawia się z politykami, ale przecież Twitter miał być czymś innym. Czymś lepszym.

Kiedy w 2012 Twitter obchodził swoje szóste urodziny, ponownie z Dorseyem w składzie, mógł pochwalić się liczbą 140 mln użytkowników i 340 mln wpisów wysyłanych codziennie. W tym samym roku kupiono portal Vine – dziś nazwalibyśmy to protoplastą TikToka, bo aplikacja pozwalała tworzyć 6-sekundowe wideo. Inwestycja wydawała się strzałem w dziesiątkę. Dość szybko przyciągnęła 200 mln użytkowników, ale w 2016 roku została wygaszona. Ostatecznie bardzo często krótkie wideo robiło większą karierę na YouTubie, a po odejściu twórców Vine Twitter nie miał żadnego pomysłu na rozwój platformy. Dziś, patrząc na sukces TikToka, zapewne plują sobie w brodę: tak blisko, a tak daleko.

Gdy w 2013 Twitter pojawił się na giełdzie, co niby było sukcesem, nawet w dniu debiutu zastanawiano się, jakim prawem ma to się skończyć sukcesem. Twitter wciąż nie miał dobrego pomysłu na zarabianie. Promowane tweety nie przynosiły wielkiego zysku, na dodatek zarzucano im niską skuteczność. Portal dość mozolnie przyciągał nowych użytkowników, a przede wszystkim nadal nie umiał się zdefiniować. Pamiętacie dyskusje założycieli, czym Twitter ma być? W 2013 nawet użytkownicy, którzy z niego korzystali, mieli problem z krótką definicją. Czy dzisiaj zresztą jest inaczej?

A jednak 2 lata później Dorsey zrealizował swój cel: wrócił na fotel CEO, zastępując Costolo. Tym drugim inwestorzy byli rozczarowani, bo Twitter nie rozwijał się tak, jakby tego chcieli. Wręcz przeciwnie, tempo było ślimacze, na dodatek zaliczano spadki liczby użytkowników. Costolo na własnej skórze przekonał się też, jak trudno jest zarządzać portalem w erze postprawdy. W wewnętrznej notatce, która ujrzała światło dzienne, uderzał się w pierś, pisząc, że Twitter nie potrafił poradzić sobie z trollami i nadużyciami.

W pierwszych miesiącach powtórnych rządów Jack Dorsey słusznie diagnozował najważniejsze problemy. Zwracał uwagę, że Twitter nie wykorzystuje swojego gigantycznego potencjału na urządzeniach mobilnych i że stracił miano najgorętszego serwisu społecznościowego millennialsów na rzecz Instagramu i Snapchata (a potem jeszcze TikToka). Nie był jednak w stanie tego zmienić. Na dodatek zaliczył poważną wizerunkową wpadkę: w 2016 r. z Twittera do sieci wyciekło 33 mln haseł użytkowników.

Jack Dorsey w Białym Domu na spotkaniu z Donaldem Trumpem

Twitter był też bezradny wobec tego, co wyczyniał na ich platformie Donald Trump. Jego konto zostało zbanowane dopiero wtedy, gdy już było pewne, iż polityk nie wygra batalii o utrzymanie urzędu. To najlepiej wpisuje się w politykę Dorseya – działać dość ślisko, bezpiecznie; tak, by wygrać jak najwięcej dla siebie. Kolejnym problemem była w związku z tym fala trolli, którzy skutecznie manipulowali społeczeństwami. Najbardziej pod tym względem dostało się Facebookowi, ale rola Twittera również była poważna.

Quo vadis, Twitter

Ostatnie plany Twittera wyglądały mało imponująco. Wprawdzie Pokoje cieszą się nawet w Polsce coraz większym uznaniem, ale nie jest to raczej rewolucja. Firma miała szukać sposobów na finansowanie poprzez płatne abonamenty.

Patrząc na historię Twittera i to, jak wielką rolę odgrywały w nich zakulisowe spektakle inwestorów, nietrudno dojść do wniosku, że ci znowu mieli dość Dorseya, tak jak wcześniej zmęczył ich Williams, a potem Costolo. Historia Twittera to z jednej strony opowieść o ludziach, którzy osiągnęli wielki sukces, a potem się przez to pogubili. To jednak też przykład na to, że każdy projekt zrodzony z pasji w Dolinie Krzemowej musi dotrzeć do ściany. Są nią inwestorzy, dla których liczy się zysk, kurs akcji na giełdzie, realny pieniądz. Sentymenty odchodzą na bok. Dorsey nie miał niczego na własną obronę. Nie miał większego pomysłu na serwis, o porównaniach do Steva Jobsa zapewne mało kto pamięta. Skutek? W 2020 roku Twitter zaliczył stratę w wysokości 1,1 mld dol., mimo że 2019 udało się skończyć z zyskiem 1,4 mld dol.

A może po prostu uznał, że ma dość tej łajby i faktycznie pora zająć się czymś nowym? Może będzie mógł na spokojnie zająć się medytacją i podróżować, czym zawsze lubił się zajmować? Albo zrealizuje swój plan wejścia do świata mody? W 2013 r. zapowiadał też, że chciałby zostać burmistrzem Nowego Jorku. Ktoś taki jak on chyba chce odchodzić w blasku chwały. Twitter raczej w takim momencie się nie znajduje. Za to jest stawiany obok Facebooka jako miejsce, gdzie wszelkiej maści manipulatorzy i trolle hasają, jak chcą. Dorsey musi więc poszukać nowego postumentu. Od ogłoszenia kilka dni temu odejścia z Twittera wydaje się, że zamierza promować projekty, które prowadził obok portalu. Przynajmniej na to wskazują jego jedyne dwa tweety od czasu, gdy prezesem TT już nie jest.

Zdjęcia:
Zdjęcie główne - fot. Mark Warner/Wikimedia Commons
Młody Jack Dorsey - fot. Brian Solis/Wikimedia Commons
Jack Dorsey w Białym Domu - fot. Biały Dom