Dałem się nabrać tiktokowej modzie na aparat. Wydałem 5 stów i niczego nie żałuję
Chciałem powrotu do przeszłości, ale nie w zbyt radykalnej formie. Dostałem to wszystko w Kodaku za ok. 500 zł.

Wszystko zaczęło się od filmików na TikToku. Najpierw dotyczyły aparatów na klisze. Jeden mamy już w domu, a do tego znalazłem jakiś z lat 90. albo wczesnych dwutysięcznych, który był używanych przez rodziców. Plastik aż trzeszczy, gdy bierze się go w ręce, stara niesolidna szkoła (a może jednak solidna, skoro jeszcze się trzyma?). Nęciła mnie wizja niedoskonałości i pilnowania się, by zbyt szybko nie wyczerpać limitu. Szczególnie doceniać moment, uznając, że właśnie ta chwila zasługuje na uwiecznienie. A potem żałować, że zabrakło kliszy na inne ujęcie.
Algorytm wiedział, że już mnie ma. Trzeba tylko dopracować podejście, ale na pewno mu się nie wymknę. I tak zaczęły wyświetlać mi się kadry uchwycone przez użytkowników Kodaka Fixpro FZ55.

Jeśli miałbym opisać krótko, co mnie w nich ujęło, to ich… ciepło
To słowo wytrych, mówiące jednocześnie wszystko i nic. Niby oddaje to, o co mi chodzi, ale podobnie jak w przypadku brzmienia płyty winylowej, mam wrażenie, że bardziej to trzeba poczuć – usłyszeć - niż zrozumieć. Wystawiam się na łatwą kontrę, że tak jest z wieloma aparatami i zdjęciami, pewnie nawet z tymi z telefonu, ale nic nie poradzę, że akurat te mają w sobie coś wyjątkowego.
Przeglądam właśnie zdjęcia z niedawnej wycieczki. Zatrzymałem się na tym i mam wrażenie, że paradoksalnie ta fotka najlepiej opisuje moje oczekiwania związane z Kodakiem Fixpro FZ55 i jest dowodem na spełnioną obietnicę.

Jest w niej surowość kojarzona z wywoływanymi zdjęciami, a jednocześnie kojące, lekko nostalgiczne i melancholijne ciepło. I znowu używam tych wyświechtanych formułek, które dla wielu będą brzmieć jak marketingowy bełkot, ale w to właśnie celowałem.
Duża w tym zasługa filtrów, ale ich nauczenie się, żeby osiągnąć zamierzony efekt, zajęło mi krótko czasu. To nie jest sprzęt, którego poznaje się latami, a droga ta przynosi wyłącznie ból, rozczarowanie i złość. Znam te uczucia, bo już kiedyś tą trasą szedłem, gdy zafiksowałem się na fotografowaniu ptaków i odkurzyłem starego Nikona. Teraz obrałem inny kierunek. Może i na skróty, ale jak przyjemnie się idzie!

Patrzę na zdjęcia i czuję zadowolenie. Widziałem, jak na tej samej wyprawie radzi sobie iPhone 17 i cykane fotki też były ładne, ale w zupełnie inny sposób. Mój stary, kiepski telefon przesadnie upiększał rzeczywistość, tworząc jej ulepszoną, przesłodzoną wersję. Tak lukrowatą, że aż mdłą. Sprzęt Apple'a podoba mi się ze względu na szczerość i dość wierne przekazanie widoków, ale jest w tym… no właśnie, zbyt wierny. Kodak zaś jest bardziej poetycki – kolory bywają żywsze, cieplejsze, fala jest jeszcze bielsza niż naprawdę, ale jest w tym jakiś rozsądny umiar.









Przyznaję, chodziło mi o klimat, aurę. Niby retro, ale bez przesady. Trochę jak z lat 90. czy początków XX w., ale też nie do końca. I jeśli ten vibe jest chwytem marketingowym, retro bez retro, udawaną atmosferą starych czasów w całkiem współczesnym opakowaniu, to… wcale mi to nie przeszkadza.
Od początku marca wykonałem jakieś… 1500 zdjęć. Część z nich usunąłem, to fakt, ale zdecydowana większość leży na karcie i zaskakująco często do nich wracam. Największą zaletą jest kompaktowość. Aparacik jest naprawdę niewielki, aż zaskakująco – po wyjęciu go z pudełka nie spodziewałem się, że będzie tak mały. Wygodnie leży w dłoni, ale co najważniejsze mieści się niemal w każdej kieszeni: płaszcza, marynarki czy spodni. Zabieram go ze sobą wszędzie i korzystam z najmniejszej okazji do zrobienia zdjęcia. Wystarczy, że słońce ładnie padnie na kamienicę, którą mijam codziennie, a ja już stoję i fotografuję. Chyba o to chodzi w tej całej zabawie powinno chodzić, prawda?
Nie muszę silić się na dyskrecję, aby zrobić fotkę panom, którzy są odwróceni do mnie plecami. Rozmawiają i piją piwo mając wspaniały widok na miasto. Zwykła, ale piękna scena. Cykam fotkę i chowam aparat do kieszeni.

Tak, właśnie o to mi chodziło, kiedy planowałem ten zakup
Bateria jest naprawdę potężna i przy tylu fotkach wytrzymuje 2 tygodnie bez ładowania spokojnie. A mowa tu o naprawdę intensywnym użytkowaniu.
Czytałem komentarze, że to już nie ten Kodak. Że lepiej kupić coś używanego. A najlepiej to dołożyć pięć tysięcy i nie bawić się w półśrodki. Pewnie w tych sugestiach było sporo racji, nie mam zamiaru się z nimi spierać. Mój cel był prosty: móc robić fotografie, które wpadły mi w oko na TikToku. Bez perfekcji, bez doskonałości, ale z klimatem, który najłatwiej określić słowem "nostalgia", ale który jednak nie tłumaczy wszystkiego.
I trochę oderwałem się też od tego innego większego ekranu, który chcąc nie chcąc rozpraszał powiadomieniami. Chciałem zrobić zdjęcie, cykałem fotkę, a potem patrzyłem, co się dzieje. Odpowiadałem na wiadomość. Sprawdzałem pocztę. Zaglądałem na forum, bo może ogłoszono nowe daty koncertów.

Nie wykluczam, że wpadłem w sidła sprytnych sprzedawców, którzy pod płaszczykiem mody na retro wciskają nostalgiczny kit. Być może tak jest, ale nawet jeśli, to co z tego? Podobają mi się moje zdjęcia. Nie będą wisieć w galeriach, nie udostępniam ich w mediach społecznościowych. Lubię do nich wracać. Lubię je robić. Mogę być tak oszukiwany częściej.



















