Gry  / Recenzja

Battletoads to cudowny przykład na to, jakim dobrem jest Xbox Game Pass - recenzja

Powrót ponoć kultowej marki Battletoads nie zapisze się w annałach historii. Ale i nie za bardzo taki był plan. Ta gra to bardzo sympatyczny wygłup. Nie jestem pewien czy warto ją kupić, ale na pewno warto w nią zagrać.

Fenonem gry Battletoads jakoś mnie ominął – podejrzewam, że również i większość z was. Gra pojawiła się w czasach, kiedy w Polsce królowały 8- i 16-bitowe pecety oraz polsko-chińska podróbka NES-a, jaką był Pegasus. Hity na prawdziwego NES-a nas omijały, podobnie jak konsole do gier od Amigi czy Segi. A to właśnie na tych platformach Battletoads zdobyły swoją popularność.

Dlatego też nie wariowałem z resztą publiczności, gdy Phil Spencer – szef działu Xbox – na jeden z pokazów gier ubrał koszulkę z logiem gry, zwiastując jej powrót. Rozumiałem, że to dla wielu starszych graczy i fanów retrogamingu ważne wydarzenie. Niestety, pozostałem na to niewrażliwy.

Do Battletoads poszedłem więc nieskażony magią oryginału. Nie czułem żadnych emocji związanych ze wspomnieniami z dzieciństwa – bo te nie istnieją. Wiedziałem tylko, że odpowiedzialne za grę studio Rare (część Xbox Game Studios) nie traktuje Battletoads przesadnie poważnie. To hobbystyczny projekt, a nie hit na miarę Sea of Thieves czy budowanej przez Rare gry Everwild.

Battletoads to brawler. Nieco zapomniany gatunek szczególnie miodnych gier.

Gra należy więc do tego samego gatunku, co kultowe już Double Dragon, Golden Axe czy Final Fight. Jest to więc gra walki, w której naszym głównym zadaniem jest pojedynkowanie się z kolejnymi przeciwnikami używając głównie walki wręcz. Brawlery różnią się jednak od gier walki typu Mortal Kombat czy Street Fighter liczbą i umiejętnościami przeciwników – zamiast przechodzić przez kolejne walki z mniej więcej równymi sobie wrogami, walczymy równocześnie z wieloma o wiele od siebie słabszymi.

Zabawę można prowadzić zarówno samodzielnie, jak i ze znajomymi. Szczególnie polecam zabawę z Battletoads na kanapowym coopie. Brawlery sprawdzają się szczególnie dobrze, gdy wspólnie z kolegą bądź koleżanką możemy wrzeszczeć w stronę telewizora i razem przeżywać kolejne etapy. Choć oczywiście można też grać online, a i samodzielna zabawa też stanowi przyjemną rozrywkę w typowym, fajnym brawlerze.

Ale czy Battletoads to faktycznie fajny brawler?

Zacznijmy od dwóch uwag. Po pierwsze, Battletoads ma nieco pecha w formie niespodziewanego rywala. Przed parunastoma tygodniami na wszystkich platformach – w tym na Xbox Game Pass – pojawił się inny retro-bralwer. Absolutnie rewelacyjny, dopieszczony, świetny Streets of Rage 4. Co oznacza, że gra Rare nie może już tylko żerować na wspomnieniach tych starych dobrych czasów.

Po drugie, Battletoads nie jest typowym brawlerem. Rare dołożyło bardzo wielu starań, by nie było nudno i monotonnie. Podczas zabawy równie często będziemy lać przeciwników co uczestniczyć w przeróżnych mini-gierkach i zadaniach pobocznych. Dużo czasu też zajmują wypełnione żenującym humorem interaktywne wstawki animowane. Przy czym to żenujące poczucie żartu wyraźnie jest obecne w grze z premedytacją – Rare w Battletoads bardzo umiejętnie gra sucharami i cringe’em, wychodząc z założenia, że niektóre żarty mogą być tak złe, że aż dobre. Bardzo to doceniam i nie ma w tej ocenie krzty sarkazmu.

Battletoads urzeka nie tylko humorem. Oprawa wizualna również przyciąga uwagę.

Czy mówimy o postaciach, czy tłach, czy animownanych przerywnikach czy czymkolwiek – Battletoads cieszą oko fajną, kolorową, wyrazistą i komiksową oprawą graficzną. Dopóki bawimy się we właściwym trybie gry – czyli bijemy się ze stadami przeciwników – trudno się do czegoś przyczepić. Stylistyka grafiki 2D połączona z bezbłędnie dopasowaną animacją i sprawnym systemem wykrywania kolizji.

Jeszcze ładniejsze są przerywniki filmowe, zdecydowanie o jakości wręcz telewizyjnej. Nie tylko są zabawne (w dość specyficzny sposób) przez co żal je pomijać, to na dodatek niczym jakościowo się nie różnią od popularnych animacji dla młodzieży. Za to nie mam nic miłego do powiedzenia o muzyce. Nie mam też przesadnych skarg, ale w grach typu brawlery zachęcająca do akcji i nakręcająca ją odpowiednia ścieżka dźwiękowa są bardzo ważne. Tu trochę tego zabrakło – choć możliwe, że to tylko kwestia gustu.

A teraz przejdźmy do samej gry… i podziękujmy Microsoftowi za Xbox Game Pass.

No Streets of Rage 4 to to nie jest. System walki zdecydowanie nie jest tak dopieszczony, jak w grze konkurenta. W wszelakich grach walki bardzo istotny jest tak zwany flow – a więc płynność przechodzenia ciosów w sekwencji kombosów. Ma być naturalnie, w odpowiednim rytmie, a jedno powinno wynikać z drugiego. Przeciwnicy powinni być różnorodni i wymagać stosowania różnych strategii. Nie w Battletoads.

Mimo graficznej różnorodności przeciwników, w rzeczywistości jest ich raptem cztery rodzaje – wykorzystywane do sterowania zachowaniem dziesiątek różniących się od siebie wizualnie przeciwników. Dodatkowo, do wyboru mamy trzy grywalne postacie, różniące się między sobą równowagą pomiędzy szybkością a siłą zadawanych ciosów. Walczy się przyjemnie, zabawy przy tym nie brakuje. Nie oczekujcie jednak przesadnej głębi. Battletoads nie ma jakiegoś zaawansowanego systemu walki, superciosów i ich sekwencji. Liczy się zręczność, refleks i szybka ocena sytuacji i w zasadzie tyle.

By nie było zbyt wtórnie, gra przeplatana jest wieloma minizadaniami sprawdzającymi naszą zręczność. Czy to rajd przez tunel z przeszkodami czy inne wyzwanie – Battletoads pilnuje, by walka z kolejnymi falami wrogów nigdy nie była zbyt nużąca.

Czym właściwie jest Battletoads? To taki Netflix Original dla Xboxa.

Xbox Game Pass często jest przyrównywany do Netflixa z uwagi na bardzo podobny model biznesowy. Płacimy stały abonament, w ramach którego bez dalszych opłat udostępniane nam są setki filmów, seriali, lub w przypadku Xboxa, gier. By utrzymać abonentów, publikowane są w tych usługach treści niedostępne nigdzie indziej. Nie zawsze są to jednak produkcje absolutnie rewelacyjne.

Netflix zrozumiał, że nawet tylko przyzwoite seriale – ale za to w liczbie bardzo mnogiej – wystarczą, by utrzymać klientów. Wszak nie jest możliwe co miesiąc zapewnianie abonentom jakiejś drogiej, wyszukanej superprodukcji. Mniej więcej tak trzeba patrzeć na Battletoads. Jak na grę, która bez Xbox Game Pass miałaby dużo mniej sensu.

Czy warto kupić Battletoads? Rekomendowałbym poczekać na jakieś okazje i przeceny. 92 zł wydaje się kwotą nieco zbyt wysoka jak na sympatyczną retro-grę, która zresztą nie ma jakichś przesadnie wysokich ambicji. Abonentom Xbox Game Pass za to zdecydowanie polecam – szczególnie jeśli macie towarzysza do zabawy na dwa (a nawet trzy) pady.

No i właśnie. Taka gra jak Battletoads nie miałaby dla Rare ekonomicznego sensu bez Xbox Game Pass.

To zdecydowanie nie jest materiał na bestseller. Szczerze wątpię by w klasycznym modelu biznesowym wyprodukowanie Battletoads mogło dojść do skutku. A jeżeli już, to przy wykorzystaniu znacznie mniejszej ilości zasobów. To produkcja dla specyficznego gracza, który lubi bawić się w gry retro – ale oferująca mu znacznie więcej, niż pixelart czy inne zabiegi mające tuszować niski budżet.

To gra z gatunku przerywnika na godzinkę. Fajna metoda na zabicie czasu przy miłej zabawie. Czy na tyle miłej, że warto wydać na to niecałą stówkę? Mam sporo wątpliwości. Czy na tyle atrakcyjnej, by bez żadnych konsekwencji kliknąć w Instaluj i po prostu się dobrze bawić? Oj, zdecydowanie tak.

Battletoads to bez wątpienia nie kolejne Halo, Gears czy nawet nie Streets of Rage, Limbo czy Minecraft: Dungeons. To kolejny Netflix Original. Jako samodzielna, wyjęta z kontekstu produkcja, wypada tylko poprawnie. Jednak jest kolejnym z elementów, za sprawą którego zdecydowanie warto płacić za Xbox Game Pass. Czy kupować? Na razie bym się wstrzymał. Czy grać? Tak! Kilka godzin frajdy murowane.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst