Tech  / Felieton

Producenci smartfonów wpadli w pułapkę, którą zastawili na konkurentów

184 interakcji
dołącz do dyskusji

Nowy iPhone będzie nudny. Samsung Galaxy Note 7 mnie zupełnie nie zaskoczył. Łapię się na tym, że praktycznie żadna premiera nowego sprzętu nie robi na mnie wrażenia.

Nie wiem dokładnie od jak dawna śledzę rynek mobilny. Interesuję się tematem od dość „wczesnych Nokii”. Moja fascynacja sięga mniej więcej 1999 r. Przez te 17 lat wydarzyły się na rynku rzeczy przedziwne. Prawdziwe rewolucje, ale też niewypały.

Doskonale pamiętam premierę iPhone’a, ale jeszcze bardziej zapadła mi w pamięć prezentacja iPhone’a 3G. Patrząc na zdjęcia pierwszego smartfona z Androidem, modelu G1, uśmiecham się patrząc na jego niezbyt udane wzornictwo i jednocześnie odtwarzam nutkę pożądania, którą ten gadżet wywołał.

Lata mijały, pojawiały się prawdziwe hity. iPhone 4, Samsung Galaxy S II, Galaxy Note, Sony Xperia Z, HTC One…

Listę można ciągnąć. Przez dość długi okres dało się obserwować spory progres. Smartfony stawały się szybsze, miały coraz większe ekrany, rosła ich rozdzielczość, rozwijano aparaty fotograficzne, poprawiano mobilne systemy. iPhone’a pierwszej generacji i iPhone’a 4 (nie mówiąc o kolejnych) dzieli technologiczna przepaść, choć ten ostatni został zaprezentowany zaledwie 3 lata po pierwszym.

Przez kilka lat kpiono z Samsunga, że kopiuje rozwiązania Apple. Kolejne premiery topowych urządzeń przypominały wyścig zbrojeń. Początkowo Apple nie poszedł na wojnę, w której orężem była wielkość wyświetlacza. Na arenie smartfonów z Androidem ta walka uwidoczniła się dość szybko. 4 cale, 4,3, 4,7, 5, 5,5, 5,7. Wyliczanka kończy się na 6 calach, choć pojawiły się i takie wynalazki jak ASUS Fonepad 7, który był niby tabletem z funkcją telefonu, ale zdarzało mi się spotykać na ulicy ludzi, którzy prowadzili z niego rozmowy. Bez użycia zestawu słuchawkowego.

W tym miejscu muszę się zatrzymać.

Nie chcę bowiem tworzyć, nawet przekrojowej, historii rozwoju smartfonów. Dlatego też pomijam mobilnego Windowsa w kolejnych odsłonach. Biorąc pod uwagę dzisiejszy zasięg Windows 10 Mobile można uznać, że Microsoft ubił interesujący i lubiany przez wielu użytkowników system. Nikt już chyba nie wierzy, że będzie on konkurencją dla Androida czy iOS.

Bardziej zależy mi na zarysowaniu kontekstu. A ten był taki, że koncerny nauczyły nas, że co roku otrzymamy nowy i lepszy gadżet. Lepszy dosłownie, dzięki specyfikacji. Ale też lepszy, bo modniejszy. Samsung uderzył w monopol Apple’a na modny, luksusowy produkt premium. Gdy popatrzy się na takie modele, jak Galaxy S6 czy S7 można stwierdzić, że Koreańczykom udał się ten zabieg.

To producenci pompowali (i nadal pompują) marketingowy balon, organizowali konferencje, sprawiali, że nie tylko zafascynowany nerd, ale też zwykły klient pałał chęcią posiadania nowego smartfonu.

Wreszcie doszli do ściany i momentu, gdy huczne prezentacje stały się strzelaniem z kapiszonów lub karbidu.

Bo kogo dziś ekscytują w gruncie rzeczy kosmetyczne zmiany?

Sytuacja w pewnym sensie ustabilizowała się. Na rynku od kilku lat obserwujemy systematyczną ewolucję produktów. Kolejne procesory są wydajniejsze, inżynierowie "dokładają" pamięci RAM, ale już np. wyświetlacza zatrzymały się na 5 – 5,1 cala dla mniejszych i 6 calach w większych modelach. Rozdzielczości QHD również nikt na razie nie próbuje pobić, przynajmniej w regularnym produkcie konsumenckim. Z kolei 1080p stało się standardem nawet na średniej półce. Wspomnianą ścianą jest więc brak możliwości dalszego zwiększania przekątnej czy rozdzielczości, bo byłyby to działania absurdalne.

Koncerny wpadły w pułapkę, którą próbowały zastawić na konkurencję. Oto bowiem prezentowany jest Samsung Galaxy Note 7, a zaraz pokazany zostanie iPhone 7 (czy jak go tam nazwą), a technologiczny świat zareaguje z rezerwą, może wręcz sceptycyzmem. Ileż to razy przy okazji nowych urządzeń pisałem, że „nie ma rewolucji”. Jeśli dobrze pamiętam już w czasach Galaxy S III miałem poczucie zbliżającego się zastoju. A przypomnijmy, że  ten smartfon trafił na rynek w 2012 r. Jasne, pojawiło się potem kilka świetnych sprzętów. HTC One, iPhone 6, Galaxy S6, LG G4 – wymienię tylko kilka z nich. Nie budziły jednak już takich emocji w ludziach, którzy ciągle czekali na rewolucję.

Przeglądając informacje o przeciekach dotyczących nowego iPhone’a uświadomiłem sobie, że trochę dałem się urobić producentom.

Owszem, nie jestem z tych, którzy wsiadają w samochód czy pociąg, by pół nocy stać w długiej kolejce pod drezdeńskim lub berlińskim Apple Store. Ba, z premedytacją od kilku lat kupuję flagowce poprzedniej generacji. Koncerny mają więc ze mnie umiarkowany pożytek. Z drugiej strony jednak, gdy oglądam kolejne konferencje ciągle czekam na przełom i innowacje. W końcu zrozumiałem, że to błąd.

Ktoś niedawno zapytał mnie czego oczekiwałem po premierze Note’a 7. To pytanie było strzałem prosto w serce. Dziś mogę śmiało odpowiedzieć: nie mam pojęcia.

Nowe smartfony (zresztą nie tylko one) są nudne, przewidywalne, ale również w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wspomniana wcześniej stabilizacja czy też normalizacja rynku daje konsumentowi wybór spośród bardzo dobrych urządzeń. Marketingowcy dwoją się i troją, by proste usprawnienia ubrać w „emejzing”. Armia geeków z kolei czeka w gotowości, by wygwizdać produkt, niewiele lepszy niż ten z poprzedniego roku.  Tak to się kręci. Sytuacja jest podobna jak na wielu innych rynkach. Choćby motoryzacyjnym. Tu nikt nie oczekuje, że nabyty pojazd zamieni się za sprawą jednego przycisku w jacht lub awionetkę. Być może przyszedł czas, by przestać też tak myśleć o smartfonach.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst