Łatwogang to nie jest nowy WOŚP. Efekt zbiórki powala, ale też pokazuje nową Polskę
Zbiórkę organizowaną przez Łatwogang porównuje się do działalności WOŚP, ale już na starcie różnica jest kolosalna. To wcale nie jest krytyka, ale jeśli wielka akcja coś nam mówi o współczesności, to nie można tego wątku pominąć.

Podobieństw jest wiele. Wielki dobroczynny zryw Polaków, dzięki któremu zebrano przeszło 251 mln zł na chore dzieci. Jest osoba, która wokół siebie zjednoczyła wszystkich. Są znane osobistości, które zasilały konto i pomogły wypromować akcję. Nawet dyskusje i wątpliwości są te same: na ile to rzeczywiście chęć pomocy, a na ile dosładzanie ich wizerunku.
Powtarza się również pytanie, czy już zawsze będziemy krajem zbiórek, społeczeństwem liczącym na dobre serce najbogatszych, czy może w końcu doczekamy się postawienia granicy – dobroczynność jest ważna, ale jeszcze ważniejsza jest ta codzienna solidarność, a nie uciekanie z podatkami, by płacić jak najmniej. Zaryzykuję stwierdzenie, że prędko z tym pytaniem się nie pożegnamy i będzie wracało do nas przy okazji kolejnych spektakularnych zbiórek.
A jednak coś się zmieniło. Trudno nie zgodzić się z Przemysławem Pająkiem i Pawłem Grabowskim, że ten zryw jest inny, spontaniczny, a przy tym nieobciążony politycznymi sporami, które od wielu lat ciągną się za Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. I być może właśnie dlatego tak skuteczny. Można się zżymać, ale przecież trochę tak jest, że wrzucając kwotę do puszki i przyklejając sobie serduszko na kurtkę czy czapkę przekazuje się coś więcej niż tylko chęć pomocy. To pewien manifest: jestem za, a czasami może nawet bardziej jestem przeciwko, trochę na zasadzie "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem".
Ale jednocześnie nie da się patrzeć na WOŚP wyłącznie przez pryzmat politycznej nawalanki, my kontra oni. Oczywiście nie można też tego pominąć, tym bardziej że bardzo szybko można (trzeba?) było opowiedzieć się za jedną ze stron. "Lata 90. i wczesne dwutysięczne to apogeum sporu Owsiaka z Kościołem" – pisał na łamach "Tygodnika Powszechnego" Przemysław Wilczyński, podsumowując lata działalności WOŚP.
Tyle że WOŚP to nie tylko to
To też koncerty w wielu polskich miastach, liczne wydarzenia, a przede wszystkim ogrom wolontariuszy, którzy zbierają pieniądze na ulicach polskich miast. Być może zabrzmię patetycznie i górnolotnie, ale to naprawdę imponujące, że po tylu latach ludzie dalej czują potrzebę i chęć, żeby być… cóż, po prostu razem. Działać we wspólnej sprawie, zjednoczyć się pod jednym sztandarem. I owszem, bywa tak, że pod te sztandary idzie się trochę po to, żeby zrobić drugiej stronie na złość, ale mimo wszystko motyw przewodni jest zupełnie inny. Cel to pomoc innym.
Obawiam się, że zabrzmi to trochę jak zarzut, a nie taka jest moja intencja. Nie da się jednak ukryć, że przeniesienie tej wielkiej zbiórki do sieci, czego świadkami byliśmy przy okazji akcji organizowanej przez Łatwogang, siłą rzeczy pozbawia nas tej solidarności, wspólnoty. A może nie tyle co pozbawia, ale zmienia jej charakter. Nadal jest się częścią czegoś dużego, ale na zupełnie innej zasadzie.
Oni, organizatorzy i zaangażowani celebryci są tam, my, wpłacający i pomagający, jesteśmy tu, przed ekranami. Bez koncertów, bez wspólnych akcji, bez ludzi mijających się na ulicach z charakterystycznym symbolem, przez który czuje się, że jest się wśród swoich (co naturalnie ma też swoje minusy, bo jednocześnie odznaczają się ci, którzy teoretycznie są przeciwko). Niby razem możemy tak dużo, ale kto w zasadzie tworzy to razem?
Może to po prostu znak czasów. Z tym samym problemem zmaga się zresztą WOŚP. W tekście "Tygodnika Powszechnego" jedna z wolontariuszek, będąca z Orkiestrą od dawna, stwierdza, że "atmosfera nie jest już taka radosna i spontaniczna". Zastanawia się, na ile to wina technologii. "Wiele osób tłumaczy, że wspiera WOŚP, ale już przelali pieniądze online i odchodzą" – mówi.
Z drugiej strony lata wspólnych działań, koncertów, zbiórek i wydarzeń, przez które ludzie wychodzili i celebrowali WOŚP razem, wcale nie doprowadziły do końca debaty nt. finansowania służby zdrowia i powszechnego kompromisu, że tanie państwo na pewno się nie sprawdzi, więc potrzebujemy tej solidarności na co dzień, a wymagać trzeba jej od wszystkich – w tym również od najbogatszych. I znowu zawczasu się wytłumaczę: to wcale nie jest zarzut pod adresem WOŚP. Może po prostu to nasza narodowa cecha. Jeden wielki zryw, wpadanie sobie w objęcia, obietnice o porozumieniu ponad podziałami i wiara w to, że teraz będzie inaczej. A potem szara, codzienna rzeczywistość i dobrze znana nawalanka. Ale raz w roku udowodnimy, że potrafimy żyć inaczej. Przez lata na ulicach, a teraz w sieci.
Nie pamiętam początków WOŚP. Mnie, dziecku lat 90., akcja kojarzyła się z czymś, co było zawsze. Bardzo wzruszające są opowieści pierwszych wolontariuszy, którzy wspominali, że akcja wprowadziła kolor do szarych miast dotkniętych przemianami ustrojowymi. Zastanawiające jest, co Łatwogang daje współczesnym młodym, na jakie potrzeby odpowiada. Żyjemy przecież w zupełnie innej Polsce. Na pewno nie doskonałej, ale będącej dużo lepszym miejscem do życia niż w pierwszej dekadzie lat 90.
Może ta potrzeba działania razem jest ponadczasowa, ale dziś łatwiej ją wyrazić za pomocą internetowej zbiórki, oglądania tego samego streama. I to też nie jest nic nowego ani złego, choć w ten sposób pokazuje prawdę o nowych czasach - bardzo indywidualnych, zamkniętych, gdzie nawet grając w drużynie, która pomaga, każdy jest z tym sam. Może już nie potrzebujemy tego poczucia jedności, zebrania się razem na placu, świętowania?
A może z czasem i Łatwogang wyjdzie na ulice, zorganizuje koncerty, wydarzania? A może będzie i taka zbiórka, i dalsze WOŚP-owe koncerty, więc te dwa światy da się łatwo pogodzić?



















