Tech  / Felieton

Ogrodnik January: Zwierzę na trzy litery, czyli wszyscy jesteśmy idiotami

327 interakcji
dołącz do dyskusji

Rzadko oglądam telewizję, ale niedawno przypadkiem natrafiłem na program, który wzbudził moją ciekawość, a nawet - wstyd się przyznać - chorobliwą fascynację. Przez przyzwoitość nie podam jego nazwy, ale sami się domyślicie - chodzi o pewien konkurs idiotele z palmami w tle, którego zasady przeczą logice i zdrowemu rozsądkowi, a jego nieustająca popularność jest żywym dowodem na to, że jako społeczeństwo jesteśmy kompletnymi idiotami...

Audycja, o której mowa, emitowana jest przed południem, gdy główną publikę stanowią półanalfabeci i bezrobotni, bo wszyscy z IQ powyżej 65 są w tym czasie w szkole lub w pracy i nie mają czasu na głupoty. Zasady tego idiotele są boleśnie proste - trzeba dodzwonić się na tzw. "wolną linię" i podać prawidłowe rozwiązanie zagadki widniejącej na ekranie telewizora. Aby zaktywizować nawet tych, którzy już dawno porzucili resztki mózgu w najbardziej zakurzonym zakamarku czaszki, najpierw pojawia się parę niewinnych pytań - na przykład o zwierzę na trzy litery, o stolicę Czech albo o obrazek inny niż pozostałe. Proste, prawda? Na tyle proste, że naród ambitnie rusza do telefonów, aby za marne 3,92 zł z VAT dodzwonić się na wolną linię i lekką rączką zgarnąć nagrodę. Wszak 50 zł piechotą nie chodzi.

Trudno uwierzyć, że nikt w Polsce nie wie, jakie miasto jest stolicą Czech, a jednak przez dobrych parę minut telefon w studio milczy jak zaklęty - w przeciwieństwie do prowadzącej program cycatej dziewoi, która kłapie dziobem, jakby miała płacone od ilości znaków bez spacji. Okazuje się, że trafić na "otwartą linię" jest trudniej, niż na otwartą księgarnię w Ustrzykach Górnych o czwartej nad ranem. W końcu, gdy już organizatorowi uda się zebrać dość kasy, wciska guzik w reżyserce i jakiś szczęśliwiec dostaje się na antenę, aby trzęsącym się z nerwów głosem podać rozwiązanie i rozbić bank na 50 zł. Co za emocje! A to była dopiero rozgrzewka.

Pojawia się kolejna zagadka - za stówkę.

Miliony ślęczących przed telewizorami bezrobotnych głowią się przez kwadrans, jaką rybę można ułożyć z liter ŃOKO. Skrzypią ołówki i gumki do mazania, kolejne paczki papierosów idą z dymem, kolejne puszki Harnasia lecą za kanapę. Wreszcie bach! Jest zwycięzca! Bank znów rozbity. Napięcie rośnie. Następna stówa pada łupem jakiegoś zabłąkanego intelektualisty - prawdopodobnie copywritera na zwolnieniu chorobowym - który wpada na to, że ze słowa MAKRELA można również ułożyć słowo REKLAMA. Mija pół godziny, przychodzi pora na kulminację.

tele-tv-telewizja

I tu zaczynają się dziać cuda... Ostatnia zagadka różni się tym od poprzednich, że przez pozostałe do końca programu półtorej godziny nikomu nie udaje się dodzwonić na tzw. "otwartą linię". Okazuje się to równie trudne, jak uzyskanie łączności ze sztabem I Dywizji im. Tadeusza Kościuszko podczas natarcia w bitwie pod Lenino. Co więcej, udane połączenie z systemem teleinformatycznym wcale nie oznacza wejścia na antenę. Interesujące, prawda? Tysiące łosi wprawdzie dodzwaniają się do systemu, ale bez szansy trafienia na "wolną linię", która jest równie nieosiągalna jak wolny kibel na Przystanku Woodstock. A za każde połączenie dzwoniący płaci dobrowolny podatek od głupoty na konto organizatora. Nawet rosyjska ruletka jest uczciwsza, bo tam jest przynajmniej jakaś realna szansa na trafienie...

Telefon w studio milczy. Zamiast wpuścić kogoś na antenę z rozwiązaniem banalnej zagadki, realizator przedłuża czas i podnosi stawkę. Matko jedyna, płacą już 1000 złotych za wskazanie na obrazku, które śmigiełko kręci się w przeciwną stronę! I znów tabuny naiwnych rzucają się do telefonu z nadzieją na wygraną. Nic z tego. Trwa zbieranie kasy i udawanie, że nikt jeszcze nie odgadł zagadki. Cała zabawa trwa tak długo, aż kolejne tysiące dzwoniących frajerów dołożą się do puli. A musi ich być cały legion, skoro organizatorowi wystarcza kasy na wykupienie dwóch pełnych godzin czasu antenowego na audycję. Logika podpowiada, że skoro dzwoni tak wiele osób, któraś powinna w końcu trafić na wolną linię. Ale gdzie tam...

Już, już jesteśmy przy finiszu, ale stawka ponownie rośnie dla zachęty, a czas na podanie rozwiązania znowu zostaje przedłużony. Stoper rusza od nowa. Zakończenie ciągnie się w nieskończoność, ponaglająco miga tabliczka z napisem "Koniec Programu", mijają kolejne minuty. Gdyby naukowcom z CERN udało się wydłużyć czas o milisekundę, niechybnie dostaliby Nobla. A w idiotele realizator wyrabia z czasem takie rzeczy, o których nie śniło się astrofizykom. Ostatnie 5 sekund programu trwa dobre pół godziny z okładem. Spokojnie zdążylibyście polecieć do Kenii, ściąć hebanowiec, upolować słonia, zbudować z tego wszystkiego fortepian i zagrać na nim II Koncert Fortepianowy F-Dur Dymitra Szostakowicza, a i tak jest pewne, że nikt w tym czasie nie da rady dodzwonić się do studia.

Wreszcie stoper odliczający czas zatrzymuje się definitywnie, ale - o dziwo - to w niczym nie przeszkadza prowadzącej program cycatej dziewoi. Panienka nadal dwoi się i troi, namawia, zachęca, macha plikiem banknotów, błaga realizatora, żeby dał jeszcze szansę dzwoniącym albo podrzucił jakąś podpowiedź. Stoper stoi, stawka rośnie do niebotycznej sumy 5000 zł. Kto żyw, rzuca się do telefonu i ten cyrk trwa nadal aż do momentu, gdy ostatni idiota w kraju nie zadzwoni i nie zasili konta organizatora. W takich chwilach gorąco i szczerze życzę realizatorowi tego idiotele, żeby miał równie długi koniec.

I żeby ten koniec w całości trafił w kaktusy...

telewizja telefon

Wreszcie, po sprawdzeniu kasy i upewnieniu się, że po odliczeniu kosztów wystarczy na wczasy na Malediwach dla organizatora z rodziną, przychodzi pora na wielki finał - na trzy minuty przed końcem dwugodzinnego programu w studio rozlega się długo wyczekiwany dzwonek telefonu. Gdy wreszcie jakieś szczęśliwiec trafia na antenę z prawidłową odpowiedzią, czeka go niespodzianka, ot drobiazg - konieczność odpowiedzenia na kilka pytań. W tym momencie dzieje się coś, co zgodnie z prawami fizyki nie ma prawa zadziałać.

W pół minuty trzeba odpowiedzieć na 5 pytań, co daje po 6 sekund na jedną odpowiedź, z czego lwią część zabiera przesylabizowanie treści pytania z kartki przez panienkę. I o dziwo, wbrew innowacyjnym metodom pomiaru czasu obowiązującym przez cały program, akurat te 30 sekund odmierzane jest z nieludzką wręcz precyzją. Tym razem nie ma mowy o przedłużaniu czasu, zatrzymywaniu stopera albo odliczaniu od nowa. Nie ma bata - choćbyś miał człowieku IQ na poziomie 280 i najszybszy Internet na świecie, nie zdążysz tego nawet sprawdzić w Google. A jednak idioci dalej próbują, co dobitnie świadczy, że żaden z nich nie ma IQ. W ogóle.

Może się wydawać, że po wydaniu kilkunastu złotych na nieudane połączenia z mityczną "wolną linią" i upragnionym dostaniu się na antenę, te pięć kafli nagrody należy się zwycięzcy jak psu buda. Nic bardziej mylnego. Naprawdę myślicie, że ktoś wam zapłaci 5000 zł za wskazanie jakiegoś śmigiełka na obrazku? Ha! Równie dobrze możecie liczyć na to, że w Las Vegas krupier dorzuci parę dodatkowych kulek do ruletki :) Ale show must go on... Spocony z emocji zwycięzca już jest w ogródku, już wita się z gąską, a tu zonk! - 5 pytań nie do przejścia w zadanym czasie. Ale ambicja przecież nie pozwala się poddać.

telewizja telewizor

Panienka czyta pierwsze pytanie z kartki, z telefonu dobiegają gromkie akty strzeliste i wezwania wszystkich świętych na pomoc, a w przypadku osób niewykluczonych cyfrowo słychać gorączkowe napierdzielanie w klawiaturę w poszukiwaniu daty wynalezienia otwieracza do konserw, liczby atomowej strontu, albo roku wybuchu Wojny Trzydziestoletniej. Kiedy, kuźwa, to było - jeszcze przed Potopem czy już po Rewolucji Francuskiej?... Czas mija nieubłaganie, po 15 sekundach wciąż brak odpowiedzi na pierwsze pytanie. A zostały jeszcze cztery... Świat wali się na głowę. Gong, koniec programu, sorry, nikt nic nie wygrał - kasa zostaje u organizatora, który właśnie tarza się ze śmiechu po reżyserce.

Ale to nic - jutro na pewno się uda...

Jutro kolejne tabuny frajerów, nie wyciągając żadnych wniosków z nierealnych zasad programu i nie bacząc na ewidentną niemożliwość zgarnięcia głównej nagrody, ponownie będą dzwonić na "wolną linię", dokładając swoje cegiełki do cudzej piramidy finansowej i próbując odgadnąć, czy zwierzę na trzy litery nazywa się łoś...

Ogrodnik January – Z zawodu grafik, projektant i ogólnie tzw. artysta – absolwent krakowskiej ASP. Dyrektor kreatywny własnej pracowni graficznej Młyn Artystyczny. Z zamiłowania gadżeciarz, z powołania bloger. W sieci obecny od zeszłego wieku. Prześmiewca, samozwańczy tester technologii, poszukiwacz dziury w całym. Od 2010 roku autor bloga Applefobia, gdzie ośmiesza absurdy, demaskuje mitologię, kpi z fanbojstwa i zdrapuje pozłotkę z aluminium. W wolnym czasie czyta książki, gra na gitarze, jeździ na rolkach i fotografuje. Oczywiście nie wszystko na raz…

*Grafiki pochodzą z serwisu Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst