Trump ocenia Steve'a Jobsa i Tima Cooka. Szef Apple "był agresywny"
Donald Trump znowu postanowił opowiedzieć światu historię o największym bohaterze swojego życia. Nie, nie o Steve’ie Jobsie. Nie o Timie Cooku. O Donaldzie Trumpie.

Pretekstem jest odejście Tima Cooka ze stanowiska CEO Apple’a po piętnastu latach kierowania firmą, która w tym czasie urosła z wielkiej do grawitacyjnie odkształcającej czasoprzestrzeń. Apple w 2023 r. przebił kapitalizację 3 bln dolarów, a w ubiegłym roku na moment dobił do 4 bln. To są liczby, przy których nawet Trumpowe „BIG HELPS” (więcej o nich za chwilę) brzmią żałośnie.
Ale w jego opowieści to wygląda inaczej. W wersji prezydenta Stanów Zjednoczonych historia Apple’a pod rządami Cooka to w gruncie rzeczy spin-off większej sagi pod tytułem „Donald Trump i cuda przez Niego dokonane”.
Czytaj też:
I to jest fascynujące - nie dlatego, że dowiadujemy się czegoś nowego o Apple’u. Dowiadujemy się za to bardzo dużo o tym, jak Trump rozumie władzę, technologię i… samego siebie.
„Tim Apple” dzwoni. I świat staje się prostszy

Trump zaczyna od deklaracji, że „zawsze był wielkim fanem Tima Cooka, a także Steve’a Jobsa”. Po czym natychmiast dodaje, że gdyby Jobs żył i to on prowadził Apple, firma „radziłaby sobie dobrze, ale nie aż tak dobrze jak pod rządami Tima”.
To jest już samo w sobie ciekawe - bo w świecie fanów elektroniki użytkowej od lat trwa niekończąca się debata: „Jobs vs Cook”. Jobs - wizjoner, showman, człowiek, który potrafił sprzedać światu ideę, zanim jeszcze istniał produkt. Cook - logistyk, operator, człowiek od tego, żeby wszystko działało, skalowało się i dowoziło wyniki.
Tymczasem Trump rozwiązuje ten spór w jednym zdaniu, bez cienia wahania. Nie dlatego, że ma jakąś szczególnie głęboką analizę strategii Apple’a. Dlatego, że potrzebuje tła do opowieści o tym, jak bardzo ważny jest… on sam.
Kluczowy fragment brzmi tak: Tim Cook dzwoni do Trumpa na początku jego pierwszej kadencji. Ma „dość duży problem, który tylko on, jako prezydent, mógł rozwiązać”. Zwykli śmiertelnicy płaciliby miliony konsultantom, którzy „twierdziliby, że go znają”, ale nic by nie załatwili. Trump odbiera telefon i - jak sam pisze - jest „bardzo pod wrażeniem samego siebie”, że „szef Apple dzwoni, żeby całować go w dupę”.
Co tu się właściwie wydarzyło - w realnym świecie?
Spróbujmy na chwilę odłożyć na bok styl Trumpa i zrekonstruować, co mogło stać za tym telefonem.
Wiemy z poprzednich lat, że Tim Cook rzeczywiście intensywnie lobbował w Białym Domu w sprawie ceł i taryf na elektronikę z Chin. Apple był jednym z największych beneficjentów wyjątków od ceł na telefony i podzespoły, a także od części taryf na układy scalone, po tym jak firma ogłosiła wielomiliardowe inwestycje w Stanach Zjednoczonych.
W praktyce wyglądało to tak: administracja Trumpa groziła kolejnymi cłami, Apple tłumaczył, że to uderzy w ceny i konkurencyjność iPhone’ów, a jednocześnie obiecywał inwestycje i miejsca pracy w Stanach. To klasyczna gra na styku polityki i wielkiego biznesu. Tyle że w normalnej narracji Tim Cook jest menedżerem, który broni interesów swojej firmy i klientów - a prezydent Stanów Zjednoczonych jest politykiem, który waży interesy gospodarcze, geopolityczne i społeczne. W narracji Trumpa Tim Cook jest gościem, który dzwoni, żeby „całować go w tyłek” - a prezydent jest jedynym człowiekiem na planecie, który może „naprawić problem”, szybko, skutecznie i bez tych wszystkich nudnych, kosztownych konsultantów.
Jeśli spojrzymy na tę wypowiedź jak na tekst literacki to Tim Cook pełni w niej bardzo konkretną funkcję: jest lustrem, w którym Trump może się przejrzeć. Zwróćmy uwagę na proporcje. Post ma niby być hołdem dla Cooka, który „miał niesamowitą karierę, niemal nieporównywalną” i jest „niesamowitym facetem”. Ale:
- Trump szczegółowo opisuje, jak bardzo był pod wrażeniem samego siebie, gdy Cook zadzwonił.
- Podkreśla, że tylko on mógł rozwiązać problem.
- Dodaje, że „większość ludzi zapłaciłaby miliony konsultantom”, ale on – nie.
- Wspomina, że po „3 lub 4 WIELKICH POMOCACH” zaczął wszystkim opowiadać, jaki Cook jest „niesamowitym menedżerem i liderem”.
To jest konstrukcja, w której każde zdanie o Cooku jest jednocześnie zdaniem o Trumpie. Cook jest „niesamowity”, bo rozumie, że trzeba zadzwonić do właściwego człowieka. A właściwym człowiekiem jest, oczywiście, Trump. Jobs na scenie budował narrację, w której bohaterem był produkt, a użytkownik miał poczuć się kimś wyjątkowym. Trump buduje narrację, w której bohaterem jest on sam, a wszyscy inni - od CEO Apple’a po konsultantów za miliony - są statystami.
Tim Cook naprawdę nie potrzebuje tego komplementu
Najbardziej ironiczne w całej tej historii jest to, że Tim Cook naprawdę nie potrzebuje Trumpowego „certyfikatu wielkości”. Bilans jego rządów jest policzalny: od 2011 r., kiedy przejął stery po Jobsie, kapitalizacja Apple wzrosła z okolic 350-400 mld dol. do wspomnianych kilku bilionów. Firma przeszła od jednego głównego produktu (iPhone) do całego wachlarza źródeł przychodu: usług, wearables, subskrypcji, własnych układów scalonych. Można dyskutować, czy Apple nie stał się zbyt zachowawczy, zbyt ostrożny, zbyt skupiony na finansach. Ale trudno poważnie twierdzić, że Cook „potrzebuje” legitymizacji od kogokolwiek.
Trump natomiast bardzo wyraźnie potrzebuje tej historii. Potrzebuje opowieści, w której szef jednej z najpotężniejszych firm świata dzwoni do niego po pomoc, on sam jest jedynym człowiekiem, który może rozwiązać problem, a na końcu ten szef firmy zostaje przez niego uznany za „niesamowitego lidera”.
Post Trumpa jest ciekawy, ale nie jako źródło wiedzy o Apple’u. To raczej lustrzane odbicie jego własnego sposobu myślenia: świat technologii jest tam tylko scenografią, na której główny bohater może jeszcze raz opowiedzieć, jak bardzo jest ważny.



















