Social media  / Felieton

Nie ma alternatywy dla Facebooka

Picture of the author

Nie milkną echa po masowym społecznościowym banie dla Donalda Trumpa i jego najbardziej ekstremalnych zwolenników. Ci szukają teraz alternatywy dla Facebooka czy Twittera, ale… czy taka alternatywa w ogóle istnieje?

Przez weekend w Polsce przybyło nam ekspertów od mediów społecznościowych i wolności słowa. Każdy uważa, że wie najlepiej, co teraz trzeba zrobić, zwłaszcza politycy polskiej prawicy, którzy czują się dotknięci banem dla Donalda Trumpa co najmniej w takim stopniu, jakby to im zablokowano dostęp do wszystkich istotnych mediów społecznościowych.

Ban dla Trumpa spolaryzował jednak nie tylko prawicę; nawet osoby o lewicowych poglądach zastanawiają się, czy tak szeroko zakrojone działania gigantów technologicznych rzeczywiście nie noszą znamion cenzury. Osobiście podzielam zdalnie Sylwii Czubkowskiej, która bardzo dobrze ujęła to w swoim tekście dla Spider’s Web+: bany dla Trumpa nastąpiły za późno, są za mało dotkliwe i tylko na pokaz.

Nie ulega wątpliwości, że 45. prezydent Stanów Zjednoczonych ciężko na te blokady zapracował. Jak ujmują to niektórzy dziennikarze z USA, Trumpowi należy się tytuł „naczelnego podjudzacza” - nikt w ostatnich latach nie przyczynił się do fali nienawiści w Sieci tak bardzo, jak on.

Trump z premedytacją przez lata rozsiewał fake newsy, operował mową nienawiści, a w ostatnim czasie uparcie powielał kłamstwa o rzekomo „ustawionych” wyborach, w których poniósł sromotną klęskę. Skończyło się to, jak wszyscy wiemy, próbą zamachu stanu i atakiem na Kapitol, do którego Trump w pośredni sposób zachęcił swoich zwolenników, którego nie potępił i za który - według wszelkiego prawdopodobieństwa - wkrótce odpowie, gdyż już dziś lub jutro ma się odbyć głosowanie nad usunięciem go ze stanowiska na mocy 25. poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, a potem prawdopodobnie także procedura Impeachmentu. Czego jak czego, ale terroryzmu na własnym podwórku Amerykanie nie tolerują.

Facebook, Twitter i pozostałe media społecznościowe zręcznie rozegrały tę partię, trzeba im to przyznać. Donald Trump łamał regulamin serwisów przez lata, ale dopóki było im to na rękę, dopóki jego wpisy zwiększały zaangażowanie i liczbę odsłon, dopóty wszystko było w porządku. W 2020 r. społecznościówki zrobiły się nieco mniej pobłażliwe, gdy kłamstwa i agitacje Trumpa zaczęły mieć namacalne konsekwencje (jak np. hospitalizacje spowodowane jego uwagami odnośnie picia wybielacza jako środka niszczącego koronawirusa). Nadal jednak nie blokowały wpisów prezydenta, a co najwyżej oznaczały je jako fake newsy. Zarówno Mark Zuckerberg jak i Jack Dorsey wiedzieli, że polityczne konsekwencje banu dla Trumpa mogą być dla nich bardzo dotkliwe. Teraz jednak, kiedy Trump lada dzień straci wszelką władzę, społecznościówki nagle uznały, że jednak miarka się przebrała. Bo wiedzą, że za ban nie grożą im konsekwencje, a jednocześnie zapewniają nim sobie dobry PR, bo tego oczekiwała po nich społeczność użytkowników.

O ile więc trudno mówić, że ban dla Trumpa jest niezasłużony (bo jest więcej niż zasłużony), tak nie da się też ukryć, że ban nastąpił dopiero wtedy, gdy było to bezpieczne dla włodarzy platform społecznościowych. A w ślad za Trumpem zbanowane zostały też dziesiątki tysięcy kont ekstremistów, którzy popierali atak na Kapitol, a nawet planowali nowy. Jeśli wierzyć wpisom amerykańskich polityków partii republikańskiej, z dnia na dzień poznikało im ponad 50 tys. obserwujących na Twitterze. Choć… jeśli Twitter usuwa konta ekstremistów, a politykowi nagle znikają followersi, to mądremu człowiekowi nie powinno być trudno dodać 2 do 2 i zrozumieć korelację.

Oburzenie po serii banów spowodowało masowy przypływ użytkowników w serwisie Parler - skrajnie prawicowej alternatywie dla Facebooka, gdzie błyskawicznie zaczęli gromadzić się zwolennicy Donalda Trumpa i którą równie błyskawicznie „wyklęli” giganci tech, usuwając ze swoich sklepów z aplikacjami (Apple, Google) i wyłączając dostęp do serwerów (Amazon). Trudno się dziwić: gdy tylko amerykańska skrajna prawica napłynęła na Parlera, rozpoczął się tam wielki festiwal nienawiści i planów działań, które śmiało można nazywać aktami terroryzmu.

Alternatywa dla Facebooka - czy w ogóle coś takiego istnieje?

Zwolennicy 45. prezydenta USA nie ustali jednak w poszukiwaniach miejsca, gdzie rządzi „wolność słowa”. Aktualnie największym powodzeniem cieszy się serwis Gab.com, któremu od trzech dni przybywa blisko 600 tys. użytkowników dziennie, przez co serwery usługi są przeciążone. Kolejny w kolejce jest serwis MeWe, który również przeżywa aktualnie wzmożony napływ nowych użytkowników. Obydwa serwisy bardzo szybko mogą jednak podzielić los Parlera, bo już dziś można na nich przeczytać o planach kolejnego ataku na Kapitol (znajdziecie je gdzieś obok teorii spiskowych dziejów, masonów, protestów anty-5G i fake-newsów o COVID-19).

Gab nie uprawia moderacji w żadnej formie, więc prawdopodobnie zniknie ze sklepów z aplikacjami jako pierwszy, z tych samych powodów, co Parler.

MeWe zaś, choć agituje za wolnością słowa i uważa się za platformę „apolityczną”, w swoim FAQ wyraźnie podkreśla, iż w serwisie nietolerowane są treści nienawistne, nękające, pornograficzne, czy też - co najważniejsze w tym kontekście - nawołujące do przemocy i łamania prawa. A za to przecież z Facebooka, Twittera i innych zostali wyrzuceni Trump i jego poplecznicy: za nienawiść, nawoływanie do przemocy i łamania prawa. Patrząc jednak na fakt, iż MeWe od lat jest ostoją zwolenników teorii spiskowych, płaskoziemców, a ostatnio też pandemicznych denialistów, serwis jest bardzo tolerancyjny dla kłamców i manipulatorów.

Poszukiwania alternatywy dla Facebooka i Twittera dotyczą jednak nie tylko amerykańskich ekstremistów. Od zeszłego piątku na naszym polskim poletku również widać znaczny wzrost zainteresowania alternatywnymi platformami społecznościowymi. I to nie tylko wśród skrajnej prawicy, ale też wśród użytkowników o centrowych/lewicowych poglądach, dla których bany dla Trumpa i jego zwolenników były tylko kroplą, która przelała czarę goryczy.

Polacy również zaczynają się przyglądać takim serwisom jak Gab czy MeWe, w tle majaczą wizje „polskiego facebooka”, a wszystkie mają ze sobą tyle wspólnego, że są kompletnie nierealne i niemożliwe do zrealizowania.

Jest prosty powód, dla którego utopijna alternatywa dla Facebooka nie istnieje.

Każdy z kim rozmawiałem na temat potencjalnej przesiadki na alternatywne społecznościówki, opisuje swój idealny serwis społecznościowy mniej więcej tak:

  • Ma być darmowy
  • Ma być bez reklam
  • Ma być bez cenzury (czy też moderacji)

Otóż drodzy, nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka, jak mówi przysłowie. Weźmy chociaż „darmowy” i „bez reklam”. W obecnych realiach internetowych jedno wyklucza drugie. Istnieje oczywiście trzecia droga: płatny dostęp. Ilu jednak użytkowników, tak przyzwyczajonych do darmowych społecznościówek, zdecydowałoby się zapłacić? No właśnie.

MeWe twierdzi, iż na na to rozwiązanie. W darmowej wersji MeWe jest serwisem w pełni darmowym, bez reklam i bez śledzenia. Twórcy uważają, że „prywatność nie jest czymś, za co powinniśmy płacić”, więc zamiast zarabiać na sprzedawaniu danych, zarabiają na dodatkowych funkcjach (np. płatnej chmurze czy dodatkowych emotikonach) i biznesowej wersji serwisu. Choć gdyby mnie ktoś spytał, to ten model delikatnie mówiąc się „nie spina”, zwłaszcza że MeWe pod koniec 2019 r. miało raptem 5 mln użytkowników, a środki na działanie pozyskiwało przede wszystkim od inwestorów, a nie z opłacanych przez użytkowników funkcji. Zresztą, MeWe, podobnie jak Parler, nie potrafi utrzymać nowych użytkowników, co pokazał październikowy napływ, który bardzo szybko stał się odpływem. Platformom zabrakło argumentów, by na dłużej zatrzymać ludzi.

Źródło: Fast Company

Przykład Gaba z zupełnie innej strony pokazuje zaś, dlaczego od nastania dominacji Facebooka żaden serwis nie potrafi rzucić mu rękawicy. Wystarczył nagły przypływ użytkowników, by serwisowi wysiadły serwery. Sam Gab wygląda zaś jak bardzo biedny klon Facebooka z wczesnych lat, nie oferując cienia innowacyjnych funkcji, czy choćby wielu regularnych funkcji, do których przywykli użytkownicy serwisu Zuckerberga. Otóż nikt nie ma takich zasobów (nie tylko finansowych, ale też ludzkich) by to zrobić. Same zasoby zresztą to za mało: przykład Google+ pokazuje, że nie wystarczy rzucać dolarami i zatrudniać tysiące ludzi, by miliony użytkowników zechciały skorzystać z usługi.

Na przecięciu wybujałych oczekiwań użytkowników i kłopotliwego modelu biznesowego internetowych serwisów wyłania się powód, dla którego dominacji Facebooka od lat nikt nie potrafi zagrozić, i prawdopodobnie jeszcze przez długi czas nie zagrozi. Uprzedzając komentarze o MySpace czy Gadu-Gadu, czy jakimkolwiek innym serwisie społecznościowym / komunikatorze, który kiedyś był wielki, a już nie jest - to nie to samo. Nie da się w żaden sposób porównać MySpace’a, Grona, Naszej Klasy czy czegokolwiek innego do behemota, jakim stał się Facebook. Istnieje tylko jeden serwis na świecie o porównywalnej skali - WeChat. Chiński gigant społecznościowy przyciąga obecnie ponad 1,2 miliarda użytkowników i jeśli ktoś myśli, że na Facebooku panuje cenzura, to powinien poczytać o WeChacie, żeby dowiedzieć się, czym naprawdę jest cenzura. Kto wie, w tempie obecnych przemian geopolitycznych niewykluczone jest, że wpływy WeChata zaczną rozlewać się także na kraje zachodu.

Nie ma też drugiego serwisu społecznościowego o takim wpływie nomen-omen społecznościowym, jak Twitter. Choć w skali makro 330 mln aktywnych użytkowników miesięcznie nie brzmi przesadnie imponująco, tak w praktyce Twitter oddziałuje na wszystkie inne media, zwłaszcza te tradycyjne. Twitter jest platformą, którą upodobali sobie politycy i biznesmeni, i to tam najczęściej wyrażają oni swoje opinie. Te zaś są przedrukowywane do innych mediów, omawiane w telewizjach i cytowane w radiach. Żadna inna „społecznościówka” nie jest tak często przywoływana w tradycyjnych mediach, jak Twitter.

Aby rzucić rękawicę takim gigantom, trzeba czegoś więcej, niż obietnicy „wolności słowa” i „braku reklam”. Trzeba pomysłu na kompletne przemodelowanie mediów społecznościowych - począwszy od pojawiających się w nich treści aż po ich model biznesowy. Nikt jednak takiego pomysłu (póki co) nie ma, a skoro tak, to trudno się dziwić ludziom, że skoro mają do wyboru Facebooka / Instagrama/Twittera i ich nieudolne klony, wybiorą dopracowane oryginały, do których przywykli i w których mają konta ich znajomi.

Prawdopodobnie prędzej doczekamy międzynarodowych i lokalnych regulacji prawnych, trzymających gigantów tech w cuglach, niż doczekamy się realnej alternatywy dla największych serwisów społecznościowych, które istnieją już dziś.

Potrzebujemy alternatywy dla Facebooka, ale nie po to, by nawoływać tam do nienawiści.

Całym sercem wspieram tych, którzy szukają alternatywy dla Facebooka. Ale nie tych, którzy robią to dlatego, że szukają miejsca do publicznego nienawidzenia innych ludzi bez konsekwencji. A niestety, właśnie to napędza obecny przepływ użytkowników do alternatywnych społecznościówek.

O tym, że powinniśmy masowo odchodzić z Facebooka, nie powinienem musieć nikogo przekonywać - po aferze Cambridge Analytica ostatnim powodem, dla którego wciąż mam tam konto, jest administracja stronami. Facebook ma wiele „za uszami”. Przede wszystkim kupczy naszymi danymi na prawo i lewo. Przez lata doprowadził też do erozji społeczeństwa, której prawdopodobnie nie da się już zatrzymać, przyzwalając na fake newsy, działalność rosyjskich trolli, botów, spamerów i z pełną premedytacją podsycając kontrowersje. Bo kontrowersja napędza kliki, a kliki to dolary z wyświetlanych reklam.

Kwestia ochrony naszych danych osobowych i ich traktowania przez Facebooka powraca jak bumerang, i nie powinna przestawać nas szokować. Spójrzcie tylko na to wizualne porównanie, ile danych gromadzi należący do Facebooka komunikator Messenger w porównaniu do konkurencji. Tego nie da się usprawiedliwić w żaden sposób.

Do pewnego stopnia trzeba się też zgodzić z „prawą stroną”, że Facebook w istocie stosuje swoistą cenzurę w swoim serwisie, a co najmniej jest bardzo wybiórczy, jeśli chodzi o zasady, którymi się kieruje.

Z jednej strony Facebook potrafi przymykać oko na jawne oszustwa i nienawistne wpisy, a z drugiej blokować konta np. organizacjom pro-life (nie tylko tym prowadzonym przez ekstremistów) czy stronom katolickim. Sam kilka lat temu interweniowałem w polskim oddziale Facebooka, który zawiesił konto znajomego księdza tylko dlatego, że wstawił na nim zdjęcia… z procesji Bożego Ciała. Taka wybiórczość nie powinna mieć miejsca. I zgadzam się, że moderacja Facebooka definitywnie faworyzuje poglądy lewicowe i postępowe, nawet jeśli te są wyrażane w sposób nie mniej agresywny, niż nienawistne nawoływania skrajnej prawicy.

To wszystko są właściwe powody, dla których można oburzać się na Facebooka, Instagrama czy Twittera. Nie fakt, że z serwisów został wyrzucony człowiek, który swoim jątrzeniem doprowadził do wydarzenia, którego amerykańscy publicyści (zarówno prawicowi, jak i lewicowi) nie wahają się nazywać próbą zamachu stanu.

Nie szukajmy alternatywy dla Facebooka dlatego, że serwis nie zgadza się by być wykorzystanym jako platforma do planowania kolejnych aktów terroryzmu. Szukajmy jej dlatego, że na przestrzeni ostatniej dekady Facebook do spółki z Twitterem i resztą dokonali kompletnego spustoszenia debaty publicznej, uczynili z nas produkty wielkich korporacji i uzależnili nas od swoich aplikacji, stosując rozmaite sztuczki socjotechniczne. Niestety alternatywy na horyzoncie nie widać. A dopóki będą jej szukać tylko nienawistni frustraci, którym się "cenzuruje" ich nienawiść (niezależnie od sympatii politycznych i ideologicznych), z pewnością się jej nie doczekamy.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst