PlayStation 6 za 5000 złotych. Lepiej już zacznij zbierać
Analitycy prognozują drastyczne podwyżki cen nadchodzących konsol. Następna generacja PlayStation od Sony może oznaczać wydatek rzędu nawet pięciu tysięcy złotych.

Sony od premiery PlayStation 5 regularnie żongluje cennikami, a gracze mają pełne prawo czuć się mocno zdezorientowani. Zgodnie z rynkową logiką i historycznymi trendami, sprzęt z czasem powinien tanieć, tymczasem obserwujemy zjawisko całkowicie odwrotne - konsole znów drożeją.
Idealnym przykładem są tutaj niedawne podwyżki podstawowego modelu oraz zaporowa kwota, jakiej Japończycy zażądali za wariant Pro. Niestety, jako konsumenci niewiele z tym zrobimy. To wielka korporacja narzuca dziś warunki gry, a rynek ostatecznie i tak weryfikuje je na jej korzyść.
Z tego cenowego chaosu wyłania się jednak ciekawy obraz przyszłości. Biorąc pod uwagę obecne, bardzo wysokie wyceny ulepszonego modelu Pro, można by teoretycznie zakładać, że pełnoprawny następca - PlayStation 6 - zadebiutuje w cenie zbliżonej lub nawet nieco niższej, by przyciągnąć na start rzesze graczy.
Konsole stają się dobrem luksusowym
Eksperci ostrzegają, że nadchodząca, dziesiąta generacja konsol może być najdroższą w historii całego medium. Analitycy branżowi mówią głośno o psychologicznej barierze 999 dolarów (co w polskich warunkach przełoży się na około 4000-4500 złotych, a z podatkami być może nawet 5000 zł) za PlayStation 6 oraz ewentualny konkurencyjny sprzęt od Microsoftu.

Wysokobudżetowe granie powoli staje się dobrem luksusowym, a taki ponury scenariusz nabiera bardzo realnych kształtów, gdy spojrzymy na niedawne ruchy wydawców. Obecnie gracze mierzą się z wydatkiem rzędu 3500-4000 złotych za PS5 Pro.
Sytuację pogarsza polityka samej japońskiej korporacji. Sony wcale nie ukrywa planów agresywniejszej monetyzacji swojej obecnej bazy użytkowników, aby zrekompensować widoczne spowolnienie w adopcji nowych konsol.
Czy PS6 może być tańsze? Koszty produkcji a marża
Z drugiej strony barykady pojawiają się głosy dające cień nadziei na nieco tańszą premierę. Znany informator sprzętowy o pseudonimie KeplerL2 uważa, że cena na poziomie 3200-3500 złotych za PlayStation 6 na start jest nadal technicznie wykonalna.
Szacowany koszt produkcji wszystkich komponentów (tzw. BOM) tego urządzenia - przy założeniu obecności szybkiego dysku SSD Gen5 o pojemności co najmniej 1 TB oraz całkowitym braku fizycznego napędu optycznego - oscyluje wokół 3000 złotych.
Osiągnięcie ceny sklepowej poniżej progu 4000 złotych wymagałoby jednak od producenta powrotu do starej taktyki, czyli zastosowania celowych dopłat do każdej sprzedanej sztuki, by odbić sobie straty na sprzedaży gier i abonamentów.
Głównym zmartwieniem pozostaje to, czy Sony w ogóle zechce jeszcze dopłacać do nowej konsoli. KeplerL2 słusznie zauważa, że przy obecnym układzie sił marka Xbox przestała być bezpośrednią, sprzętową konkurencją, co daje japońskiej firmie całkowicie wolną rękę w dyktowaniu marży.
Znaczne koszty nowoczesnych podzespołów, takich jak potężne dyski SSD i superszybka pamięć RAM, stanowią duże wyzwanie ekonomiczne i skutecznie zniechęcają korporację do jakiegokolwiek zaniżania zysków.
Pułapka długiej generacji i monopol na rynku

Widzę też inny problem: wysoka cena startowa może mieć również poważne, negatywne konsekwencje dla cyklu życia całej nowej generacji. Przy zaporowych kwotach Sony będzie miało ogromny problem, by przekonać miliony posiadaczy zwykłego PS5 oraz PS5 Pro do szybkiej przesiadki na nowy sprzęt. To z kolei zwiastuje potwornie długi okres przejściowy (czyli nasz ukochany cross-gen), w którym najnowsze, wysokobudżetowe gry będą sztucznie wstrzymywane technologicznie przez ograniczenia starszych konsol.
Mimo tych wszystkich rynkowych zawirowań, technologicznych dylematów i wysokich kwot przewidywanych przez analityków, prawda na koniec dnia jest do bólu przewidywalna.
Nowa konsola Sony i tak sprzeda się znakomicie, absolutnie niezależnie od tego, czy przyjdzie nam za nią zapłacić 3500, czy 5000 złotych. Japoński producent ciężką pracą i świetnymi grami wypracował sobie niezwykle bezpieczną i stabilną pozycję.
Skoro Xbox w zasadzie wycofał się z bezpośredniego wyścigu zbrojeń i usilnie szuka swojego miejsca w subskrypcjach chmurowych, fani tradycyjnego grania przed telewizorem po prostu nie mają innej opcji.
W tej kalkulacji nie można też zakładać, że rynek stacjonarny uratuje Nintendo. Twórcy kultowego Mario od lat funkcjonują na własnej, odizolowanej chmurce, projektując słabszy technologicznie sprzęt oparty na odmiennej filozofii i celujący w zupełnie inny rodzaj doświadczeń. Ich platformy nie stanowią bezpośredniego zagrożenia dla potężnych maszyn od Sony.

W efekcie ojcowie PlayStation mogą dziś niemal swobodnie dyktować warunki finansowe, a my - choć zapewne będziemy głośno i wylewnie narzekać w internecie - ostatecznie i tak pójdziemy do sklepów po nową generację.



















