1. SPIDER'S WEB
  2. Gry
  3. Tech

Chińczycy przegięli. W grze Everyone Hit the Traitors trzeba pobić protestujących w Hongkongu

gry polityczne hit the traitors
437 interakcji
dołącz do dyskusji

Prodemokratyczne protesty w Hongkongu zostały zgrywalizowane. I to nie jest dobra wiadomość.

Protestujący próbowali pogrywać z Chinami, teraz Chiny pogrywają z protestującymi. Część ponurych walk między mieszkańcami Hongkongu a wspieraną przez rząd policją właśnie przeniosła się do kolorowego świata gier.

Everyone Hit the Traitors

W przeglądarkową grę o jakże subtelnym tytule „Everyone Hit the Traitors” można zagrać przez sieć na stronie www.dalaoshu.net. Jej zamysł jest prosty – przed naszymi posuwa się w zombie'em tempie fala protestujących zdrajców, którą musimy unieszkodliwić, nim dotrze do mety. Unieszkodliwiamy stosują argumentację w formie kija baseballowego, plażowego klapka lub wybijając im z głowy prodemokratyczne fanaberie za pomocą starożytnej chińskiej terapii z liścia. Wśród protestujących znajdują się także mini bossowie – karykatury osób znanych jako twarze protestów. Na początku każdej tury można wybrać bossa, z którym chcemy się zmierzyć — to on będzie głównym celem naszej perswazji.

Aby rozwiać wszelkie potencjalne wątpliwości, które mogłyby się pojawić u słabszych ideologicznie jednostek, na wstępie gry jest wyjaśnione, że protestujący to ogłupiała obietnicą pieniędzy z Zachodu bezużyteczna młodzież, a ich liderzy to zdrajcy opłacani przez obce siły, próbujące zagrozić jedności wielkich Chin. I wszystko jasne.

Everyone hit the traitors militainment
Nie trzeba znać Chińskiego, żeby rozumieć przekaz.

Gry są polityczne, choć większość nie aż tak ostentacyjnie

Trzeba przyznać uczciwie, że w tym wypadku grywalizować protesty zaczęli sami protestujący. W grze Liberate Hongkong, aby wygrać, trzeba uciekać przed gumowymi kulami i kanistrami z gazem łzawiącym rzucanymi przez policję.

W powieści interaktywnej Karma poznawało się dystopijną historię zainspirowaną opowieściami rodzin aresztowanych uczestników protestów. Jednak ani pierwsi, ani ostatni z takim pomysłem. Gry w bardziej lub mniej subtelny sposób od dawna stosowane są do prowadzenia polityki, tej długofalowej, tej bieżącej i tej wojennej. Nie na darmo w Stanach Zjednoczonych mówią się o militainmencie, czyli współpracy dwóch jakże potężnych przemysłów – militarnego i rozrywkowego.

Za pomocą czczej rozrywki, czy to filmu, czy to gry, łatwo siebie wybielić (patrzę na ciebie Call of Duty) i wroga wykreować, a o to, żeby był to wróg zgodny z zamysłem konkretnej armii, dbają jej księgowi dysponujący odpowiednimi budżetami na wspieranie sztuki rodzimej. Nie bez przyczyny da przeciętnego Amerykanina Rosjanie to kraj knujących krezusów, którzy zamknięci w swoich ekskluzywnych willach planują, jak tym razem podbić świat i pokrzyżować plany agenta Jej Królewskiej Mości. Ich żony w międzyczasie zajmują się zaś szkoleniem na piękne i zabójcze tajne agentki, które potem są importowane do Stanów Zjednoczonych.

I choć z tym jesteśmy całkowicie oswojeni, Everyone His the Traitors jednak budzi niesmak, ujawniając, gdzie leży granica tego, co zaakceptowaliśmy już w propagandzie i tego, co nadal odrzucamy. Chodzi o jednostki. Pokazując konkretnych ludzi jako zdrajców, odczłowieczając ich i namawiając gracza do okładania ich kijami, studio stojące za grą po prostu przegięło. Znów granicą okazuje się twarz innego. Twarz, która istnieje naprawdę.