REKLAMA

Internet nie wybacza. Prześladuje mnie żart sprzed 10 lat

Internet ponoć nie zapomina, ale czasami mógłby - wszystkim żyłoby się nieco łatwiej.

niesmieszny dowcip
REKLAMA

Czasami lepiej nie pamiętać. Może nie jest to korzystne dla samych faktów, ale dla niepamiętającego już tak. Niewygodne kwestie wyparowują, inne nabierają nowego blasku, chronologia przestaje się zgadzać, ale wspomnienie ma przyjemniejszy kształt. Ciągle mam jednak wrażenie, że to nie ten przypadek i pamiętam wszystko za dobrze. Naprawdę od samego początku nie czułem złości, tylko radość. Kiedy Morrissey pamiętnego listopadowego wieczora zszedł ze sceny po sześciu kawałkach – posiłkuję się stroną dokumentującą setlisty; ja przez lata byłem przekonany, że były to cztery utwory, jeszcze jeden dowód na to, że pamięć jest ostatnia na liście godnych zaufania – jak wszyscy nie wiedziałem, co się dzieje. Byłem oszołomiony, ale na pewno nie wściekły ani obrażony.

W tym właśnie momencie dopuszczam do siebie myśl, że już po wyjściu ze Stodoły mogły pojawić się niezbyt przyjemne uczucia. Może lekki żal, rozczarowanie, że skończyło się tylko na sześciu piosenkach? Jednak nie, to fałsz, kokieteria, próba usprawiedliwienia się, że wcale nie poczułem się zdradzony, że moje fanowskie serce nie zostało przebite. Pamiętam łzy radości na początku "The Queen Is Dead", podejrzewam siebie o szczęście z usłyszenia "Speedway", a po chwili "Suedehead". Podejrzewam, bo przypomnieć już mi to trudniej, jakby ekstaza wzięła górę i przyćmiła wszystko, nie pozwalając zarejestrować innych konkretnych odczuć.

REKLAMA

Choć ja do dziś cieszę się z tych sześciu piosenek, usłyszanych podczas mojego pierwszego koncertu artysty, który do teraz pozostaje ulubionym, to rozumiem, że ktoś mógł to odebrać inaczej. Zezłościć i rozczarować na poważnie, poczuć się oszukanym. W moim przypadku nie był to ostatni koncert, ale dla kogoś mógł – i zakończył się fatalnie.

Nie był to wprawdzie pierwszy tego typu występek wokalisty, ani tym bardziej ostatni, więc ryzyko istniało. Mógł jednak zaboleć fakt, że zdarzył się akurat w Warszawie. A przecież to z wcześniejszego koncertu ze stolicy Polski zarejestrowane utwory trafiły jako bonus do specjalnego wydania płyty "Swords".  Nie ma wielu oficjalnych koncertowych piosenek, które wyszły na fizycznym nośniku, więc to nie lada wyróżnienie.

Może właśnie dlatego Morrissey zareagował jak zareagował, bo nie spodziewał się, że akurat tu ktoś z publiki krzyknie coś niemiłego? Szczegółów przerwanego i niedokończonego koncertu nie znamy do dziś. Artysta był pytany o to w niedawnym wywiadzie z "Teraz Rockiem", ale konkretne wyjaśnienia nie padły.  

Już nawet pal licho fanów – zwykli uczestnicy mogli poczuć się nabici w butelkę. Zapłacili za bilet, oczekiwali występu, a tu klops, pieniądze w błoto. Najdroższe piosenki na żywo w ich życiu w przeliczeniu na minutę.

Ale po co do tego wracać, toż to stare dzieje. Mylicie się. Przyznaję, sam tak myślałem. Okazało się jednak, że 19 listopada 2014 r. w Polsce to koncertowy dzień świstaka, dzień powtarzający się i nie mogący się skończyć, co rusz odgrywany na nowo. Dlatego ta rana nie chce się zagoić. Wydawać by się mogło, że kto miał się obrazić, temu już dawno przeszło. Kto miał być zły, ten przestał czuć urazę. Nawet jeśli nie zaryzykował później pójściem na koncert, to przynajmniej przestał wygrażać pięścią w internecie. Słodka naiwność!

Po feralnym incydencie Morrissey zagrał koncert dwa dni później w Krakowie. Do Polski powrócił w 2025 r. Radość polskich fanów nie zdołała się w internecie przebić. W komentarzach dominowali ci wypominający zdarzenia sprzed laty. Uczciwie trzeba przyznać, że sam Morrissey jest łatwym celem, bo historia odwoływań (lub przynajmniej przekładań) jego koncertów dla postronnych obserwatorów jest zjawiskiem co najmniej przedziwnym. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.

Festiwal szydery nie chciał mimo wszystko dobiegać końca

Ileż paradnych żartów wtedy padło! "Na co znowu się obrazi?", "tylko nie przynoście kebaba", "ustawię się w pierwszym rzędzie z kiełbasą" (wszak to najlepszy psikus, jaki można zrobić osobie niejedzącej mięsa, ile śmiechu!) i tak dalej, i tak dalej. Jakby cała złość kumulowała się przez przeszło dziesięć lat i w końcu znalazła ujście. Teraz wreszcie można było się odegrać, uprzykrzając życie innym.

No cóż, można próbować to zrozumieć. Naprawdę starałem się szukać usprawiedliwień dla tych złośliwości, mimo że się z nimi nie zgadzałem i poniekąd uderzały we mnie, psując radosne wydarzenie. Widocznie autor powiedzonka o tym, że czas leczy rany, nie wziął pod uwagę koncertowych uczuć Polaków – a w szczególności tych, którzy na wspomnianym niedokończonym koncercie być może nawet nie byli. Myślałem jednak, że zagrany koncert sprzed roku zakopie topór wojenny pomiędzy ekscentrycznym artystą a pamiętliwą polską publiką.

Byłem naiwny jak zawsze.

Morrissey znowu zagra w Polsce. Znowu w Warszawie. Wiecie, czego znowu jest pełno w komentarzach?

Baza dowcipów została jednak zaktualizowana i doszły też prztyczki nawiązujące do odwołanego z powodu hałasu koncertu w Valencii. Oczywiście, że i to zdarzenie wytłumaczyłem, jestem nieformowalnym fanatykiem, wybaczę – jak sądzę – niemal wszystko.

Zadziwiający jest ten upór. To było tak dawno temu. I choćby z tego powodu żart już tak nie śmieszy. Zdążył się zestarzeć już w okolicach 2016 r.  

Internet nie zapomina. To hasło powtarzane pewnie od samych początków sieci, które miało być przestrogą dla wszelkiej maści cwaniaków, liczących na to, że ukryją niewygodny fakt i przewiny ujdą im na sucho. Co więcej, internet nie dość, że nie zapomina, to jeszcze nie wybacza. Uważaj, z kim tańczysz, a jak będziesz fikać, to dostaniesz kontrę w postaci efektu Streisand. Szeryfowie internetu tylko czekają na próby złamania zasady.

Internet może nie zapomina. Może też nie wybacza

Jednocześnie to hasło brzmi dziś nieco inaczej niż przed laty. Szeryfowie dalej łapią na gorącym uczynku, a publika ciągle chętnie się oburza, ale dość szybko wszystko wraca do normy. Cóż z tego, że jakiś występek zostanie nagłośniony i skrytykowany, jeśli jego sprawcy raczej szybciej niż później wrócą i będą dalej mieć się nieźle. Ile to postaci skompromitowanych, wydawałoby się, że wręcz zhańbionych, dalej błyszczy w sieci.

I to nawet nic złego, ostracyzm nie jest rozwiązaniem. Jeśli ktoś odcierpiał karę, to nie trzeba o dawnych winach non stop mu przypominać. To bardzo ludzkie. Ale jednak czasami chciałoby się od tej drugiej strony skruchy, przyznania do błędów i ich unikania. Patrzę na wielu rodzimych celebrytów i tego nie widzę, jakby za każdym razem myśleli, że znowu im się uda.

Tym bardziej więc dziwi mnie, że występek z 2014 r. - po latach można uznać, że wręcz niewinny - dalej tak angażuje i jest powodem do złośliwej reakcji. Jakby w tym czasie nie zdarzyły się o wiele gorsze rzeczy, autorstwa wiele gorszych osobistości. To zaskakujące zjawisko.

Mój redakcyjny kolega Rafał Gdak pisze, że w internecie mamy zaciśnięte pięści. Ta agresywna postawa tłumaczy aktualne spory i fakt, że niemal każda kwestia staje się dziś ideologicznym polem bitwy. Wysiłek potrzebny na toczenie takich bojów sugerowałby, że dawne dzieje zostaną zapomniane, stracą na znaczeniu. Było, minęło, trzeba angażować się w rzeczy nowe. Tymczasem znowu przekonuję się, że nic takiego się nie dzieje i uraz sprzed 12 lat jest powodem do drwin i żartów nawet dzisiaj. Psuje mi radość i sprawia, że chcę uciekać.

Internet jest więc trochę jak szkolny prześladowca, który nie ma zamiaru odpuszczać ofierze i męczy ją przez całą edukację.

Owszem, piszę to z perspektywy nadwrażliwego – a pewnie nawet i przewrażliwionego – fana, którego denerwują żartownisie. W zasadzie nie robią nic złego, bo stary, wyświechtany i nudny żart to żadna krzywda. Warszawski koncert zapewne będzie świetny, tak samo jak ten w Krakowie w ubiegłym roku. Obawiałem się, że może więcej osób ma w pamięci feralny warszawski występ, więc po latach przerwy czuć będzie dystans, chłód i obawę, że dojdzie do powtórki z rozrywki, ale nic takiego nie miało miejsca. Internetowe marudy nie mają wpływu na realne zdarzenia – i niby to też prawda dobrze znana, ale czasami miło dostać dowód.

Tylko skoro w tak niszowym temacie zauważyć można nieprzyjemne zjawisko, to zapewne takich miejsc jest więcej. I nie są to wyłącznie sekcje komentarzy pod głośnymi, kontrowersyjnymi tematami, które dzielą i polaryzują już na samym starcie. Możesz zobaczyć informację o zdarzeniu pozornie pogodnym i łączącym innych, jakim jest post o zbliżającym się koncercie, a w komentarzach zobaczyć lożę szyderców. To w takim razie gdzie dziś szukać pasji, fanatycznego oddania, radości? Jak dotrzeć do tych oddalonych wysepek?

Prawo do bycia zapomnianym funkcjonuje w sieci od dawna. Marzy mi się takie nieformalne prawo do zapominania o błędach, wpadkach, potknięciach. Może dzięki temu pięści w końcu by się poluzowały, a i dałoby się złapać oddech przy poważniejszych dyskusjach?

REKLAMA

Zdjęcie wygenerowane przy pomocy sztucznej inteligencji.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-08T16:43:28+02:00
Aktualizacja: 2026-05-08T16:42:03+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA