REKLAMA

Rozkład jazdy to tylko sugestia. W Polsce nawet godzina odjazdu to zagadka

Mogę już machnąć ręką na możliwość płacenia kartą i nawet odpuścić kupowanie biletów przez internet. Teraz wystarczyłoby mi, żeby autobus starał trzymać się rozkładu. Z tym jest bardzo różnie, a co źródło informacji, to inna sprzeczna wersja.

autobusy
REKLAMA

Za sprawą kolejowej rewolucji w regionie do rodziców najczęściej jeżdżę teraz pociągiem. Dawno już nie wracałem autobusem, ale tak się złożyło, że pasowało mi być wcześniej. Sprawdziłem na wszelki wypadek rozkład, czy nic się nie zmieniło. I miałem nosa. Wyszukiwarka połączeń podpowiedziała, że autobus odjeżdża dwie minuty po 14:00, a nie – jak zapamiętałem – o 14:07.

Tak już mam, że wolę być na przystanku wcześniej. Niestety to wcześniej nie oznacza bezpiecznych 5 minut zapasu. To częściej kwadrans. Albo i nawet 30 min. Maszynista jeszcze nie odpali lokomotywy, a ja już wyczekuję na dworcu. Kierowca dopiero kończy palić papierosa na przystanku startowym, podczas gdy ja wyglądam, czy zaraz nie wyłoni się zza górki. Możemy odlatywać tym samym samolotem. Kiedy będziecie jeszcze spać, ciesząc się z 30 min do budzika, ja już dawno będę w drodze na lotnisko.

REKLAMA

W przypadku autobusów jestem jeszcze bardziej ostrożny, bo wiem, że te połączenia rządzą się swoimi prawami. Może być tak, że po drodze nikt nie wsiada, więc szofer nie patrzy na zegarek i sunie przed siebie. Jest za wcześnie? Trudno, co zrobić. Los w postaci zmniejszonego ruchu samochodowego na trasie tak chciał, a my musimy się podporządkować wyrokom szosy, tym razem szczęśliwie niezatłoczonej.

Bywało, że autobus wyprzedził swój przyjazd o bite siedem minut. Wtedy chwaliłem swoją przezorność. Powinienem się wściekać, że rozkład jazdy to przecież rzecz święta i wypadałoby poczekać na tych, którzy może nie są tak ostrożni jak ja i podchodzą do życia ze zrozumiałym spokojem. Ich strata – mógłby odpowiedzieć kierowca, który na 6 minut przed planowanym rozkładem jazdy już dawno miał zamknięte drzwi i mknął w stronę kolejnego przystanku. A biedny spóźniony pasażer lada moment podejrzewałby jakąś awarię albo wycofanie autobusu.

Zresztą kierowca pewnie ma świadomość, że na trasie, którą doskonale zna, wszyscy wiedzą o tych zasadach. Jesteś wcześniej albo nie jedziesz. Chcesz ryzykować, to robisz to na własną odpowiedzialność. I naprawdę nie umiem się na to wściekać, bo był czas, że cieszyłem się, że połączenia nie zlikwidowano, jak często ma to w Polsce miejsce. Był? Jest! Siatka połączeń i tak skurczyła się względem tego, co było kilka lat temu, więc nie mam prawa narzekać. Lepiej doceniać to, co jest, bo może być gorzej.

Kiedy w końcu dotarłem na przystanek, z ciekawości sprawdziłem wiszący rozkład jazdy. I okazało się, że autobus powinien przyjechać o… 14:07. Można więc uznać, że wyszukiwarka połączeń o mnie zadbała i zasugerowała, że lepiej przyjść wcześniej. Gorzej by było, gdyby było odwrotnie i z internetowego rozkładu wynikało, że mam czas, podczas gdy tak naprawdę autobus przyjeżdża wcześniej.

Z ciekawości zaglądam na stronę internetową przewoźnika. Dostaję jeszcze jedno przypomnienie, że pasażer wcale nie jest najważniejszą osobą w tym całym zamieszaniu. Prędzej dowiem się, co należy zrobić, aby wynająć busa, albo ile kosztuje paliwo na stacji benzynowej, nim odnajdę rozkład jazdy.

A gdy mi to udaję, widzę, że wyszukiwarka nie kłamała. Jak byk znowu 14:02. Czyli rozwiązanie zagadki jest proste – papierowy rozkład jazdy jest nieaktualny. Ktoś nie dotarł i nie rozwiesił nowej wersji, obowiązującej, jak widzę na stronie przewoźnika, od 1 stycznia 2026 r. Już marzec się kończy? Ależ ten czas leci! Może w czerwcu będzie już zawieszona poprawna wersja? A może nie ma sensu na ten rok, skoro w 2027 r. trzeba drukować nowy wariant? To w styczniu się pojedzie i też będzie dobrze.

Ot, podróżowanie autobusami po Polsce

Przystanki są jakie są, autobusów brakuje, informacja pasażerska kuleje. I dziwić się, że ludzie do miast gnają samochodami, prawda?

Szczególnie wypada to blado, jeśli porównamy sytuację z tym, co dzieje się na kolei. Można zamówić bilet przez internet. Można na miejscu płacić kartą. Można kupić bilet w biletomacie. Można śledzić pociągi na żywo. Od razu wiemy, gdzie są, czy się spóźnią, a jeśli tak, to o ile.

Oczywiście i tu nie jest tak kolorowo. Ostatnia analiza Fundacji ProKolej wykazała, że np. internetowe wyszukiwarki połączeń nie biorą pod uwagę wszystkich dostępnych pociągów. Skrajny przypadek dotyczył przewoźnika, którego składy zwarte były w zaledwie jednym narzędziu służącym do zaplanowania podróży. Ci, którzy korzystali z pozostałych, mogli nawet nie wiedzieć, że taki pociąg istnieje. Zamiast tego jechali wcześniej lub później, być może płacili za bilet więcej.

Który rozkład jazdy w moim przypadku był prawdziwy: internetowy czy ten na przystanku?

Problem w tym, że dalej nie wiem.

Odbyłem podróż i ciągle nie mam przekonania. Autobus przyjechał chwilę po 14:05, o 14:06 miałem wydrukowany bilet. Czy autobus się spóźnił, sugerując się internetowym rozkładem, o ok. 3 min, czy raczej przyjechał o 60 sekund za wcześnie? Dobre pytanie.

Oczywiście mogłem zapytać kierowcy, ale zmarnowałem tę okazję. Moja strata. Choć nawet jeśli szofer powiedziałby, że jest o 14:07 – albo o 14:02 – ja i tak o 13:45 byłbym na posterunku. Nawet już sobie nie mówię, że następnym razem wyjdę później, bo i tak wiem, że tak się nie zdarzy.

Sama drobna różnica pokazuje jednak, co czeka tych, którzy chcieliby wybrać się w podróż autobusem w 2026 r.: aby wiedzieć, kiedy autobus przyjedzie, trzeba wypytywać o szczegóły kierowcę.

To więc wspaniała przygoda, pełna niespodzianek, tajemnic i zagadek. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Nie masz nawet pewności, o której wyruszysz. Nutę niepewności masz jak w banku.  

Włochy pod ręką

Przeglądając przepisy w pewnej kulinarnej książce o kuchni włoskiej rzucił mi się w oczy poradnik autorki dotyczący pierwszej wizyty we Włoszech. Pani zasugerowała, by nie bazować na rozkładach jazdy, bo autobusy, szczególnie te lokalne, jeżdżą jak chcą. Ma to swój klimat i nikt na to nie narzeka.

Uśmiechnąłem się, bo mam Włochy w domu. La dolce vita na przystanku. Zero pośpiechu. Luz. Może i bez kawiarenki z espresso po drodze, ale z włoskim podejściem do życia. Co ma być to będzie. Autobus przyjedzie. Albo i nie.

Trochę tego espresso szkoda. I słońca często brakuje. Szumu fal, sera, białego wina. No, ale są autobusy, które jeżdżą jak chcą. Dobre i to.   

REKLAMA

Zdjęcie główne: Wojciech Wrzesien / Shutterstock.com

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-04T07:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T21:31:45+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T19:08:34+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T18:42:39+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T17:24:49+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T16:13:56+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T15:33:41+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T15:24:19+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T14:45:03+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T14:26:14+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T13:53:13+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T13:28:23+02:00
Aktualizacja: 2026-04-03T10:23:01+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA